PolskaPublicystykaPostpeerelowska elita trzyma się mocno

Redakcja4 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

W numerze 17-18 MP przeczytałem wypowiedź Marcela Gralca na temat porównania elit PRL i III RP nawiązującą do dyskusji w czasie audycji Minął tydzień na you tube, w której uczestniczyłem.

Choć odczuwam znacznie mniej entuzjazmu wobec takich postaci jak Mieczysław Moczar czy Konstanty Rokossowski, to zasadniczo zgadzam się z tezą autora, że elita polityczna PRL nie była jednolita. Jej podział jest w literaturze przedmiotu dobrze udokumentowany. Najpierw dokonał tego Jerzy Jedlicki w głośnym eseju „Chamy i Żydy”, a w kilkadziesiąt lat potem szerzej, głębiej, w dłuższej perspektywie czasowej przedstawił dzieje wewnątrz partyjnej walki Ryszard Gontarz (jako Jerzy Brochocki) w książce „Rewolta marcowa”, która dla wiedzy i zrozumienia tego najważniejszego sporu w politycznych dziejach PRL jest fundamentalna.

Nie można natomiast zgodzić się z sugestią, że w 1989 r. dokonała się w Polsce jakakolwiek istotna wymiana elit, stąd przeciwstawianie czy nawet porównywanie elit PRL i 3 RP na płaszczyźnie ustrojowej nie ma uzasadnienia. Pisałem o tym szerzej w numerze 7-8 MP, w artykule „Głębokie państwo” wychodzi z cienia”, ale w tym miejscu przypomnę, że elity komunistyczne pozostały nietknięte w wymiarze sprawiedliwości, w nauce, w większości służb specjalnych, w administracji, a więc w obszarach, w których w dużym stopniu obowiązuje od wielu dekad PRL i potem III RP zasada doboru kadr drogą kooptacji. Dodatkowo elity PRL przejęły kontrolę nad prawdziwym centrum władzy jaki w nowym systemie stanowią sektor bankowo – finansowy i utrzymywane z reklam media. Taki układ sił pozwalał dawnej elicie odpowiednio kształtować nową elitę polityczną w tradycyjnym rozumieniu, która jednak w nowym systemie pełni funkcje bardziej dekoracyjne i może być skutecznie selekcjonowana poprzez zabiegi finansjery, mediów, służb, wyroki sądów, a w ostateczności przez ciężarówkę ze żwirem czy seryjnych samobójców. Można też „złych” ale bezradnych „polityków” obarczyć winą za wszelkie katastrofy i ku nim kierować sterowany protest ludu. SLD rządziło Polską całkiem spory okres czasu – 1/4 epoki po 1989 r., ale wpływ bankierstwa, mediów, służb, sądów był obecny i decydujący cały czas.

Obecna elita III RP była kształtowana dla potrzeb nowego ustroju już w latach 1980, a nawet 1970 wraz ze wzrostem wpływu Zachodu na sprawy wewnętrzne Polski. Było to w dużej mierze skutkiem polityki Edwarda Gierka, który próbował uskuteczniać dziwaczną hybrydę zachodniego stylu życia za zachodnie kredyty z zachowaniem gospodarki sterowanej centralnie dogmatami socjalizmu. Przede wszystkim jednak do ewolucji dawnej elity doszło  przez powolną, a potem gwałtowną erozję wiary w ideologię, która stanowiła podstawę dawnego ustroju. Kompletną kapitulację dawnych elit w tej dziedzinie ukazują wspomnienia Wojciecha Wiśniewskiego zatytułowane „Dlaczego upadł socjalizm”. Wielu jej fragmentów nie powstydziłby się Janusz Korwin-Mikke, rzecz jednak w tym, że autor był w drugiej połowie lat 1980 etatowym pracownikiem KC PZPR.

W epoce Gierka o tym kto z tak zwanej opozycji wyrabiał sobie nazwisko i otrzymywał wsparcie decydowały Radio Wolna Europa, naciski ambasad zachodnich wierzycieli i wykonujące pośrednio ich wolę służby. Ten proces przybrał na sile w latach stanu wojennego i trwał do końca PRL. Jakich ludzi wypchnięto wtedy za granicę, którzy wyrabiali sobie nazwiska i obrastali legendami, którzy wpadali, którzy mogli w więzieniu pisać książki, a którzy tracili zdrowie, o tym decydowała elita PRL, której członkowie coraz częściej jeździli na amerykańskie stypendia. Myślałem o tym słuchając wywiadu Mateusza Piskorskiego z najpierw internowanym, a obecnie liderem Polonii w USA Wojciechem Jeśmanem, czy śledząc życiorys dr. Normana Pieniążka, który działał w solidarnościowym podziemiu, potem wyemigrował i zrobił karierę w amerykańskim CDC (Centers for Disease Control and Prevention – Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorób – agenda rządu USA), by wreszcie stać się jednym z ważniejszych i co ważne fachowym demaskatorem tzw. pandemii. Brakuje takich ludzi tu w Polsce.

Eliminowano skrzydło patriotyczno-narodowe także po stronie PZPR. W tym sensie rok 1980 i w konsekwencji 1989 nie był wymianą elit PRL na elity Solidarności, ale jak to przenikliwie, choć z właściwą sobie elegancką wstrzemięźliwością zauważył Antoni Koniuszewski był ostatecznym zwycięstwem frakcji puławskiej, czy jak  kto woli kosmopolitycznej. Miało to wymiar zarówno ideowy jak i personalny choć nieco przysłonięty zmianą pokoleniową. To zwycięstwo zawdzięczała ona kilku czynnikom. Jej kosmopolityczna, totalitarna wersja komunizmu, okazała się uderzająco zbieżna z tym co obserwujemy dzisiaj pod nazwą globalizmu, klimatyzmu, sanitaryzmu, władzy korporacji, cenzury i wszechogarniającej kontroli. Nie bez podstaw wielu analityków i historyków idei dostrzega związki i podobieństwa pomiędzy tym co obserwujemy pod nazwą Wielkiego Resetu z klasycznym, stalinowskim komunizmem jaki panował do przełomu 1956 r. i na którego straży stali wtedy Marszałek Rokossowski i M. Moczar.

W dużym stopniu sprzyjają temu kierunkowi zmiany technologiczne, choć w wielu wypadkach wpływ jest tu dwukierunkowy. Narodowy, patriotyczny socjalizm nie miałby też prawdopodobnie sił by ostać się w Polsce w kontekście zmian geopolitycznych, a przede wszystkim tego co stało się w czasach Gorbaczowa w ZSRR. Takie próby podejmowali przywódcy Rumunii i w mniej dramatyczny sposób NRD, ale nie miały one szans powodzenia. Chlubnym wyjątkiem i niezwykle zręcznym mężem stanu okazał się jedynie przywódca Białorusi. Na to wszystko Polacy, czyli doły zarówno partyjne, jak i solidarnościowe nie mieli większego wpływu.

Nawet w czasie wielkich rewolucji nowe władze zawsze są w pewnym stopniu zmuszone korzystać ze starych kadr. Tak było we Francji po r. 1789, w ZSRR po 1917, ale to co stało się w Polsce w 1989 roku nie miało z tym nic wspólnego. W odróżnieniu od elit polski międzywojennej, które zostały poddane trwającej blisko 6 lat planowej eksterminacji, dokończonej potem w czasach stalinowskich, do niczego takiego nie doszło w Magdalence i przy Okrągłym Stole. Dokonano natomiast bardzo udanej operacji adaptacji starych elit do nowej rzeczywistości geopolityczno-ustrojowej i dokooptowano chętnych i wygodnych do uczestniczenia w tym zabiegu członków odpowiednio sprofilowanej Solidarności. Wszystko przy zachowaniu rzeczywistej kontroli i proporcji. Czasem pojawiał się jakiś sprawiający kłopot pojedynczy działacz czy poseł lub jedno kadencyjna partyjka, ale tak skonstruowany system okazał się nad podziw sprawny i trwa do dzisiaj.

Nie ulega jednak wątpliwości, że strona patriotyczna po obu stronach przegrała też to, czego przegrać nie musiała. Zabrakło prób wzajemnego zrozumienia, bo świadomość tego co dzieje się po drugiej stronie politycznej barykady, a tym bardziej na świecie, wiedza o tym gdzie znajdują się rzeczywiste dźwignie władzy i linie podziałów w nowym ustroju, wśród mas po obu stronach była bliska zeru. Jedni przeklinali solidaruchów, drudzy dawali się uwodzić antykomunistycznej demagogii własnych liderów, po obu stronach wielu odwróciło się od polityki. Puławianie zręcznie przeformatowali swoją władzę, a zdezorientowany lud partyjny i solidarnościowy otrzymał igrzyska w postaci pokazowych walk w politycznym teatrze.

Na czym jeszcze polegała siła Puławian? Na pewno lepiej rozumieli mechanizmy polityki, byli lepiej wykształceni, nie musieli nawet „maszerować przez instytucje”, bo od pokoleń w nich rządzili, mieli kontakty i znali na świecie ważnych ludzi, których trzeba znać. Nie mieli złudzeń co do istoty nowego ustroju, a lud traktowali jak wodę w miednicy pełnej pomyj, gdzie fale można kierować w dowolnym kierunku i w dowolnej wysokości, a nawet trochę wody wylać. Napędzała ich też i napędza trudno zrozumiała dla wielu postronnych żądza władzy dla niej samej, umożliwiająca stawanie na czele kolejnych rewolucji nawet wtedy, gdy są one skierowane przeciw temu, co sami na poprzednim etapie stworzyli. Cechowała ich i cechuje pozbawiona moralnych hamulców pewna polityczna i życiowa nad aktywność pozwalająca skutecznie eliminować z gry rywali trzymających się stałych zasad czy cywilizacyjnych pryncypiów. Znakomity portret kolejnych pokoleń tego „kosmopolitycznego” gatunku namalowała genialnym piórem Anna Bojarska w swojej powieści z kluczem „Czego nauczył mnie August”. Wszechwładny twórca Gazety Wyborczej strącił ją za karę w literacki i rynkowy niebyt.  Elita takiej nielojalności także u swoich utalentowanych członków nie toleruje.

Porównanie elit PRL i III RP jest uzasadnione, ale jedynie w wymiarze czasowym, a wtedy wymaga uwzględnienia szerokiego tła zmian cywilizacyjnych następujących w całym zachodnim świecie. By zrozumieć, że kryzys Zachodu i obniżenie poziomu nie jest wynikiem upadku komunizmu czy to w skali świata czy PRL nie trzeba, choć warto, czytać prac np. Neila Postmana czy José Ortegi y Gasseta. Wystarczy zestawić postacie kanclerzy Scholza i Adenauera, prezydentów Bidena i Kennedy’ego, porównać poziom nauki, sztuki, czy trwałość lub estetykę przedmiotów i budynków.

I wreszcie zagadnienie być może najbardziej istotne, choć często pomijane: Elity nowej epoki z reguły niosą ze sobą wykształcenie i bagaż nawyków z epoki poprzedniej. Przedwojenna matura, z której dumny był Jerzy Ziętek, nie mówiąc o studiach Cyrankiewicza, Kliszki czy Jędrychowskiego odcisnęły na nich takie same piętno jak peerelowskie uczelnie na Leszku Balcerowiczu i ludziach III RP, że o wartości dzisiejszych dyplomów nie wspomnę. Stan polskiej nauki pod koniec epoki Gierka trafnie opisał cytowany już przeze mnie we wspomnianym wcześniej artykule ówczesny Prezes PAN prof. Janusz Groszkowski i nie zmieniają tego pojedyncze pozytywne przypadki.

Pomimo fatalnych okoliczności wewnętrznych i beznadziejnej sytuacji geopolitycznej, po części słusznie obarcza się elitę sanacyjną za klęskę września 39 i koszmar kolejnych okupacji, ale dziwnie rzadko stawia się podobne zarzuty elitom PRL za zakończenie jego istnienia tym, co Aleksander Zinowiew celnie nazwał katastrojką. Tamci przegrali, znaleźli się na emigracji lub zginęli. Ci zdradzili i mają się świetnie.

Nostalgia za dawnymi czasami to uczucie sympatyczne, ale użyta jako argument w analizie politycznej zawodne, gdyż omijające zawsze pytanie o to, kto odpowiada za jakość obecnego pokolenia – w jakim stopniu jest to „duch dziejów”, a w jakim pokolenie poprzednie. Ta ostatnia zależność powinna też być ważnym wyznacznikiem dla naszej pracy tu i teraz.

Olaf Swolkień

fot. wikipedia

Myśl Polska, nr 21-22 (19-26.05.2024)

Redakcja