HistoriaKulturaStanisław Pieńkowski – dekadent, nietzscheanista, endek

Redakcja2 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Kierunek intelektualny zwany Nową Prawicą zyskał rozgłos w Europie po II wojnie światowej. Do jego ideowych elementów rozpoznawczych należały antyliberalizm oraz poszukiwanie dla europejskiego ładu źródeł alternatywnych w stosunku do tradycji biblijnej.

Przez tradycję biblijną rozumiem dziedzictwo Starego i Nowego Testamentu, traktowane łącznie lub rozdzielnie, oraz zakorzenioną w nich obu Tradycję w kościelnym znaczeniu tego terminu.

Nową Prawicę cechował także co najmniej dystans, a nieraz wprost niechęć do chrześcijaństwa, postrzeganego tu jako podłoże dekadencji Europy. W Polsce już w okresie międzywojennym (i wcześniej) przynajmniej kilku autorów pisało w podobnym duchu. Gdyby nie zakłócenie rozwoju życia intelektualnego przez wybuch wojny, a później nadejście rządów komunistycznych, ich myśl mogłaby zainspirować powstanie polskiego odpowiednika Nowej Prawicy.

W pierwszej kolejności trzeba tu wymienić przedwcześnie zmarłego Andrzeja Niemojewskiego (1864-1921), pozytywistę i prekursora religioznawstwa w Polsce. Ten eks-socjalista z jednaką pasją zwalczał Kościół, endecję, socjaldemokrację i komunistów. Propagował scjentyzm i astralistykę – teorię upatrującą źródeł chrześcijaństwa w astronomicznych mitach starożytnych cywilizacji Bliskiego Wschodu. W końcu został jednym z głównych w kraju ideologów antysemityzmu. W przeciwieństwie do Niemojewskiego, pisarz i krytyk literacki Jan Emil Skiwski (1894-1956) należał początkowo do grona publicystów narodowo-katolickich.

Pod wpływem niemieckiej Lebensphilosophie w latach trzydziestych odsunął się od chrześcijaństwa i eksperymentował najpierw z „religią kultury”, następnie z „religią czystego doświadczenia”. W polityce przeszedł na stronę sanacji, nawoływał do stworzenia „polskiej odmiany totalizmu”, by wreszcie podczas II wojny światowej stać się jednym z nielicznych zwolenników współpracy Polaków z III Rzeszą. Najmłodszym z niedoszłych ojców Nowej Prawicy w Polsce mógłby być – gdyby nie skończył w kazamatach UB, a potem w komunistycznym więzieniu – wywodzący się z młodego pokolenia obozu piłsudczykowskiego filozof Jan Stachniuk (1905-1963), założyciel neopogańskiego ruchu Zadruga i twórca polskiej odmiany narodowego bolszewizmu. (Czy to się komuś podoba, czy nie, historycy idei są raczej zgodni, że narodowy bolszewizm w Niemczech okresu międzywojennego należy uznać za skrajnie lewe skrzydło prądu Rewolucji Konserwatywnej.). Trzeba jednak zaliczyć do nich jeszcze jednego autora.

Stanisław Pieńkowski (1872-1944), bo o nim tu mowa, pochodził z Siedlec, ale jego pierwsze wybory intelektualne i polityczne przypadają na okres młodzieńczy spędzony w Warszawie, gdzie spotykał się z literatami: Stefanem Żeromskim, młodopolskim pisarzem Wacławem Berentem, najstarszym piłsudczykiem Wacławem Sieroszewskim, a także z… Andrzejem Niemojewskim. Uważał się wtedy za socjalistę i ateistę. 17 kwietnia 1894 r. wziął udział w „Kilińszczyźnie”, demonstracji zorganizowanej przez Ligę Narodową dla uczczenia setnej rocznicy powstania Kościuszki. Za udział w manifestacji został uwięziony, a w 1895 r. wydalony z Królestwa do austriackiej Galicji. W Krakowie ujawnił talent poetycki: napisał około pięćdziesięciu wierszy, z czego większość ukazała się drukiem w latach 1896-1898. Poezje Pieńkowskiego tchną pesymizmem i nihilizmem charakterystycznym dla dekadenckiej fazy literatury Młodej Polski. Ale nie całkowitym. Towarzyszy im budzący się elitaryzm, niechęć do mas, wyrażony m. in. w jednym z najważniejszych wierszy autora – „Dusza tłumu”. Odwrotną stroną tej niechęci jest podziw dla wielkich indywidualności i wiara w ich szczególne przeznaczenie. Otwierają one drogę do przezwyciężenia pesymizmu, jak w utworze „Geniusz”:

 

„Nad czuwającym wisi czarne nocy niebo,

A pod nim otchłań przekleństw i nędzy, i złości,

W piersi jego szarpiąca boleść życia gości,

A siejbą jego – wieczność, nicość – jego glebą…

 

On jest etapem przemian, zawrotną przełęczą,

Przez którą idzie dusza wszechistot – bolesna,

Przez niego oczom świata ona – bezcielesna

Prześwieca ran czerwienią i ukojeń tęczą…

 

On skupił w sobie wszystkie słabości i moce,

W nim się duchów rozgrywa nieśmiertelna bitwa,

W nim się z łzami aniołów śmiech czartów szamoce,

 

W nim samotność dusz hardych, pokornych modlitwa

I jasność słońc – i mroczne podziemia przerażeń…

On sam jest wszechhistorią i osią wszechzdarzeń.”

 

Po pewnym czasie Pieńkowskiemu udało się powrócić do zaboru rosyjskiego, choć nie do Kongresówki. Osiadł w dawnym Wielkim Księstwie Litewskim, na Żmudzi. Tu odkrył pisma Friedricha Nietzschego. Wkrótce wraz ze świeżo poślubioną żoną, Marią Cumft, zaczął pracę nad pierwszym polskim tłumaczeniem najbardziej znanego dzieła niemieckiego filozofa, „Also sprach Zarathustra”. Maria tłumaczyła z języka oryginału, a Stanisław nadawał przekładowi formę literacką i dokonywał ostatecznej redakcji tekstu. Fragmenty tłumaczenia drukowano na łamach prasy w latach 1898-1900; całość – pod tytułem „Tak mówił Zaratustra” – ukazała się w postaci książkowej w 1901 r. Do dziś najbardziej znane pozostaje tłumaczenie Wacława Berenta, opublikowane w 1906 r. pod tytułem „Tako rzecze Zaratustra”. Przekład Pieńkowskiego i Cumft ocenia się jednak jako wierniejszy i lepszy od przekładu Berenta, którego metodologiczną poprawność poddano daleko idącej krytyce. Mimo to na próżno czekamy na wznowienie „Tak mówił Zaratustra”, podczas gdy „Tako rzecze Zaratustra” wznawiano wielokrotnie.

Jeszcze mniej szczęścia miał Pieńkowski ze swoimi tłumaczeniami poezji indyjskiej. W 1913 r. orientalista Stanisław Franciszek Michalski (1881-1961) opublikował pierwsze polskie tłumaczenie hymnów Rygwedy. Pieńkowski na łamach prasy fakt ukazania się przekładu, choć skrytykował jego aspekty formalne, co dało początek zaciekłej polemice pomiędzy nim a Michalskim. Pieńkowski postanowił przygotować własne tłumaczenie hymnów Rygwedy, lepiej w jego ocenie oddające ducha oryginału. Przekłady niektórych hymnów ogłosił w czasopismach podczas I wojny światowej i w okresie międzywojennym. Pracował nad przygotowaniem do wydania całości w wersji książkowej, czego jednak do końca życia nie udało mu się zrealizować.

Przez lata te Pieńkowski odchodził coraz dalej od swych młodzieńczych poglądów. Jeszcze w okresie krakowskim zaprzyjaźnił się z Rudolfem Starzewskim (1870-1920), redaktorem konserwatywnego krakowskiego dziennika „Czas”, uwiecznionym przez Stanisława Wyspiańskiego jako Dziennikarz w „Weselu”. W 1912 r. sam pisywał już do endeckiego „Przeglądu Narodowego”. Ewolucji poglądów politycznych towarzyszyły przemiany wewnętrzne, nie polegały one jednak na powrocie do wiary dzieciństwa. Pieńkowski zwrócił się duchowo – jak sam się wyraził – „do świętych ksiąg i filozofii Indii”. Jeszcze w eseju z 1938 r. podkreślił, że stoi na gruncie „metafizyki wedyjskiej”. Odrzucał chrześcijaństwo jako wytwór agresywnego i niemoralnego ducha semickiego, przeciwstawiając mu wrażliwy i twórczy duch aryjski. Pismo Święte określał mianem „żydowskiej Biblii”.

Wyznawał więc światopogląd właściwie identyczny z tym, jaki Arthur Schopenhauer wyłożył w dziełku „O religii”. Rolę chrześcijaństwa i Kościoła w dziejach świata i Polski oceniał jako szkodliwą i uważał, że wszystkie twórcze prądy kulturowe zwracały się przeciwko nim (wymieniając jako przykłady Renesans, humanizm, Oświecenie i XIX wiek). Wpływ filozofii Nietzschego, którą Pieńkowski zapamiętale chłonął, umocnił zaś elitaryzm w jego poglądach. Ten ostatni przeszedł teraz w wizję kultury jako dzieła niewielkiej grupy wybitnych jednostek, dominujących nad przeciętną, nietwórczą masą zarówno pod względem społecznym, jak i intelektualnym, a to ze względu na swą wyższość rasową. Wizji tej nie rozwinął jednak autor precyzyjniej, ponieważ bez reszty pochłonęła go inna tematyka – żydowska.

Miała ona na dobre wycisnąć piętno na jego dorobku krytycznoliterackim i w ogóle publicystycznym, a także na sposobie, w jaki Pieńkowski został zapamiętany po śmierci. Poświęcił jej najpierw broszurę „Dwa żywioły. Głos w sprawie żydowskiej” (1913), a później liczne teksty prasowe oraz książkę „W ogniu walki. Szkice o sprawie żydowskiej” (1929). Expressis verbis głosił pogląd (1923), iż Żydzi rozmyślnie, planowo opanowują życie ekonomiczne i infiltrują kulturę narodu-gospodarza, aby móc go zniewolić i eksploatować [1]. Używają do tego także „kryptożydów” urodzonych z małżeństw mieszanych (1935). Czynią tak, gdyż stanowią lud „zasadniczo nietwórczy, do pracy wstrętliwy i zawsze na innych pasożytujący” (1925). Wynika to z ich grupowych cech psychofizjologicznych: Żydzi jako typ neuropsychologiczny odznaczają się nadmiernym przerostem mózgowości i zanikiem intuicyjności, w rezultacie czego są biegli tylko w wykorzystywaniu innych, a tym samym skłonni do oszustw, okrucieństw, tchórzostwa, manipulacji, nienawiści, napastliwości, zemsty, perwersji, sycenia się cudzą słabością (1932). Poświadcza to treść „Protokołów mędrców Syjonu”, zdaniem Pieńkowskiego niewątpliwie autentycznego dokumentu (1935). Żydzi celowo lansują kierunki rozkładowe w kulturze, po pierwsze aby osłabić i ogłupić naród-gospodarza, a po drugie bo ze względu na swoją grupową charakterystykę psychologiczną sami znajdują w nich upodobanie (1931): „Proszę przeczytać wszystkie młodzieńcze poezje żydów po polsku piszących. Czegoś podobnego nie znaleźlibyśmy nawet u narodu pawianów, gdyby one pisać umiały. Cynizm, trywialność, brud moralny, grzebanie się w ohydach, ordynarność, chamstwo, koprofagia duchowa, wszelkie zboczenia płciowe, wynaturzenia, półobłędy, płaskość i niskość tonu, bezczelność, zgnilizna charakteru, prowokacja, komedianctwo cyrkowe, śliniąca się starczość – oto cechy główne młodzieńczej poezji żydów.”

Sporo uwagi poświęcił Pieńkowski twórczości grupy poetyckiej Skamandra. To fakt, że w ówczesnym obiegu literackim skamandryci zajmowali pozycję na pół dyktatorską i sami do niej pretendowali, na co narzekało wiele innych grup poetyckich i środowisk literackich – i przejawiali zachowania kliki wzajemnie popierających się autorów. Pieńkowski atakował ich więc – w tekście „Poezja kryptożydowska” (1926) – za „fizyczną i duchową cechę żydów czyli rojenie się, oblepianie się, gromadność każdego ich przejawu życiowego na podobieństwo wyroju szarańczy, liszek-sosnówek, gniazd szczurzych i innych najobrzydliwszych zjawisk u niższych gatunków świata zwierzęcego”. A dalej w tym samym miejscu: „z instynktów swych Żydzi bardzo są podobni do much i żuków gnojowych. Lubią przesiadywać na trupach, babrać się w zgniliźnie, kale i ścierwie, otaczać się smrodem, natrętnie wciskać się niby gzy końskie, we wszystkie podogonia świata. Poezja grupy, popularnie zwanej skamandrylami, roi się od takich tematów, obrazów i nastrojów. Mandryle, makaki, tchórze-śmierdziele i tym podobne stworzenia, gdyby pisać umiały, nie mogłyby bardziej pachnącej stworzyć poezji, niż ta żydowska, po polsku – na (hańbę Polakom) pisana.”

Obwieścił, że przekład „Odysei” dokonany przez Józefa Wittlina „roi się od plugastwa językowego i arlekinady archaizmów i pseudo-archaizmów, a w tonie swym jest na wskroś żydowski, to znaczy brudny, krzykliwy i arogancki” (1935). Bolesława Leśmiana z kolei zaliczył do „owadziego rodu nekrofilów”. Nie oszczędzał też pisarzy-gojów, reprezentujących podobne style i koncepcje literackie, co atakowani przez niego twórcy żydowscy; Juliusza Kadena-Bandrowskiego na przykład nazwał „Patologicznym okazem grafomana, dotkniętego impotencją, pornografią i koprofagią” (1929). Trzeba przyznać, że akurat w odniesieniu do lubiącego epatować plugastwami Kadena opinia taka była co najmniej częściowo niebezpodstawna. Wszelkie rozkładowe tendencje rozsiewa więc „swoista bakteria człowiecza, żydem zwana” (1924), która jest „Powtórzeniem pluskwy w kształcie ludzkim” (1932). Za jedyną skuteczną formę obrony przed ich zgubnym wpływem uważał Pieńkowski całkowite wykluczenie Żydów z życia zbiorowego w Polsce, obejmujące pełny zakaz przyjmowania żydowskich studentów na uniwersytety, a żydowskich dzieci do szkół; zakaz zatrudniania Żydów w instytucjach publicznych, w tym jako nauczycieli w szkołach; zaś w sferze pozaprawnej – zakaz utrzymywania z nimi kontaktów zawodowych czy choćby towarzyskich pod groźbą ostracyzmu społecznego… [2].

Zakończmy już tę wyliczankę, która dla czytelnika jest być może równie nużąca, co dla piszącego te słowa. Ewidentne objawy obsesji i monomanii, jaka dotknęła autora, są chyba dostatecznie dobrze widoczne. Podsumować można krótko: szkoda, wielka szkoda. Julian Tuwim w artykule opublikowanym w 1948 r. w tygodniku „Odrodzenie” sportretował Pieńkowskiego jako „polskiego norymberczyka, rodzonego brata powieszonego Streichera, wroga chrześcijaństwa i mitomana aryjskiego”. Szczerze mówiąc, skamandrycie, którego przed wojną Pieńkowski obrażał w swoich tekstach, łatwo było ogłaszać takie opinie (w komunistycznej prasie), kiedy jego adwersarz nie mógł się już bronić w żaden sposób, bo nie żył od kilku lat.

W rzeczywistości Stanisław Pieńkowski był początkowo intelektualistą w dobrym tego słowa znaczeniu. Kultura polska mogłaby wiele zyskać, gdyby poświęcił na rozwijanie autorskiej twórczości tyle czasu i energii, co na „ujeżdżanie antyżydowskiego konika”, by posłużyć się wyrażeniem (z 1937 r.) falangisty Stanisława Cimoszyńskiego. Znamienne świadectwo wystawił pod tym względem Pieńkowskiemu w swoich wspomnieniach o epoce Młodej Polski Adam Grzymała-Siedlecki (1876-1967), pisarz sympatyzujący z endecją, czy szerzej z prawicą: „Przeważało przekonanie, że gdyby Pieńkowski był takim erudytą, jak Brzozowski, pisałby artykuły Brzozowskiego znacznie lepiej, niż je pisze Brzozowski. Erudytą takim jak Brzozowski trudno było być komukolwiek, bo ten trawiony bezsennością gruźlik w ciągu jednej nocy pochłaniał grubachny tom, nie tyle poznając, co przeczuwając jego treść.

Pieńkowski czytał niewiele, powoli, z uporem, obracał treść w mózgu na wszystkie strony – i albo z awersją odrzucał ją precz od siebie, albo ją z posępnym uwielbieniem asymilował. Brzozowski pisał nierówno: wspaniałe błyskawice stylu obok gmatwaniny myśli – Pieńkowski każdą swoją myśl umiał wypowiedzieć jasno, z ogniem słowa, zapadającymi w pamięć obrazami. Wbrew pozorom nie przychodziło mu to łatwo: znowu w przeciwieństwie do tamtego pisał z trudem.” [3]. Bliżsi bylibyśmy też powstania polskiego wariantu europejskiej Nowej Prawicy, gdyby nasz autor raczej rozwijał własną myśl polityczną czy filozoficzną (jak Niemojewski, Skiwski, Stachniuk), zamiast przemawiać jako „żołnierz kultury teatralnej przeciwko Żydom”, jak sam się określił krótko po odzyskaniu przez Polskę niepodległości na łamach endeckiej „Gazety Warszawskiej”.

Pieńkowski był człowiekiem wybitnym, który ostatecznie zabrnął – z własnego wyboru – w ślepą uliczkę.

Adam Danek  

[1] Dla oszczędności miejsca nie zamieszczam szczegółowych danych bibliograficznych tekstów, w których zostały zawarte poszczególne przywołane poniżej twierdzenia Pieńkowskiego; podaję tylko daty publikacji tekstów. Wszystkie przytoczone tu cytaty można znaleźć w: Małgorzata Domagalska, „Antysemityzm dla inteligencji? Kwestia żydowska w publicystyce Adolfa Nowaczyńskiego na łamach „Myśli Narodowej” (1921-1934) i „Prosto z Mostu” (1935-1939) na tle porównawczym”, Warszawa 2004. Zaznaczmy, że pochodzą one z tekstów wydanych drukiem.

[2] Zob. również: Jarosław Tomasiewicz, „Stanisław Pieńkowski”, [w:] tenże, „Naprawa czy zniszczenie demokracji? Tendencje autorytarne i profaszystowskie w polskiej myśli politycznej 1921-1935”, Katowice 2012, s. 151-153.

[3] Adam Grzymała-Siedlecki, „Nie pożegnani”, Kraków 1972, s. 93. Chodzi rzecz jasna o filozofa Stanisława Brzozowskiego (1878-1911).

Myśl Polska, nr 13-14 (24-31.03.2024)

Redakcja