RecenzjeRealizm anachroniczny

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Minęło już nieco czasu od ukazania się na rynku książki Piotra Zychowicza i Jacka Bartosiaka „Nadchodzi trzecia wojna światowa. Czy Ameryka porzuci Polskę na pastwę Rosji?”(Dom Wydawniczy Rebis Sp. z o.o., Poznań 2021), do której zresztą odnosiłem się już na łamach papierowego wydania „Myśli Polskiej”.

Chciałbym jednak wrócić na chwilę do tej publikacji, ze względu na dramatyczny kontekst jaki dopisały do niego wydarzenia ostatniego roku, mianowicie tocząca się za naszą wschodnią granicą wojna rosyjsko-ukraińska. Publikacja jest zbiorem dwunastu dyskusji jakie Piotr Zychowicz przeprowadził z Jackiem Bartosiakiem. Kolejne rozdziały książki są znacznie poszerzoną, poprawioną i uzupełnioną wersją rozmów jakie autorzy przeprowadzili na kanale „Historia Realna” prowadzonym przez P. Zychowicza na YouTube. Na ostatnich stronach publikacji znajdujemy też ściągnięte z domeny publicznej zdjęcia, z tematyką książki związane zresztą dość umownie.

Tematyka dyskusji ogniskuje się wokół „gorących’ w momencie powstawania książki zagadnień międzynarodowych: wzrostu potęgi Chin, domniemanego zmierzchu globalnej preponderancji USA, stosunków polsko-rosyjskich, rozwoju nowych technologii, a także historycznych i współczesnych uwarunkowań i błędów polskiej polityki zagranicznej. Wbrew nocie edytorskiej gdzie mowa jest o sięganiu do źródeł, treść rozmów nie powala bynajmniej erudycją autorów a przedstawiane przez nich fakty należą do dość pospolicie znanych.

Fascynacja gadżetami

U J. Bartosiaka widoczna jest przy tym dość „dziecinna” fascynacja nowoczesnymi technologiami i „gadżetami”. Jego koncepcja „Armii Nowego Wzoru” wydaje się opierać głównie na wyposażeniu jej w narzędzia kontroli obiegu informacji w warunkach konfliktu i przekonaniu, że jest to klucz do zwycięstwa.

Przebieg obecnej wojny rosyjsko-ukraińskiej zdaje się to potwierdzać jedynie częściowo, bowiem choć wspierana przez NATO Ukraina dysponuje przewagą w infosferze, nie pozwala jej to całkowicie wyhamować postępującego, mimo wszystko, naporu mających przewagę w broni ciężkiej Rosjan, choć pozwala zadawać im spektakularne straty (jak zabicie kilku generałów czy zatopienie krążownika „Moskwa”). Czas zapewne pokaże, czy rozstrzygające znaczenie dla wyniku wojny będzie miała przewaga w przestrzeni informacyjnej, czy w sile ognia.

„Chłopcy z lasu”

Zupełnie nietrafione okazały się za to krytyczne uwagi autorów na temat wojsk obrony terytorialnej, którym odmawiają oni istotnego znaczenia, uważając ich polską wersję za polityczną atrapę. Duże straty jakie Rosjanie ponieśli podczas nieudanej ofensywy na Kijów, zadane im zostały w dużej mierze przez improwizowane jednostki obrony terytorialnej (wspierane oczywiście nowoczesną technologią, jak w jednostce „Aeorazwidka”), obecnie zaś istotnym wyzwaniem dla Rosji są działania dywersyjne i sabotażowe prowadzone przez Ukraińców na zapleczu frontu i na terenie samej Rosji. Lekceważeni przez Zychowicza i Bartosiaka „chłopcy z lasu” – czy to partyzanci czy operujące na zapleczu frontu siły specjalne, mający oparcie w miejscowej ludności, okazali się zatem mieć nadal duże znaczenie.

Anachroniczne fortyfikacje?

W przemyśleniach autorów uderza też brak wątku przydatności umocnień. Od wielu już dekad są one zdecydowanie „niemodne”, gdyż panuje przekonanie że są łatwym celem broni rakietowej, lotnictwa uderzeniowego i artylerii. Wojna na Ukrainie pokazuje nam jednak, że umocnienia wciąż stanowią o przebiegu linii frontu: na całym froncie południowym panuje zastój, gdyż strony okopały się i zajęły stanowisko defensywne, ostrzeliwując się jedynie ogniem artyleryjskim; na froncie donbaskim Rosjanie z najwyższym trudem i bardzo powoli wypierają Ukraińców z ufortyfikowanych przez nich linii obrony z okopami, transzejami, zasiekami etc. Nawet użycie przez Rosjan rakiet termobarycznych, zabójczych dla żołnierzy w okopach, nie przyspiesza decydująco ich ofensywy.

Widzimy też, że punktami oporu dla Ukraińców stały się kompleksy przemysłowe z czasów ZSRR, jak „Azowstal” i „Azowmasz”, ewidentnie suplementujące twierdze i umocnienia. Poza zasięgiem Rosjan pozostają jak dotychczas zamienione przez Ukraińców w ufortyfikowane twierdze miasta Donbasu jak Sławiańsk i Kramatorsk. Wreszcie raport Amnesty International oskarżający stronę ukraińską o narażanie życia ludności cywilnej poprzez ukrywanie baterii artyleryjskich i innych obiektów wojskowych na terenach zamieszkałych również obrazuje niewygasłe znaczenie umocnień – pozostawiając na boku całą humanitarną frazeologię, warto zwrócić uwagę, że żaden odpowiedzialny dowódca nie będzie narażał swojej jednostki na unicestwienie lokując ją na przykład w szczerym polu, gdy ma możliwość ukrycia jej wśród mogących spełniać rolę osłony zabudowań, do tego zaś nadaje się potężne, betonowe budownictwo (szkoły, gmachy publiczne, nawet budynki mieszkalne) z czasów ZSRR.

P. Zychowicz i J. Bartosiak nie mogli oczywiście poddać analizie przebiegu wojny na Ukrainie, gdyż wybuchła ona już po ukazaniu się ich książki. Nie powinna być im jednak obca wiedza na temat konfliktów w Naddniestrzu, Górskim Karabachu, Donbasie czy nawet w Syrii i Libii, gdzie fronty opierają się na liniach umocnień i fortyfikacjach, wysiłki zaś stron – na próbach ich przełamania. Ot, choćby obraz wojny w Donbasie wyłaniający się z kart powieści Zachara Prilepina (ur. 1975) „Некоторые не попадут в ад”(2019), z żołnierzami żywcem gnijącymi w okopach w piekle „stalowych burz” ostrzałów artyleryjskich, nie różni się znów tak bardzo od analogicznych impresji z Wielkiej Wojny w utworach takich jak „Książę Piechoty”(1920) Ernsta Jüngera (1895-1998) czy „Na zachodzie bez zmian” (1929) Ericha Marii Remarque’a (1898-1970).

Anachroniczne czołgi?

Raz w książce wzmiankowana jest współczesna dyskusja na temat sensu dalszego stosowania czołgów, wątek jednak nie został przez P. Zychowcza ani J. Bartosiaka pociągnięty dalej, czy tym bardziej rozstrzygnięty. W publikacjach poświęconych wojskowości pojawia się dziś tymczasem teza, że wojna na Ukrainie doszczętnie skompromitowała czołgi. Używając obrazowego określenia J. Bartosiaka, można by powiedzieć że okazały się one kosztownymi „białymi słoniami”, które zniszczyć może pojedynczy operator wyrzutni pocisków przeciwczołgowych, podobnie jak w czasie radzieckiego najazdu na Afganistan, kosztowne śmigłowce bojowe Mi-24 zniszczyć mógł pojedynczy operator nieporównanie tańszej wyrzutni Stinger.

Znawcy techniki wojskowej jak Tomasz Hypki czy nowoczesnych technologii i trendów ich rozwoju jak Mirosław Usidus zwracają jednak uwagę, że pogrom rosyjskich czołgów na Ukrainie związany był raczej z ich nieudolnym użyciem przez stronę rosyjską (głównie dla wywołania efektu psychologicznego „wielkich maszyn”, w ofensywie na Kijów i Czernichów pozbawionych jednak wsparcia piechoty), niż z przeterminowaniem tej broni. W każdym razie, w środowisku ekspertów wojskowych wskazuje się na znaczenie„cebulowej” struktury systemu aktywnej ochrony czołgu (APS) przed przeciwpancernymi pociskami kierowanymi (ATGM): 1) piechota obserwująca zagrożenia; 2) systemy „soft-kill” zmieniające tor lotu pocisku przez zakłócenie jego naprowadzania – na przykład przy pomocy światła podczerwonego lub laserów; 3) systemy „hard-kill”przeznaczone do niszczenia pocisków w locie; 4) pancerz ograniczający uszkodzenia pojazdu w przypadku trafienia.

Domniemane przeterminowanie czołgów jako broni pola walki wydaje się jednak związane z poprzednim dyskutowanym tu punktem: stosowaniem umocnień. Czołgi wprowadzono do walki podczas I wojny światowej właśnie do przełamywania systemów okopów, drutów kolczastych, transzei itp. przeciwnika. Gdy nominalnie zaniechano ich użycia, czołg stał się po prostu środkiem szybkiego okrążania i strategicznego szachowania przeciwnika jak podczas agresji USA na Irak w 1991 r. Niepowodzenia rosyjskich ofensyw na Kijów, Czernichów, Sumy, Charków i Mikołajów oraz zaniechanie przez Rosjan stosowania czołgów na rzecz artylerii dalekiego zasięgu w obecnej fazie wojny, niewątpliwie dają pole do podjęcia dyskusji. W „Nadchodzi trzecia wojna światowa” żadnej prognozy rozwinięcia się tej kwestii jednak nie znajdziemy.

Postawienie na własne siły

Pojawiają się jednak niewątpliwie w rozmowach obydwu publicystów wątki wartościowe. P. Zychowicz deklaruje się na przykład jako wychowany na ideach Władysława Studnickiego, Adolfa Bocheńskiego i Stanisława Cata-Mackiewicza. To czyni go nieprzejednanym krytykiem poszukiwania przez historyczne jak i współczesne elity polskie „egzotycznych” sojuszników dla naszego państwa – czy to w Anglii, czy w USA.

J. Bartosiak powtarza z kolei z uporem, że bezpieczeństwo„Rzeczpospolitej” (tak zazwyczaj określa państwo polskie) zależy przede wszystkim od jej własnej siły, a nie od sojuszy i traktatów międzynarodowych. Po czym zachęca, by polskie elity i społeczeństwo uwierzyły w swoją sprawczość i potencjał państwa polskiego, wskazując choćby że wydatki na wojskowość Polski są na podobnym poziomie jak Turcji lub Izraela. Jak zauważa celnie J. Bartosiak, wydatki te należy jedynie umiejętnie alokować.

To myśl bardzo potrzebna i słuszna, osoby i środowiska tworzące zaplecze strategiczne obecnej elity politycznej państwa polskiego, wśród nich tacy choćby autorzy jak Przemysław Żurawski vel Grajewski, od lat bowiem betonują debatę publiczną w Polsce wokół stanowiska, że Polska samodzielnie przetrwać nie może, powinna zatem zamiast armii służącej do obrony własnego terytorium, tworzyć armię „ekspedycyjną” (tzn. „na posyłki”) będącą funkcjonalną częścią zglobalizowanego aparatu wojskowego USA, która brałaby udział we wszystkich imperialistycznych konfliktach Waszyngtonu, kupując tym jakoby Polsce jego wdzięczność. P. Zychowicz i J. Bartosiak bezlitośnie rozprawiają się z tym niebezpiecznym złudzeniem, wskazując że ani USA nie narażą swoich istotnych interesów „z wdzięczności” dla Polski, ani Polska wcale nie musi być wcale tak bezbronna i uzależniona od zewnętrznego protektora jak widzą ją środowiska „postsolidarnościowe”.

Na podkreślenie zasługuje w tym miejscu myśl wyrażona w pewnym momencie przez P. Zychowicza, że armia polska w ogóle nie powinna operować poza strefą bezpośrednich interesów geopolitycznych państwa polskiego. Sam w różnych swoich tekstach kilkukrotnie już pisałem, że choć Polska nie wygrałaby oczywiście pełnoskalowej wojny z Rosją lub z Niemcami, przy założeniu wysokiego morale i niezłomnej woli walki przeciwnika (wcale nieoczywistych jak obrazuje to rosyjska agresja na Ukrainę), może jednak zbudować potencjał odstraszający wystarczający do zniechęcenia każdego potencjalnego agresora do ataku, który wiązał by się dla niego po prostu ze zbyt wysokimi stratami własnymi. Zresztą, jak zauważa celnie J. Bartosiak, zagrożenie taką „totalną” wojną jest relatywnie niższe, niż niebezpieczeństwo ograniczonego w czasie „intensywnego”konfliktu miejscowego. Albo – jak moglibyśmy dodać a jak pokazują obecne wydarzenia na Ukrainie, długotrwałego, „pełzającego” konfliktu „na wycieńczenie” o relatywnie niewielkiej acz „fluktuującej” intensywności.

„Wypychanie” Rosji z Europy

Zupełnie nieprzekonująco wypada za to argumentacja (a w zasadzie jej brak) tezy że Polska powinna prowadzić politykę antyrosyjską. J. Bartosiak stwierdza wręcz, że wypchnięcie Rosji z europejskiej przestrzeni politycznej miałoby być „pierwszym aksjomatem” geopolityki „Rzeczpospolitej”. Jakoby dlatego, że, w przypadku udziału Rosji w polityce europejskiej, Polska „stałaby się przedmiotem a nie podmiotem”. Miarą czego jest jednak dla J. Bartosiaka podmiotowość „Rzeczpospolitej”? – zdolności do wypychania Rosji z Europy. Dostajemy więc tu błędne koło logiczne. Na dodatek, na pytanie P. Zychowicza czy to wpływy Polski miałyby zastąpić na Ukrainie i Białorusi usunięte stamtąd wpływy rosyjskie, J. Bartosiak odpowiada że nie, że celem powinno być jedynie, by nie sięgały tam wpływy Rosji.

Polska jako „przedmurze”

Dlaczego jednak Polska miałaby wypychać wpływy rosyjskie z również ruskich bądź co bądź Białorusi i Ukrainy, w zasadzie się od J. Bartosiaka się nie dowiadujemy. Raz pada tylko dość ogólnikowe stwierdzenie, że Polska u granic której byłyby rozmieszczone rosyjskie rakiety, przyciągałaby mniej inwestycji zagranicznych. Czy rzeczywiście? Przecież właśnie obecnie Polska pozycjonuje się w stosunkach europejskich jako „wschodnia flanka NATO” i „strefa tarcia” między strefą zdominowaną przez USA a Rosją. Czy zmniejszyło to zainteresowanie niemieckich kręgów gospodarczych Polską? Oczywiście nie, bo gospodarka polska od końca lat 1980. stała się do dziś funkcjonalną częścią gospodarki niemieckiej. Nie zmniejszyło to również napędzanych politycznie przez PiS inwestycji z USA, kierowanych zresztą głównie do sektora zbrojeniowego i energetycznego, tak więc dla których obecność 'rosyjskiego zagrożenia” jest nie tyle przeszkodą, co warunkiem ich obecności.

Polska jako „nauczyciel narodów”

Im dalej zagłębiamy się w logikę J. Bartosiaka, tym więcej pojawia się w niej nieciągłości. Oto bowiem czołowy dziś polski publicysta geopolityczny bardzo liczy na rozbudowę Nowego Jedwabnego Szlaku i towarzyszące temu inwestycje chińskie. Szlak ów musiałby jednak przechodzić właśnie przez znienawidzoną przez niego Rosję. Wyłączenie Polski z tego projektu i próba jego torpedowania od lat 2015-2016 jest przecież elementem polskiej polityki eskalowania napięcia pomiędzy Zachodem a Wschodem. J. Bartosiak wywodzi co prawda, że alternatywna trasa mogłaby wieść na południe od Rosji, problem jednak w tym, że… traktowaniem jej jako alternatywnej nie jest zainteresowany sam Pekin. Polska zasłynęła już z prób pouczania Europy i USA jaka polityka wobec Rosji leży jakoby w interesie tych ośrodków, J. Bartosiak chciałby zaś do tego pouczać Chiny jaki jest „prawdziwy” sens ich projektu Nowego Jedwabnego Szlaku.

Nie lepiej przedstawia się tok myślenia P. Zychowicza, który za swój aksjomat obiera sojusz Polski z Niemcami przeciw Rosji. Tyle tylko, że niczym takim nie są zainteresowane same Niemcy. Berlin dąży do zbliżenia z Rosją, gdyż otwiera mu to drogę do dominacji gospodarczej w całej wschodniej Europie, aż po Bliski Wschód z Kuwejtem i Teheranem. To przecież stara niemiecka koncepcja szlaków handlowych i komunikacyjnych Berlin-Bagdad i całkiem współczesna koncepcja zniesienia sankcji nałożonych na Iran i otwarcia tego kraju na niemieckie inwestycje technologiczne (choćby w przemyśle samochodowym i nuklearnym), niemiecki import ropy, sprzedaż niemieckiej broni.

Zakładając zrzucenie jankeskiego kagańca strategicznego, Niemcy, aż po półwysep indyjski i Syberię, nie miałyby istotnego konkurenta gospodarczego. Zrealizowałyby geopolityczny testament kanclerza Bismarcka. Berlin nie zmarnuje tych perspektyw dla dostarczania Polsce „paliwa” dla realizacji ambicji Warszawy na Ukrainie i Białorusi. P. Zychowicz chce tymczasem tłumaczyć Niemcom, na czym „naprawdę” polegają ich interesy.

Zachód-Polska-Rosja

Wracamy tu do kwestii, czy wprowadzenie Rosji do europejskiej polityki byłoby końcem „podmiotowości Polski”. Otóż, prawda jest taka, że dla zachodnich ośrodków siły, zawsze Rosja będzie ważniejszym partnerem niż Polska. Dotyczy to Włoch, Francji, Niemiec, USA, a nawet Stolicy Apostolskiej. Po prostu dlatego, że Rosja jest – w najszerszym tego rozumieniu – „większa”. (z tego samego zresztą powodu dla Polski ważniejsze powinny być zawsze stosunki z Rosją niż z Ukrainą i Białorusią – choć z tymi ostatnimi dwoma państwami być może nasze stosunki powinny być bliższe). Dopóki Polacy nie przyswoją sobie tego faktu, dopóty polityka zagraniczna i historia będzie dla nas ciągiem rozczarowań kolejnymi „zdradami” Zachodu.

Co fakt ten oznacza dla polskiej polityki? Że, poza wyjątkowymi sytuacjami gdy Rosja będzie skonfliktowana z Zachodem, nie będziemy mogli liczyć na zachodnie wsparcie dla naszych antyrosyjskich ambicji. Gdy zaś konflikt taki wystąpi, jak obecnie, będziemy dla Zachodu środkiem a nie partnerem, jak choćby ilustruje to polityka Paryża i Londynu wobec naszego kraju od XVIII wieku, przez cały wiek XIX, po połowę XX wieku, a także dziś. W takie „przedmurze” jak Polska inwestuje się środki militarne, ale też jest ono z definicji wystawione na ataki wroga, a w krytycznych okolicznościach się je porzuca. Autorzy „Nadchodzi trzecia wojna światowa” są zresztą tego świadomi, bo przytaczają wiele historycznych i współczesnych przykładów tego mechanizmu.

Eurazjatycki system kontynentalny

Czy istnieje zatem jakaś alternatywa dla fatalizmu międzynarodowej roli Polski jako „przedmurza” Zachodu? Moim zdaniem, tak. Jest to rola klamry spinającej Wschód z Zachodem i kraju tranzytowego na szlaku Niemcy-Rosja i Europa-Chiny. Na odgrywaniu takiej roli handlowego i komunikacyjnego zwornika wyrosły wszystkie historyczne ośrodki siły z Bizancjum i Arabami włącznie, z tych nam najbliższych. Konstantynopol, przemianowany przez Turków na Stambuł, był właśnie takim zwornikiem handlu na linii Europa-Azja. Kraj tranzytowy nie tylko bowiem przechwytuje koszty tranzytu ale też ściąga aktywność różnorodnych kapitałów, zetknięcie z różnorodnymi kapitałami i kulturami zwiększa zaś dynamizm własnego ośrodka (z tego powodu – ogniskowania w sobie różnorodności – miasta są cywilizacyjnie bardziej dynamiczne od wsi).

W warunkach spojonego Nowym Jedwabnym Szlakiem eurazjatyckiego systemu kontynentalnego „od Hamburga i Rotterdamu po Szanghaj i Shenzen”, awansowałyby nie tylko Nur-Sułtan, Ufa, czy Kazań, ale też Mińsk białoruski i Warszawa. Więcej handlu, to więcej infrastruktury. Lepsza infrastruktura, to większa wytwórczość. Więcej dóbr, to rozwój uniwersytetów, technologii i wynalazczości, piśmiennictwa, sztuki i myśli politycznej. To awans języka i zwiększenie roli cywilizacyjnej.

W takich warunkach, można byłoby myśleć poważnie nie tylko o „podmiotowości” Polski ale o podjęciu ponownie tego, co nie udało nam się w XVI wieku – budowy autonomicznej cywilizacji środkowoeuropejskiej, zdolnej zachować swoją konserwatywną specyfikę w obliczu presji postmodernistycznej antyfilozofii z Niemiec i wylewu komercyjnej antykultury z USA. Dotyczy to zresztą również sąsiedniej Ukrainy, która także byłaby naturalnym krajem tranzytowym ze Wschodu na Zachód – pod warunkiem, że oczyszczona zostałaby z zawleczonego z Zachodu antyrosyjskiego nacjonalizmu.

Sfera ducha

Jeszcze jeden aspekt poruszmy tu na koniec – aspekt ostentacyjnie pomijany przez J. Bartosiaka i P. Zychowicza. Pierwszy najpewniej intencjonalnie, drugi zaś przez swoją ”antyideologiczną”konserwatywną formację światopoglądową, pomijają bowiem zupełnie kulturowy i ideowy wymiar polityki. P. Zychowicz przechodzi do porządku dziennego nad tym, że dzisiejsze Niemcy to już nie Niemcy kanclerza Bismarcka, tylko Niemcy Jürgena Habermasa. J. Bartosiak celowo unika jakichkolwiek choćby aluzji do sfery aksjologicznej.

Tymczasem aksjologia i instytucje społeczne są oczywiście czynnikiem potęgi danej wspólnoty politycznej. Tu zaś, pozycjonowanie się jako „przedmurze” Zachodu przeciw Wschodowi, automatycznie pozycjonuje nas po stronie demoliberalnej antykultury przeciwko zdrowym i naturalnym „sposobom życia w świecie” czy też „metodom życia zbiorowego”. Z kolei eurazjatycki porządek kontynentalny, z natury rzeczy byłby środowiskiem bardziej przyjaznym dla rozwiązań autorytarnych, wspólnotowych, organicystycznych, akcentujących zakorzenienie. Już dziś zresztą jest, tam gdzie się materializuje – czy będzie to Pakistan, czy bliższa nam Białoruś.

Zarówno P. Zychowicz jak i J. Bartosiak nie dostrzegają zagrożenia dla pozostałych do dziś elementów tradycyjnych w Polsce ze strony zachodniej (jankeskiej i niemieckiej) antykultury i ideologii. Obydwaj milcząco pomijają korzyści, jakie Polska wyniosłaby z uczestnictwa w eurazjatyckim systemie kontynentalnym oraz koniecznej do tego rekoncyliacji i normalizacji z Rosją, Białorusią i Ukrainą. Obydwaj u progu XXI wieku operują geopolitycznymi kliszami z pierwszej połowy XX wieku (P. Zychowicz) lub z nawet z XVI wieku (J. Bartosiak). Obydwaj deklarują „realizm”, lecz ich „realizm” jest realizmem z podręcznika do historii. Realia i horyzonty geopolityki XXI wieku ignorują i je przemilczają. Jeśli więc nawet rzeczywiście mieszczą się w realistycznym nurcie refleksji o polityce, to ich realizm jest anachroniczny.

Ronald Lasecki

(P. Zychowicz, J. Bartosiak, „Nadchodzi trzecia wojna światowa. Czy Ameryka porzuci Polskę na pastwę Rosji?”, Dom Wydawniczy Rebis Sp. z o.o., Poznań 2021).

Redakcja