OpinieJeden dzień z życia polskiego Ukraińca

Redakcja6 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Zadzwonił do mnie kolega z Ukrainy. Tak, mam takich. Wielu. Bardzo wielu. A kiedy newsy wyglądają tak, jak wyglądają obecnie – odnoszę wrażenie, że mam ich nawet nieco więcej. Niepostrzeżenie ktoś mnie odblokował na Facebooku. Dziennikarka, która kiedyś żałowała kilku słów za dużo na jakiejś konferencji – znowu się uśmiecha (dobrze, że żona nie widzi). No, a przecież ze starymi kumplami-czynownikami to się chyba nigdy naprawdę nie pogniewałem? Przecież oni nie tak naprawdę… Oczywiście, wszyscy odzywają się bezinteresownie, w sumie dawno żeśmy wódki nie pili i w ogóle… A poza tym, co ciekawe, nie wiedziałem, że prawie wszyscy oni – są Polakami! Naprawdę. Albo już mają, albo się starają o Kartę Polaka. Bo nawet przeżegnać się za babuszką umieją po polsku. A jeśli wyjątkowo nie oni, czarnobrewi – to i tak dzieci mają polskie!

Czy Karta Polaka uratuje od wojny

Nie, nie kpię. Chciałbym pomóc. Kocham Ukrainę. Lata spędziłem na pracy na tej przepięknej ziemi (to znaczy nie tylko na jej polskiej części, w Noworosji też, a nawet na prawdziwej Ukrainie, czyli gdzieś na Siczy). Najlepiej jednak znam Wołyń. I nie, nie będę pisał o historii, tylko o tym jak można pomóc moim tamtejszym przyjaciołom. Nawet tym, którzy zbłądzili. Zwłaszcza tym, którzy zbłądzili. Ale przede wszystkim zwykłym Ukraińcom. A ich znaleźć łatwo. Myślałem kiedyś nawet, że będę miał ukraińską synową – ale cóż, nie ułożyło się. Wystarczy jednak przejść się w Lublinie po Miasteczku Akademickim, by zobaczyć te poważne, smutne oczy. I tam też mam znajomych, nie swoich – ale swoich dzieci. Mnie, starego, pytają o to, co wszyscy: „czy będzie wojna?”, ale oni mają prawo, bo dla nich to pytanie: „czy my pójdziemy na wojnę?!”.  Dobre pytanie. Szkoda, że polska młodzież nie zadaje go sobie dość poważnie…

Ja Polka, ja nastajaszcza Polka, z Żytomira! – prawie mi płacze śliczna dziewczyna, studiującą anglistykę na UMCS, jakby się tłumacząc, że ona nie taki przebieraniec, jak niektóre koleżanki. No to dobrze, nie płacz dziecko, jesteś wśród swoich, o co chodzi? – No chłopak… – Co chłopak? – No u niego też Karta, ale… – Ale co? – No, ale wiesz, Pan

No wiem, wiem…

Polskie Arbeitsamty

Problem polega na tym, że konsulaty generalne RP na terenach postsowieckich, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy – miały jedno zadanie: znaleźć odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej nowych obywateli i… pracowników. Oraz docelowo podatników i płatników składników składek emerytalnych, już abstrahując od ich faktycznego pochodzenia etnicznego. Zresztą, na Kresach nijak niemożliwego do ustalenia ponad wszelką wątpliwość. Bo ani po języku (tutejszym), ani wyznaniu (przeważnie wszystkich naraz w rodzinach), ani po samej rodzinie, w której jeden dziadek mógł być w AK, jeden w UPA, a każdy z wujów od Armii Czerwonej po Wehrmacht – zgadnąć etniczności się nie da. Liczyło się więc czy ktoś chce studiować (a więc i dawać obrót wpływowym polskim uniwersytetom), a ostatnio nawet bardziej czy chce pracować i zostać na dłużej – czyli naśladując system, któremu poddani są polscy emigranci zarobkowi w Europie Zachodniej.

Dlatego właśnie narzeczony tej ślicznej Poleczki załapał się też na Polaka, choć z oczu i włosów bije mu Dniepr z czasów, gdy już zapomniał, że w ogóle jakieś polskie pany ganiały miejscowych kańczugami. Ostrożne, oficjalne (i zaniżone…) dane mówiące o co najwyżej 130 tys. Kart Polaka wydanych obywatelom Ukrainy przez pierwsze 10 lat obowiązywania tych regulacji nadają się do kosza. Jak potwierdzają i polskie służby konsularne, i monitorujące ich aktywność MSZ Ukrainy – możemy się spodziewać lekko licząc dziesięciokrotności tej liczby! Milion nowych Polaków! I to wcale nie z tych rejonów państwa ukraińskiego, gdzie naszych łącznie naprawdę jest około 2 milionów. Ci jednak nie przestraszyli się Symeona Petlury, nie uciekli od Władimira Lenina, przetrwali Josifa Stalina, dali radę Stepanowi Banderze – to i teraz z prapolskiej Bracławszczyzny i Podola nigdzie się nie wybierają. Ale i tak uczciwe państwo polskie powinno zapytać czy nie potrzeba im czegoś więcej niż „defensywnej amunicji” wysyłanej z Polski nazistowskim batalionom. Bo już raz Pan Piłsudski zostawił ich po złej stronie granicy. Nie popełnijmy drugi raz tego samego błędu.

Karta Polaka nie zastąpi karty poborowej

No dobrze, ale nie to martwi obecnego narzeczonego mojej niedoszłej synowej. Jeśli dobrze rozumiem – po ukraińsku nie rozmawiałem już dobre parę lat, a mój rosyjski jest nawet gorszy – chodzi mu o to czy z Kartą Polaka (którą, co zabawne, ma, jak już ustaliliśmy) będzie musiał walczyć za samostijną? Bardzo dobre pytanie. Tak, będzie musiał. W sytuacji zagrożenia wojennego – czyli na przykład kolejnego ukraińskiego ataku na Donbas i domniemanej rosyjskiej odpowiedzi – Karta Polaka nie zastąpi karty poborowej. A już wiadomo, że Kijów ściąga w kamasze nawet kobiety, w tym nie tylko np. pielęgniarki, ale i… artystki (?).  I to niezależnie od deklarowanej narodowości (bo przypomnijmy, że dzięki zabawnym niuansom w ustawie przyjęcie Karty Polaka nie musi koniecznie nawet równać się zadeklarowaniu narodowości polskiej!).

Jak więc realnie wyglądałaby sytuacja po pierwsze mniejszości polskiej na Ukrainie, a po drugie – mieszkających czy w Polsce, czy na Ukrainie osób posiadających Kartę Polaka w sytuacji, gdyby doszło do eskalacji konfliktu ukraińsko-donbaskiego, nazywanego często i na wyrost wojną ukraińsko-rosyjską?  Ponad wszystko: gdyby do pełnowymiarowej wojny naprawdę miało dojść, zapewne w wyniku jakiejś trudnej dziś do wyobrażenia prowokacji, skoro ani Moskwa, ani Kijów (przynajmniej deklaratywnie) nie chcą wojny – wówczas III Rzeczpospolita kompromituje się porównaniem z takim choćby Izraelem. Tel Awiw zadeklarował wszak gotowość skorzystania z nagłej opcji Prawa Powrotu i ściągnięcie szacowanej (skromnie) na 75 000 diaspory żydowskiej na powrót na Ziemię Abrahama, byle ustrzec rodaków i współwyznawców przed przeniesieniem się na Abrahama łono. Cóż, można by się wyzłośliwiać, że jeśli ktokolwiek Żydom na Ukrainie zagraża – to przecież tylko wyznawcy zwyrodniałej, nazistowskiej i rasistowskiej ideologii Bandery, których jakoś rząd Izraela również wspiera w składzie kijowskiej junty. Takie szczegóły już jednak zostawmy. Jako Polak, jako działacz kresowy, jako człowiek, który przejeżdżając Bug na zachód jest odrywany pazurami od tamtego brzegu  – pytam: co z naszymi?!

Co z naszymi?

Jeśli ma tam być wojna, bo któryś z wielkich zachodnich polityków tak postanowił – to co zrobimy dla ratowania swoich? Żebyśmy się dobrze zrozumieli: dzień, w którym polska flaga zawiśnie znowu na lwowskim Wzgórzu Zamkowym, o Winnicy nawet nie mówiąc – będzie dla mnie porównywalny ze szczęściem z urodzin moich dzieci. Ale też nie widzę sensu poświęcania życia mieszkających na Ukrainie Polaków na darmo na jakiejś idiotycznej wojnie, sprzecznej z interesami tak Polski, jak i Ukrainy. Bo na dziś wygląda to tak, że dwa miliony Polaków na Kresach mogą znaleźć się w bezpośrednim zagrożeniu działaniami wojennymi – a równolegle trzy miliony ukraińskich dekowników w Polsce będzie starało się uniknąć poboru i konieczności ponoszenia smutnych konsekwencji geopolitycznego wyboru swych przywódców.

Realia są bowiem takie: jeśli rzeczywiście wybuchnie wojna, ta z telewizji – to ginąć będą na niej Polacy, Ukraińcy i Rosjanie. Nie Anglicy, nie Amerykanie. Nie, nikt obcy. Znowu tylko sami swoi. Chłopak tej ładnej dziewczyny ze sklepu z butami, ona sama, ukraińska baletnica z naszego teatru, jakiś rosyjski chłopak z tatarskimi oczami, pewnie od mamy z Kubania. My. Czy my rozumiemy, że wojna oznaczać może także naszą śmierć? Nie w Internecie, ale śmierć?

A gdyby mnie ktoś chciał zapytać, co jest ważniejsze – zabrać naszych jak Izrael, chronić tych biednych Polaków z pozysku, a może bawić się w jakiś prymitywny makiawielizm, że „jak się już wszyscy wschodni pozabijają – to my potem wkroczymy”? Odpowiadam (płacząc po polskich Kresach, powtarzam!): najważniejszy jest pokój. Chociaż Kresy i tak były, są i będą polskie!

I w tym zakresie powinniśmy przede wszystkim współpracować nie z obecnymi kijowskimi władzami, które tak czy inaczej są kartą bitą. I nie z Wielką Brytanią, która chyba sądzi, że ktoś w naszej części Europy zapomniał czym się kończą „brytyjskie gwarancje” dla środkowoeuropejskich niepodległości. Nie, dopóki Kijów jest okupowany i irracjonalny – uzgadniać politykę polską warto byłoby z Budapesztem oraz mimo wszystko z Bukaresztem. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji odnośnie naszych własnych rodaków – i naszych terytoriów na obecnej Ukrainie. Zabierać czy wkraczać i chronić? – to nasz wspólny dylemat.

Moje zdanie – wkraczać. I robić pokój. Pokój, którego chcą przecież i Francja, i Niemcy – czyli Europa. Zaprowadźmy zatem Europę na Ukrainie. Przecież tego wszyscy od początku chcieli(śmy), prawda?

Konrad Rękas

Redakcja