FelietonyPaństwo światowe

Redakcja12 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Obracamy się obecnie w kręgu dwóch pojęć: globalizmu oraz globalizacji i nie są one tożsame. To pierwsze odnosi się do doktryny państwa światowego, jego ideologicznej podbudowy. W drugim przypadku określamy tak naturalne procesy podboju ziemskiego globu przez ludzką rasę.

Świat jest bowiem obiektywnie coraz mniejszy, opleciony gęstszymi gospodarczo – technicznymi powiązaniami. Ich skutki w praktyce są też wielorakie i niekiedy wielowątkowe. Niewątpliwie nowe uwarunkowania rodzą rozliczne rzeczywiste implikacje w dziedzinie myśli i instytucji.

Skoro się tak wiele zmienia, przekształca się także obraz świata. To naturalne. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, choć to wciąż jest H2O. Możemy zatem słusznie uznać, że to co jest rezultatem niewymuszonego ruchu i zmienności – jest  nieuchronne. Tak świat rozpoznawała, a także opisywała doktryna chrześcijańska. Natomiast zupełnie inną sprawą jest wspomniany na początku globalizm, do którego odnosi się, także przywołane w tytule: światowe państwo. Jest to więc światopogląd – co należy podkreślić i uwypuklić – na wskroś zideologizowany i w swojej najgłębszej wymowie utopijny.

Jakie zatem przesłanki upoważniają do takiej konkluzji? Rozpoznając sprawę na najwyższym poziomie jej ogólności trzeba stwierdzić, iż wywodzi się on z apriorycznych systemów myśli o konstruktywistycznym charakterze. Jej związki ze światowymi trendami cywilizacyjnymi, kulturowymi, czy gospodarczymi – w rzeczywistości są wątłe,  niedecydujące o właściwej naturze. Globalizm bowiem to nic innego niż płonne marzenia różnych umysłów o ogólnoświatowym rządzie o omnipotentnych możliwościach. Samo sedno problemu można – jak najczęściej w przypadku utopii – sprowadzić do zagadnienia w jaki sposób powstanie ta postulowana republika? Piewcy owej doktryny powiadają, że w wyniku zracjonalizowanych przemyśleń, gdy ci dzierżący władzę (polityczną, gospodarczą, ideową) dojdą do zgodnego wniosku o konieczności powołania owego lewiatana.

Rząd światowy będzie zatem bardziej anonimowym zwieńczeniem skomplikowanej natury politycznych zjawisk, niż rodzajem związku wszystkich państw. Rola tych drugich stanie się głównie wykonawcza, prowadząca ostatecznie chyba do ich upadku z pełnym zanikiem włącznie. Pochodzenie tego tworu jest dość niejasne. Przede wszystkim nie wiadomo skąd ma czerpać legitymizację i wystarczająco szerokie uprawomocnienie.

Właściwie dlaczego? Dlatego, że należało coś ukryć. Ale co? To mianowicie, że nie można publicznie wyjawić rzeczywistego fundatora, a w rezultacie faktycznego suwerena. Nie są nimi bowiem ani rządy, a już tym bardziej nie narody. A światowa władza wymaga przecież kadr i systemu, który będzie je wyłaniał. Musi więc powstać jakaś nowa elita. Z tego wynika, że ma to być samoodnawialna kasta. Po części  z utrwalających się w jej obrębie związków krwi i wyznawców jakiejś wersji laickiej religii. Skoro nie będzie ludów i narodów ze swoimi wierzeniami, społecznymi urządzeniami – to wszystko  co dotyczy politycznej władzy przestanie być organicystyczne, stając się zmechanizowaną strukturą.

By to w ogóle mogło jakoś istnieć potrzebna jest naga, bezwzględna siła. Tylko ona bowiem może strzec tej  utopii. Szaleństwo postmodernistycznego obłędu. Wiele symptomów na to wskazuje, że takie cele chodzą po głowach wpływowych ośrodków, a są one wynikiem oderwania się ludzi od religii. I na tym właśnie będzie polegał czas Antychrysta.

Antoni Koniuszewski

Myśl Polska, nr 39-40 (25.09-3.10.2021)

Redakcja