PublicystykaEsencja męskości

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Mąż winien być wychowany ku wojnie, zaś niewiasta ku wytchnieniu wojownika (Nietzsche)

Komentowana już przez nas w poprzednim numerze „Myśli Polskiej” wypowiedź doradcy ministra edukacji Pawła Skrzydlewskiego o wychowaniu dziewcząt do cnót niewieścich wywołała powszechny w środowiskach liberalnych i lewackich rechot. Żenujące jest, że do rechotu tego dołączyli niektórzy prawicowcy. Inni, poddający się presji feministycznej poprawności, lali krokodyle łzy, że w ramach równowagi nie pojawiły się również odniesienia do cnót męskich.

Za uwagami takimi kryje się mentalność ukształtowana przez feministyczną propagandę, na gruncie której wychodzi się z założenia, że kobiety cierpią z tytułu „ucisku” i „dominacji” ze strony mężczyzn, którzy kobietom starają się narzucać wygodne dla siebie moralne ograniczenia, sami równocześnie takich nie przestrzegając. Jak w filozofii Marksa czy Nietzschego, normy moralne nie są tu elementem obiektywnej rzeczywistości o pozaludzkim pochodzeniu, tylko wyrazem określonych stosunków władzy, czy w każdym razie dążenia do władzy (w tym przypadku mężczyzn nad kobietami).

Kryje się za tym jeszcze jedno błędne przekonanie, jakoby mężczyźni i kobiety mieli być zasadniczo równi, tak więc tacy sami, a zatem mieliby być formowani moralnie w tym samym etosie. Oczywiście, mężczyźni i kobiety należą do tego samego gatunku ludzkiego, w tym elementarnym wymiarze będąc sobie równi. Wszystkie powinności etyczne jakie mamy wobec ludzi jako takich, mamy w równym stopniu wobec mężczyzn jak i kobiet. Ponad tym jednak podstawowym poziomem przynależności gatunkowej pojawiają się cechy różnicujące, a im bardziej różnicują one poszczególne osoby ludzkie, tym większą mają wagę etyczną. Płeć stoi tu poziom wyżej niż tożsamość gatunkowa, znaczenia nabierają również specyficzne etosy płci i specyficzne powinności moralne wobec osób danej płci.

Zdefiniowaniem etosu i powinności moralnych kobiet zajęliśmy się już w innym tekście. W tym miejscu skupmy się na wskazaniu, jakie przymioty definiują męskość i jaki męski etos oraz specyficznie męskie powinności z nich wynikają. W dzisiejszym dyskursie coraz mocniejszą pozycję zyskuje narracja „genderowa” wskazująca, że rozumienie płci jest warunkowane społecznie i kulturowo. W argumentacji tej jest nieco racji, bo, rzeczywiście, u różnych rozrzuconych w czasie i przestrzeni ludów męskość definiowana była całkiem odmiennie. Najbardziej bodaj prostackim ale też narzucającym się przykładem są choćby męskie „sukienki” zdecydowanie odrzucane w naszej kulturze, ale wpisane choćby w kulturę Szkocji w formie kiltu, czy w obrzędowość Kościołów chrześcijańskich w formie sutanny.

Skoro zatem rozumienie męskości jest tak zróżnicowane przestrzennie, historycznie i społecznie, w poszukiwaniu jej rzeczywistej treści sięgnąć należy do poziomu przedhistorycznego i przedkulturowego. Gdy oczyścimy męskość z partykularnych naleciałości kulturowych, to, co zostanie, będzie jej esencją. Dotykamy tu poziomu biologicznej determinacji płci, którą uparcie negują dzisiejsi postmoderniści, filozoficzni spadkobiercy Oświecenia z jego ideą człowieka jako „carte blanche” do zapisania przez kulturę, ale również niektórzy wyznawcy niektórych religii, gdzie wierzy się w niezdeterminowaną przyrodniczo naturę ludzką. Na rzecz takiej determinacji świadczy jednak stan dzisiejszej wiedzy przyrodniczej i antropologicznej, wobec której ideologiczny wstręt wobec takich tez musi skapitulować jako sfalsyfikowany.

Zastanówmy się zatem, co stałoby się, gdyby pewnego dnia zniknęła cała dzisiejsza cywilizacja i kultura? Wyobraźmy sobie stan załamania organizacji politycznej, atrofii społeczeństwa, rozpadu organizacji gospodarczej. Wyobraźmy sobie sytuację rodem z powieści „postapokaliptycznych”: jakąś katastrofę, po nastąpieniu której ludzie zdani są wyłącznie na siebie. Nie mogą udać się po żywność do sklepu, nie mogą wezwać na pomoc policjanta ani żołnierza, nie mogą zadzwonić po specjalistę lub lekarza. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy wszelkie dobra ludzie zmuszeni są zdobywać samodzielnie i również samodzielnie ich bronić.

W jakiej formule funkcjonowałaby wtedy ludzkość? Przede wszystkim, odrzucić musimy oderwane od rzeczywistości rojenia nowożytnych filozofów jak Hobbes czy Rousseau, a także współczesnych libertarian i anarchoindywidualistów, jakoby „stan natury” odpowiadał samotnemu życiu jednostek. Wymysły takie falsyfikuje dorobek całej dotychczasowej antropologii, etnologii, socjologii i psychologii. „Jednostka” jest abstraktem nie występującym nigdzie w naturze. Człowiek nie jest w stanie przetrwać sam, gdyż nie jest zdolny do pozostawania w stanie permanentnego czuwania: musi kiedyś spać, odpoczywać, czasem zapada na różne choroby, nie jest we wszystkim równie sprawny ani skuteczny. Ludzie rozmnażają się też płciowo a ludzkie młode potrzebują przez wiele lat opieki dorosłych, by osiągnąć samodzielność i dojrzałość. Dlatego właśnie starożytni Grecy mawiali, że poza społeczeństwem może żyć jedynie bóg lub barbarzyńca – zatem jedynie nadczłowiek lub podczłowiek.

Stanem naturalnym dla człowieka jest więc grupa, jak u naszych małpich przodków i krewnych. Nie jest to jednak grupa o zupełnie dowolnym kształcie. Kobiety są na przykład fizycznie słabsze od mężczyzn, stąd też grupa złożona z samych kobiet lub w przeważającej części z kobiet, zostałaby natychmiast zdominowana przez grupę męską. To samo dotyczy grup złożonych z samych dzieci. Przykłady krajów ogarniętych wojennym chaosem, grup przestępczych oraz społeczeństw przedpaństwowych ukazują nam, że w warunkach braku państwa i władzy zwierzchniej lukę po nich zapełniają formowane ad hoc bandy mężczyzn. Kobiety i dzieci włączane są do bardziej okrzepłych z nich, jednak nie stanowią ich głównego oparcia, funkcjonując raczej jako część szeroko pojętego gospodarstwa domowego, choć ciesząc się w jego ramach pewnym stopniem podmiotowości.

Przez całą prehistorię człowieka grupy takie liczyły sobie kilkadziesiąt do stu dorosłych mężczyzn, zdolnych do rozpoznawania się z twarzy i utrzymywania między sobą osobowych więzi. Gdy liczebność grupy przekraczała tę wielkość, ulegała ona podziałowi a przedstawiciele młodszych gałęzi szczepu byli wraz z rodzinami wyganiani, by założyć nową społeczność. Do dziś na tym wpisanym ewolucyjnie w ludzką naturę szablonie opiera się liczebność podstawowych jednostek wojskowych (od trzech do kilkudziesięciu ) oraz drużyn sportowych. Ponad wielkość tę nie wyrastają gangi uliczne i grupy koleżeńskie. Przetrwałe na Andamanach, w niektórych regionach Amazonii, Nowej Gwinei, Australii, Filipin i Malezji społeczności archaiczne również żyją w takiej właśnie strukturze społecznej.

Zadajmy sobie teraz pytanie, według jakich kryteriów formują się takie grupy? Rzecz jasna, ich członkowie tworzą wspólnotę, dopuszczając do niej mężczyzn cechujących się przymiotami przydatnymi dla przetrwania grupy, czyli zaspokojenia jej podstawowych potrzeb. Zwróćmy zatem uwagę, że o pozycji mężczyzny w bandzie nie decyduje opinia kobiet, tylko opinia innych mężczyzn. Kobiety nie są tu w ogóle czynnikiem sprawczym, ponieważ ich fizyczna słabość i cechy psychiczne nie pozwalają im występować wobec mężczyzn jak wobec równych sobie. To mężczyźni decydują, który z nich stanie się pełnoprawnym członkiem ich społeczności, a zatem uzyska dostęp do kobiet.

Kobieta jest w społeczeństwie tradycyjnym zawsze nagrodą dla tych, których męskość została pozytywnie zweryfikowana przez mężczyzn o ustalonym statusie. W tradycyjnych indoeuropejskich mitach i legendach młodzieniec uzyskiwał rękę damy, gdy dowiódł jej opiekunom (ojcu, braciom) że jest prawdziwym mężczyzną: odbył daleką podróż, pokonał smoka (metafora triumfu uosabianej przez mężczyznę zasady solarnej z uosabianą przez smoka siłą chtoniczną), dokonał jakichś niezwykłych czynów, jak choćby w ruskiej baśni o carze Sałtanie. Instancją osądzającą są tu jednak zawsze mężczyźni – owi opiekunowie niewiasty, decydujący komu wydać ją za mąż. Mężczyzna w tradycyjnym społeczeństwie nie zabiega o uznanie w oczach kobiet, lecz o uznanie w oczach mężczyzn, którzy w uznaniu jego męskości dopuszczają go do kobiet(y).

W dzisiejszym społeczeństwie ginekokratycznym sytuacja uległa odwróceniu: to nie kobiety marzą, by oddać rękę prawdziwemu mężczyźnie, lecz osobniki w sensie męskie o tym, by wkraść się w łaski kobiet. Im popularniejszy jest dany osobnik wśród kobiet, tym większym uznaniem cieszy się wśród innych osobników męskich. Uznanie wśród mężczyzn staje się funkcją uznania wśród kobiet. Czyli odwrotnie, niż być powinno. Stąd też męskość degeneruje się w „donżuanizm” a duża część rozmów między mężczyznami dotyczy dziś tego, jak bardzo który z nich jest popularny wśród kobiet i z iloma już spółkował. Degeneracja ta zaszła już tak daleko, że nawet motywem uprawiania sportów siłowych staje się dziś „by podobać się kobietom”, gdy tymczasem przeciętny słowiański woj lub spartański hoplita miał zapewne krzywy od złamań nos, zniekształcone kostki, zrogowaciałe dłonie i ściemniałą od słońca i wiatru skórę – mężczyzna nie jest bowiem rzeźbą z marmuru, ani tym bardziej nie wygląda jak model z kolorowych czasopism dla kobiet i dziewcząt.

Kobieta tymczasem nie odgrywa niemal żadnej roli w budowaniu właściwie rozumianej męskości. Punktem odniesienia dla dorastającego chłopca są inni mężczyźni, którzy dopuszczają go lub nie do udziału w wyprawach łowieckich i wojennych, pozwalając lub nie nocować w namiotach z innymi mężczyznami. Nie wszystkich do tej godności dopuszczano. Tradycyjne społeczeństwa znają fenomen społecznego klasyfikowania różnych psychicznych i fizycznych kaleków oraz zboczeńców płci męskiej jako kobiet. To właśnie indyjscy „hidżra” czy „ludzie o dwóch duszach” wśród rdzennych mieszkańców Ameryki. Postać taka pojawia się choćby w popularnym westernie „Człowiek zwany koniem”. Osobnicy tacy mieli żyć z kobietami, ubierać się jak kobiety i wykonywać typowo kobiece zajęcia. Czasem chodzili tyłem lub w inny sposób demonstrowali że są „na opak”, niczym rosyjscy „jurodiwi”. Niektóre społeczności niekiedy kaleków, niedorozwiniętych i zboczeńców się pozbywały, w innych jednak sankcjonowano ich społeczną obecność jako „trzeciej płci”.

Dotykamy tu sedna naszego wywodu, mianowicie, jakie cechy cenione są u mężczyzn przez innych mężczyzn? Takie oczywiście, które okazują się przydatne w zdobywaniu i obronie dóbr egzystencjalnych, niezbędnych do przetrwania społeczności. Należą tu żywność, technologia, kobiety i inne elementy gospodarstwa domowego. Żywność to też mięso, a mięso to zwierzęta które trzeba upolować. Można oczywiście żywić się samymi roślinami, jest to jednak nienaturalne dla gatunku wszystkożernego jakim jest człowiek. Brak białka zwierzęcego powoduje zaburzenia równowagi hormonalnej i niedowagę oraz mniejszą siłę. Dlatego w warunkach braku białka zwierzęcego wiele społeczności ludzkich adaptowało kanibalizm, pomimo jego zasadniczej szkodliwości dla zdrowia. Pozyskanie mięsa, tak więc zwierząt, wymaga zaś poradzenia sobie z faktem, że zwierzę wcale nie chce zostać upolowane i zjedzone.

By przemóc jego obronę potrzebna jest siła fizyczna. To pierwsza z cech stanowiących o esencji męskości. Mężczyzna może spełniać swoją rolę myśliwego, rzemieślnika, rolnika, obrońcy dobytku, gdy starcza mu siły fizycznej. Odparcie napaści innych grup, ustalenie własnej pozycji w bandzie, jak również jakakolwiek praca wymagają siły. Archaiczna technologia, podobnie jak dzisiejsze sztuki walki, to umiejętność szczególnego zastosowania siły fizycznej. Same umiejętności, gdy zabraknie siły i masy, na nic się zdadzą. Również pogoń za zwierzyną i sam proces polowania, czy choćby radzenie sobie z oswojonymi czy udomowionymi zwierzętami, wymaga siły. O ile w większości innych przymiotów kobieta statystycznie nie ustępuje mężczyźnie, o tyle średnio jest od mężczyzny o jedną trzecią mniejsza i o tyleż fizycznie słabsza. Siła fizyczna jest więc nie tylko jedną z fundamentalnych cech męskości, ale też jej cechą dystynktywną.

Sama siła fizyczna nie zda się jednak na nic w walce lub na polowaniu, jeśli nie znajdzie oparcia w sile psychicznej. Odwaga jest drugą cechą przynależącą do esencji męskości. Podczas wyprawy łowieckiej lub wojennej nic grupie po siłaczu, który drżał będzie ze strachu niczym osika. Odwaga, jak i siła fizyczna, podlega przy tym formacji. Każdy adept sztuk walki wie, że im więcej stoczy walk, tym mniej boi się przed kolejną – pod warunkiem oczywiście, że poprzednio zdarzało mu się wygrywać. Tak samo rzecz się ma z pokonywaniem każdych trudności wymagających odwagi: wspinaczką, zejściem do podziemi, posługiwaniem się niebezpiecznymi przedmiotami itd. Siłę fizyczną i siłę psychiczną trenujemy zatem i rozwijamy na okoliczność sytuacji wymagających jej użycia „na poważnie”.

Stąd mali chłopcy biją się w szkole na przerwach, podobnie jak symulowane walki staczają ze sobą wilczęta, lwiątka, niedźwiadki i młodociane innych gatunków. Stąd „bullying” stosowany w męskich grupach, który, gdy utrzymany jest w stosownych granicach, stanowi również element zaprawy. Dzisiejsza postmodernistyczna dekonstrukcja męskości, a wcześniej egalitarny demokratyzm i pacyfistyczny liberalizm, skierowane są właśnie przeciwko siłowaniu się i bójkom chłopców na szkolnych korytarzach i boiskach – pojawiają się nawet pomysły, by chłopcom wstrzykiwać żeńskie hormony, by wyeliminować ich agresywne zachowania.

Ludzie, podobnie jak ich bezpośredni małpi przodkowie i najbliżsi małpi krewni, są jednak zwierzętami stadnymi. Do dziś mężczyźni polują i walczą w grupach – nieważne, czy chodzi o uliczny gang polujący na ofiary w ciemnych zaułkach miast, czy o państwowe armie, czy nawet o również polujących w grupach myśliwych. By grupa przetrwała, jej członkowie muszą wykazywać wobec siebie lojalność przekraczającą wewnętrzną rywalizację. Grupy przestępcze rozpadają się niemal zawsze przez niedostatek tej właśnie męskiej cnoty wśród swoich członków: egoizm jest tam na tyle silny, honor zaś wyrażający się w lojalności wobec innych członków bandy niedostateczny, że przestępcy zwracają się w końcu przeciw sobie nawzajem, grupa zaś się rozpada – po aresztowaniu na przykład, przestępcy na ogół „sypią” swoich dawnych towarzyszy, by ratować własną skórę.

Honor jest więc trzecią esencjonalną cechą męskości. Mężczyźni przyjmą do swej bandy i cenić będą tego, kto będzie działał jako jej spoiwo, nie zaś potraktuje ją jako odskocznię do celów jednostkowych. Stąd właśnie wzorem honoru jest rzymski dostojnik Gaius Mucius, który, schwytany przez Etrusków oblegających Rzym, zademonstrował gotowość na śmierć w imię lojalności wobec swej społeczności, a gdy zagrożono mu wrzuceniem do ognia, sam włożył w ogień swą prawą dłoń, aż ta spłonęła. Honor jest więc miarą lojalności wobec innych mężczyzn z bandy, przekraczającej jednostkowy egoizm. Na poziomie bardziej elementarnym zaś honor jest gotowością do obrony swej integralności wobec zakusów z zewnątrz: „zabiję go gdy chce mi ukraść portfel, bo jeśli tego nie zrobię, następnym razem zgwałci mi córki”. Honor sprowadza się więc do uznania w oczach innych mężczyzn płynącego ze skutecznej obrony integralności siebie jako osoby i grupy jako wspólnoty.

Tu wrócić musimy na chwilę do kwestii kobiet: mężczyźni, by tworzyć cywilizację, potrzebują perspektywy przekroczenia własnej śmierci przez pozostawienie potomstwa. Do tego potrzebują kobiet. Grupy przestępcze rozpadają się tak szybko między innymi dlatego, że brak w nich perspektywy wielopokoleniowego trwania. To kwestia elementarnego popędu ewolucyjnego, umożliwiającego naszym genom replikację. Jesteśmy wehikułem naszych genów i stanięcie wbrew naturalnym instynktom wymaga dużego stopnia „posłuszeństwa” do pewnego stopnia od biologii niezależnym replikatorom kulturowym – to właśnie przypadki mężczyzn żyjących w dobrowolnej abstynencji seksualnej. Tak czy inaczej, dla honoru znaczenie posiadają również kobiety.

Z drugiej strony, nie ma dla mężczyzny nic bardziej hańbiącego, niż łamanie męskiej solidarności ze względu na kobietę. „Żony są w domach, a k… za płotem” wykrzykuje jeden z bohaterów filmu „Kroll” do innego, który uwiódł wcześniej koledze z jednostki wojskowej żonę. Interesowanie się żonami lub „byłymi” swoich kolegów to do dziś w męskiej grupie hańba. Dlatego, że romans taki zawsze musi w pewien sposób pozycjonować jego męskiego uczestnika przeciw swemu towarzyszowi z bractwa. Miarą dzisiejszej degeneracji męskości jest zaś, że obserwować da się zjawisko „mężczyzn”, starających się zabiegać o względy kobiet, przez krytykowanie wobec nich męskich postaw i zachowań z perspektywy feministycznej. Takie „kalające własne gniazdo” osobniki są oczywiście w myśl kategorii męskiego honoru niegodne uznania za mężczyznę, w dzisiejszym jednak społeczeństwie ginekokratycznym nie są bynajmniej, niestety, zagrożone ostracyzmem.

Przejdźmy wreszcie do ostatniej z esencjonalnych cech męskości. Punktem wyjścia musi być tu dla nas konstatacja, że, w sensie biologicznym, człowiek nie posiada zbyt wielu predysponujących go do sukcesów cech fizycznych. W porównaniu z innymi gatunkami, nie jesteśmy zbyt silni, szybcy, ani wytrzymali. Nie mamy kłów ani pazurów. Nie pływamy ani nie biegamy zbyt dobrze. Nie potrafimy latać. Nawet w czasach prehistorycznych, nasze owłosienie nie było zbyt intensywne i nie stanowiło podobnie skutecznej ochrony jak w przypadku innych gatunków. Przewagą która zadecydowała o sukcesie homo sapiens była technologia: broń, narzędzia i umiejętności.

Ostatnią esencjonalną cechą męskości jest więc inteligencja, rozumiana jako umiejętność zastosowania posiadanej wiedzy do rozwiązywania nieznanych wcześniej trudności. Inteligencja konkretyzowała się materialnie na poziomie wiedzy i umiejętności. Umiejętności tropienia, budowania, rozpalania ognia, wytwarzania narzędzi, organizowania zasadzek i kampanii wojennych.

Pewne znaczenie miała nawet inteligencja przejawiająca się w kwestiach drugorzędnych, bo pozycję nawet zupełnie przeciętnego myśliwego w grupie wzmacniało do pewnego stopnia i to, jeśli umiał opowiadać śmieszne dowcipy lub umilać czas przy ognisku śpiewem lub grą na instrumencie. Tu właśnie mamy przypadek wszystkich tych pamiętanych z dzieciństwa grubasów i okularników, których jednak przyjmowaliśmy do naszej bandy jeśli jej zanadto nie obciążali, jeśli któryś na czymś się szczególnie dobrze znał, lub posiadał dostęp do innych istotnych wartości.

Zwróćmy jednak w tym miejscu uwagę, że inteligencja posiada janusowe oblicze: jak zauważył filozof Iwan Ilijin, w pewnym momencie wytwarzana technologia zaczyna panować nad człowiekiem. Wśród cenionych cech pozostaje wtedy jedynie zdolność operowania na wytworzonej technologii, pozostałe zaś esencjonalne cechy męskości ulegają uwiądowi i zanikowi, niczym nie używane narządy. To właśnie czasy dzisiejszego kapitalizmu i technokracji, gdzie wzorem męskości jeszcze niedawno (zanim męskość zaczęto atakować jako taką w latach 1990.) był „rekin giełdowy” z Wall Street i prawniczy lub informatyczny korporacyjny technokrata, a miarą męskości zaczęła być liczba zer na koncie. Kryjący się w fenomenie „yuppies” zawiązek postmodernistycznej relatywizacji unaocznił w swojej twórczości pisarz Bret Easton Ellis, w którego powieściach postaci mylą ciągle swoje tożsamości i imiona, gdyż wszyscy są tak samo wewnętrznie puści i przez to od siebie nieodróżnialni, pozbawieni osobowej autonomii i tożsamości. Autorzy niemieckiej Rewolucji Konserwatywnej Ernst i Friedrich Georg Jüngerowie alarmowali zresztą już w latach 1920. że technologia „pożarła” człowieczeństwo.

Mamy zatem esencję męskości w postaci siły fizycznej, odwagi (siły psychicznej), honoru (siły moralnej) i inteligencji (siły intelektualnej). Wszystkie one służą wspólnocie mężczyzn w zagarnięciu i obronie swego. Jak wskazuje bowiem etolog Robert Ardrey w swojej pracy „The Teritorial Imperative: A Personal Inquiry Into the Animal Origins of Property and Nations” społeczność ludzka zaczyna się tam, gdzie wspólnota mężczyzn wyznacza perymetr. Jak Romulus, który rozpoczął historię Rzymu, zakreślając na piasku jego granicę, zabijając pierwszego najeźdźcę w osobie swego brata, a następnie ustanawiając religię, prawa i instytucje. Perymetr oddziela to co nasze, od tego co nie nasze. Może chodzić o krąg światła rzucany przez płonące ognisko lub granicę państwa. Za perymetrem, w mroku kryją się demony, potwory, wrogowie i dzikie zwierzęta. Tam, za górą, za rzeką, za lasem, za mokradłami, za horyzontem. Jak na średniowiecznych mapach świata. Człowiek jest gatunkiem terytorialnym i dotyczy to również grup koczowniczych, przemieszczających się wciąż tymi samymi trasami. Analogicznie, jak gatunkami terytorialnymi są nasi krewni – szympansy i inne małpy naczelne. Geopolityka, rozumiana jak definiował ją Leszek Moczulski, jako panorama „zmiennych układów sił na niezmiennej przestrzeni”, towarzyszy człowiekowi wcześniej niż od zarania gatunku.

Na koniec zadajmy jeszcze pytanie, co u mężczyzn z tymi cnotami, które tak wysoko cenimy u kobiet, czy których wręcz od nich oczekujemy. Wrócić tu wypada przede wszystkim do faktu, że mężczyźni i kobiety nie są sobie równi, gdyż są różni. Skoro zaś są różni, to różne muszą też być ich biologiczne i społeczne powołania oraz etosy i powinności etyczne. Przypomnijmy, że u kobiet wynikają one z imperatywu macierzyństwa, stanowiąc kombinację gotowości przyjęcia potomstwa w rodzinie, wstrzemięźliwości seksualnej wobec innych niż mąż mężczyzn, oraz opiekuńczości wobec już narodzonych dzieci i zdolności zapewniania „wytchnienia” mężowi.

Imperatywem mężczyzny jest ojcostwo. Wbrew powierzchownym jednak interpretacjom socjobiologicznym, społeczeństwo, zatem również człowieczeństwo, nie byłoby możliwe, gdyby mężczyźni ograniczali się do zapładniania tak wielu przypadkowych kobiet, jak to tylko możliwe. Ludzie nie zaliczają się do tych gatunków zwierząt, u których ojciec nie musi uczestniczyć w opiece nad żoną i potomstwem. Jest wręcz przeciwnie: złożona i skomplikowana ludzka erotyka oraz rozmaite atrybuty płciowe kobiet i wrażliwość mężczyzn na nie są ewolucyjną adaptacją do tworzenia związków trwałych przynajmniej na tyle, by odchować dzieci. A pamiętajmy, że w społecznościach archaicznych długość życia człowieka nie wykracza zanadto ponad okres gdy pozostaje on płodny.

Poboczną cnotą mężczyzn jest zatem odpowiedzialność za rodzinę – zależnie od kultury i religii, może być to rodzina monogamiczna lub poligyniczna (prawdę pisząc, „rodzina tradycyjna” rozumiana jako rodzina archaiczna, to – jak zauważył Jared Diamond – patriarcha, jego synowie, żony, córki, do tego zaś gospodarstwo domowe z niewolnikami, zwierzętami, ziemią, ruchomościami), związek jednak musi być stały.

Jak uczy nas cytat z „Małego Księcia” Antoine’a Saint-Exupéry’ego: „Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś”. Utrata poczucia tej odpowiedzialności w dzisiejszym społeczeństwie promiskuitycznym również jest miarą dezintegracji męskości. Analogicznie, jak wskazany wcześniej „donżuanizm”, czyli budowanie swej tożsamości poprzez kolejne jałowe (w sensie płodności, dzietności, wychowania, tworzenia instytucji) paroksyzmy seksualnej rozpusty. Powtórzmy tu zatem wyraźnie, że powołaniem mężczyzny jest budowanie rodziny i kierowanie ją, a nie rozpusta.

Ronald Lasecki

Myśl Polska, nr 33-34 (15-22.08.2021)

Redakcja