PublicystykaŚwiatNiemieckie polityki zagraniczne

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

W kwietniu europejskie media głównego nurtu ze zdziwieniem przyglądały się pewnej oficjalnej wizycie niemieckiej w Moskwie. Na czele delegacji stał premier Saksonii Michael Kretschmer z Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), partii Angeli Merkel.

Premier Saksonii rzuca wyzwanie Berlinowi

Podczas gdy czołowe media i politycy w Niemczech gardłowali od wielu miesięcy przeciwko Federacji Rosyjskiej i jej prezydentowi Władimirowi Putinowi, Kretschmer uśmiechał się na zdjęciach z Rosji, prezentując wizję harmonijnych i stabilnych relacji niemiecko-rosyjskich. Premier powrócił z tego kontrowersyjnego wyjazdu do swojego rodzinnego landu z sukcesem dyplomatycznym na koncie: podpisał umowę o dostawach rosyjskiej szczepionki Sputnik V do Saksonii. Reakcję na rosyjską misję Kretschmera były nietrudne do przewidzenia. Ci, którzy nie darzą sympatią Rosji i Putina, głównie pochodzący z Niemiec Zachodnich, oskarżyli szefa saksońskiego rządu o pełnienie roli narzędzia rosyjskiej propagandy, tymczasem Saksończycy (i generalnie Niemcy ze wschodu) składali ręce do oklasków i wyrażali aprobatę. Dla Kretschmera wynik był w pełni zadowalający: saksońska CDU nie wygrywa wyborów dzięki głosom dziennikarzy z Hamburga, Düsseldorfu czy Kolonii, lecz dzięki poparciu mieszkańców Saksonii. Krótko mówiąc, bilans wizyty dla saksońskiego premiera był pozytywny, pomimo krytyki i ataków medialnych.

Dla wielu obserwatorów zagranicznych podróż Kretschmera była oburzającym wydarzeniem. Jak tak można? Jak to się dzieje, że premier jednego z niemieckich landów, który stoi na czele regionalnych zaledwie władz, podporządkowanych przecież rządowi federalnemu w Berlinie, może prowadzić swoją własną politykę zagraniczną i nawiązywać kontakty międzynarodowe? Czy nie jest to forma ataku wymierzonego przeciw niemieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Heiko Maasowi? Uprzedźmy fakty: tak, istotnie jest.

Tradycja przeciwko centralizmowi

Zacznijmy od tego, że Niemcy mają rzeczywiście silnie zakorzeniony system federalny, co nie jest dla nikogo sekretem. Federalizm był częścią niemieckiej tradycji od pradawnych, starożytnych czasów. Już wtedy ówczesny duch federalistyczny i antycentralistyczny był tak silny, że wodzowie germańskich plemion zawsze podejrzliwie spoglądali na jakiekolwiek władze centralne. Germański bohater Arminiusz, który pokonał rzymskie legiony Publiusza Kwintktyliusza Warusa w słynnej bitwie w Lesie Teutoburskim w 9 roku n.e. nie tylko nie był fetowany przez innych wodzów plemiennych, lecz został przez nich zamordowany w 21 roku. Powód: w ich oczach Arminiusz stał się „zbyt mocny”. Niektórzy sądzili, że może marzyć mu się tytuł „króla germańskiego”.

Niemieckie dzieje późniejszych wieków to niekończąca się historia sporów pomiędzy władzą centralną Kaisera (cesarza) a regionalnymi przywódcami. Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego było skomplikowanym systemem wzajemnego równoważenia się różnych sił, w którym władze centralne musiały nieustannie negocjować i układać się z przywódcami regionalnymi. Gdy inne państwa rozbudowywały swoje stolice, król niemiecki a później Kaiser podróżował wraz ze swym orszakiem w ramach permanentnego objazdu ziem swoich lenników, aby choć trochę kontrolować swoje imperium. Zawsze też znajdował się jakiś arystokrata kwestionujący cesarską władzę. Jakby tego nie było dość, niemiecki Kaiser wstępował jeszcze w spory z rzymskim papieżem dotyczące hierarchii przywództwa w imperium. Spory te motywowały część arystokracji do wyboru współpracy z papieżem, zamiast lojalności wobec cesarza.

Landy i landy

Obecny niemiecki federalizm jest swego rodzaju spadkobiercą owego dawnego systemu. Jednocześnie jednak model ten został narzucony Niemcom przez aliantów zachodnich po II wojnie światowej; Waszyngton, Paryż i Londyn chciały zagwarantować w ten sposób, że państwo niemieckie nie będzie już nigdy scentralizowanym supermocarstwem, którym stało się dzięki Gleichschaltung (koordynacji) za rządów Adolfa Hitlera, gdy w praktyce zlikwidowano ład federalny, choć zachowano go teoretycznie.

Współczesny niemiecki federalizm jest projektem w dużej mierze sztucznym; kraje federalne takie, jak Badenia-Wirtembergia czy Nadrenia Północna – Westfalia są podmiotami bardziej administracyjnymi niż historycznymi czy kulturowymi. A jednak ziemie takie, jak Bawaria i Saksonia mają mocną tożsamość historyczną i odrębne dzieje. Wracamy tu do Drezna i inicjatywy premiera Kretschmera. Nie czuje się on „gubernatorem” czy „administratorem”, lecz widzi się raczej w roli „ojca swego kraju” (Landesvater). Saksończycy ze swoją silną saksońską tożsamością oczekują od swego premiera, że będzie zachowywał się właśnie jak Landesvater, a nie wykonawca woli Berlina.

Bawarska specyfika

Sytuacja jest tu podobna, jak w zachodnioniemieckiej Bawarii, prawdopodobnie kraju federalnym o najsilniejszej w Niemczech niezależnej tożsamości. Do dziś istnieją tam niezliczone stowarzyszenia króla Ludwika II (Kӧnig-Ludwig-II.-Vereine), grupy monarchistyczne, które podtrzymują, bardziej nostalgicznie niż politycznie, pamięć o bawarskim królestwie. Król Ludwik II znany był ze swej opozycji wobec Prus i skonstruowanej przez Otto von Bismarcka Rzeszy z 1871 roku. Monarcha ten odmówił nawet wzięcia udziału w uroczystościach w Wersalu na cześć zwycięstwa odniesionego przez sojusz państw niemieckich nad Francją w wojnie lat 1870-1871. Także dziś bawarski populizm darzy ciągle nieufnością „tych z Berlina” podejmujących decyzje „ponad głowami Bawarczyków”. Istnieje nawet bawarski separatyzm, wprawdzie niezbyt wpływowy, lecz stale obecny. Nie jest też dziełem przypadku, że swoją odrębną strukturę zachowała bawarska chadecja, Unia Chrześcijańsko-Społeczna (CSU), która – choć znajduje się w stałym sojuszu z CDU – pozostaje całkowicie niezależna.

Oczywiście, ustrój federalny Niemiec jest wyraźnie sprecyzowany; polityka obronna i zagraniczna należą do kompetencji rządu centralnego w Berlinie. Chciałoby się powiedzieć, że tak jest oficjalnie. Jednak to właśnie w Bawarii pod rządami premiera Franza Josefa Straussa z CSU pojawiło się coś w rodzaju „bawarskich stosunków zagranicznych”. Strauss wykorzystywał to jako instrument również w niemieckiej polityce wewnętrznej, próbując w ten sposób pokazywać środkowy palec rządowi w Bonn kierowanemu przez swego rywala Helmuta Kohla.

Realizm, pragmatyzm i samolot Straussa

Strauss jednak zajmował się czymś znacznie więcej niż prowokowaniem, jak niektórzy sądzą. Chociaż znany był ze swojej całkowicie prozachodniej, antykomunistycznej i konserwatywnej w starym stylu postawy, był także tym, który prowadził zaskakująco zręczną i realistyczną politykę zagraniczną opartą na realizmie i pragmatyzmie. Nawiązał on stosunki nie tylko z marginalizowanymi reżimami prawicowymi Ameryki Łacińskiej i Afryki (Bonn potępiało je, patrząc na nie z góry), z Republiką Południowej Afryki w czasach sprzed Afrykańskiego Kongresu Narodowego, lecz również z szeregiem przywódców komunistycznych z drugiej strony żelaznej kurtyny. Jako premier Bawarii odbywał też wizyty w Chinach. Negocjował wzajemnie korzystne przedsięwzięcia biznesowe z władzami komunistycznych Niemiec Wschodnich.

Apogeum bawarskiej polityki zagranicznej czasów Straussa była delegacja CSU do Moskwy pod koniec grudnia 1987 roku, gdzie doszło do spotkania z Michaiłem Gorbaczowem. Zaledwie rok wcześniej zachodnioniemiecki kanclerz i zaciekły wróg premiera Bawarii Helmut Kohl obrażał radzieckiego przywódcę twierdząc, że jest on „gorszy od Goebbelsa”. Strauss udał się do Moskwy, siadając za sterami swojego własnego małego samolotu z delegacją partyjną CSU na pokładzie, by osobiście zobaczyć się z Gorbaczowem.

Typowy bawarski wdzięk osobisty premiera pozwolił na zbudowanie specjalnych bawarsko – radzieckich / rosyjskich relacji. Na pierwszym spotkaniu Gorbaczow zapytał Straussa, czy jest to jego pierwszy pobyt w Związku Radzieckim, na co Bawarczyk odpowiedział: „Nie, jestem tu po raz drugi. Za pierwszym razem dotarłem tylko pod Stalingrad”.

Bawarsko-rosyjskie stosunki specjalne

Te specjalne stosunki nie skończyły się wraz ze śmiercią Straussa w 1988 roku. Gdy kolejny bawarski premier Edmund Stoiber, który blisko zaprzyjaźnił się z Władimirem Putinem, przyleciał do Moskwy prywatnie wraz z żoną na mecz piłki nożnej w 2009 roku, rosyjski prezydent zaprosił go na stadionie do swojej loży. Za każdym razem, gdy rosyjscy politycy przylatują do Bawarii, mogą być pewni jednego: ich przyjęcie w Monachium będzie bardziej uroczyste niż to w Berlinie z jego chłodną, rusofobiczną atmosferą. A najważniejsze jest to, że bliskie stosunki bawarsko-rosyjskie, niezależnie od problemów w relacjach niemiecko-rosyjskich, opłacalne są dla obu stron. Udało się rozwinąć bliskie i ścisłe partnerstwo gospodarcze między Bawarią a obwodem moskiewskim. Nie ma potrzeby dodawać, że Berlin zupełnie tego nie docenia.

Jest więcej niż prawdopodobne, że Michael Kretschmer traktuje te właśnie relacje bawarsko-rosyjskie jako wzór dla własnej polityki. Nie ma wątpliwości, że nie tylko Rosja traci w wyniku sankcji nałożonych na nią w 2014 roku; traci również niemiecka zorientowana na eksport gospodarka, szczególnie zaś przemysł wschodnioniemiecki. Kretschmer mógł uzyskać bardzo wiele. Mógł. Zakup Sputnika V byłaby pewnie potraktowany przez kogoś takiego, jak Strauss jak drobiazg, bo przecież możliwości są dużo większe.

Saksonia to nie Bawaria, Kretschmer to nie Strauss

Michael Kretschmer nie jest jednak Franzem Josefem Straussem, a saksońska CDU to nie bawarska CSU z lat 1980. Podstawowym dylematem premiera Saksonii jest to, że stara się on prowadzić własną politykę, nie irytując przy tym zbytnio kanclerz Angeli Merkel. Wszystko, co robi z Rosją, jest jakby niekompletne. Polityk pokroju Franza Josefa Straussa nigdy nie spotykałby się w Moskwie z liberalną, prozachodnią tzw. opozycją rosyjską, uznając to za dyplomatyczny afront. Strauss nigdy nie opowiadałby mediom, jak robi to Kretschmer, że zamierza poruszyć podczas wizyty problem „praw człowieka” i sprawę „agresywnej” polityki Rosji. Być może szef saksońskiego rządu robił to po to, by uspokoić krajowe media głównego nurtu i swoich politycznych oponentów. Tak czy inaczej, zaplanowane wcześniej jego spotkanie z Władimirem Putinem w końcu się nie odbyło. Zamiast niego, Kretschmer, siedząc na zbyt dużej sofie w niemieckiej ambasadzie, uzyskał połączenie telefoniczne z rosyjskim prezydentem. Było to dla saksońskiego premiera niezwykle niezręczne; być może była to cena, którą musiał zapłacić za swoje głośne oświadczenia przed wylotem do Moskwy.

Na marginesie, trzy lata po kryzysie na Krymie, w 2017 roku premier Bawarii Horst Seehofer pojechał do Moskwy na zaproszenie Kremla. W oszałamiającej scenerii kremlowskich korytarzy odbyło się jego spotkanie z Putinem. Seehofera przyjmowano z honorami należnymi głowie państwa. Dlaczego? Po prostu tak się zachowywał. A Angela Merkel kipiała wówczas ze złości.

Może być to też lekcja dla Kretschmera i jego następców w fotelu szefa rządu Saksonii. Aby być traktowanym, jak głowa państwa, nie wystarczy stać na czele regionalnych władz w Niemczech. Recepta na równoległą politykę zagraniczną znajduje się nie w Dreźnie, lecz w Monachium.

Manuel Ochsenreiter (Berlin)

Foto: Franz Josef Strauss w na Placu Czerwonym.

Redakcja