FelietonyHistoriaTraktat Ryski nie był klęską

Redakcja9 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Nie po raz pierwszy wracam do setnej rocznicy podpisania Pokoju Ryskiego: przypomnę, że długie, wielomiesięczne negocjacje, których podstawą były podpisane pół roku wcześniej preliminaria, zakończyły się w dniu 18 marca 1921 r.

Ten dzień był dla obu stron sukcesem: polscy politycy uzyskali od bolszewików to, co chcieli (przynajmniej na papierze), a trzy państwa utworzone przez tych ostatnich (pseudorosja, pseudobiałoruś i pseudoukraina) uzyskały uznanie dyplomatyczne państwa, które było ich najbliższym i najważniejszym zachodnim sąsiadem. Przypomnę tym, którzy dziś powszechnie mylą bolszewików i Rosję, że twory państwowe powstałe na terenie państwa rosyjskiego w wyniku tzw. „rewolucji październikowej”, nie miały uznania ze strony państw zwycięskich w tamtej wojnie: byli to przecież uzurpatorzy, których jedynym zadaniem było zniszczenie Rosji, czyli najważniejszego sojusznika Francji i Wielkiej Brytanii.

Współczesna publicystyka historyczna tzw. poprawnego czyli antyrosyjskiego nurtu zgodnie twierdzi, że pokój ten był dla nas klęską, bo nie wzięliśmy od bolszewików tyle ziem, ile oni chcieli nam dać (dawali nie swoje, więc byli szczodrzy) oraz (jakoby) pogrzebaliśmy w Rydze najważniejszą „ideę Marszałka”, czyli utworzenie „małej Polski” (Kongresówka, Galicja Zachodnia oraz część byłego zaboru pruskiego), będącej mniejszą częścią jakiejś federacji z jakimiś pseudopaństwami położonymi między owa Polską a tzw. etniczną Rosją. Trzecia RP jest od trzydziestu lat jest tworem unikatowym pod każdym względem, więc również w sferze świadomości historycznej: reaktywowano sanacyjną wersję historii w jej najbardziej nachalnej i kłamliwej postaci, mimo że po klęsce wrześniowej nawet emigracyjny Londyn, nie mówiąc o polskim społeczeństwie wyrzucił ją do kosza.

Dziś odniosę się tylko do pierwszej z owych tez: nie braliśmy wszystkiego co dawali nam bolszewicy, czego przykładem był zwłaszcza Mińsk Białoruski, który mieli nam oddać. Wzięliśmy jednak bardzo dużo: w skład państwa polskiego weszły teraz zamieszkałe przez około 1,5 mln Białorusinów, ponad 4 miliony Ukraińców i około miliona Żydów. Politycy sprzed stu laty roili w swoich głowach rasistowskie idee asymilacyjne: ich zdaniem gdy około 30% populacji stanowić będą mniejszości, to damy radę ich spolonizować. Były to kompletne brednie.

Nie mieliśmy takiej zdolności ani umiejętności. Po 19 latach rządów na terenach na wschód od linii Curzona umocniła się świadomość narodowa tych mniejszości, której głównym rysem była nienawiść do polskich, czyli sanacyjnych rządów. We wrześniu 1939 r. wszystkie tamtejsze mniejszości (były one tam większością) z radością witały wkraczające oddziały Armii Czerwonej. Naszej obecności na tych ziemiach nie bronił nikt, a miejscowi Polacy w istotnej części przyłączali się do budowy „socjalistycznych wersji” tzw. Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy.

Gdyby w 1921 r. w skład państwa polskiego wszedł dodatkowy milion Białorusinów i być może kolejne dwa miliony Ukraińców, nasze zdolności pacyfikacyjne mogły okazać się zupełnie nieskuteczne i groziłoby nam prawdopodobne antypolskie powstanie już w latach trzydziestych zeszłego wieku. Ostatecznie przegraliśmy spór o te ziemie. Dziś tam już nas przecież nie ma i nigdy nie będzie.

Witold Modzelewski

Redakcja