OpiniePublicystyka Modzelewski: Nie będzie już Fortu Trump

Redakcja2 tygodnie temu

Nie będę się powtarzać, ale tylko przypomnę, że już parokrotnie wspomniałem o „pisanej na nowo historii Zachodu”, który na naszych oczach dał się pokonać swojej poprawności. Wiemy, że owa poprawność miała ona mieć wyłącznie charakter „eksportowy”, bo jej zasadnicze (i nie zasadnicze) poglądy adresowane były do takich antypodów jak Polska czy Rosja i według tej „ewangelii” mieliśmy dokonać samooceny.

Oczywiście dla nas bardzo bolesnej: wręcz poniżającej. Mieliśmy się wstydzić swojej przeszłości, którą przecież charakteryzowały tak podłe i nikczemne postawy, jak antysemityzm, rasizm, ksenofobia oraz brak tolerancji wobec homoseksualistów. Również miejscowi obrońcy lub wyznawcy owej „ewangelii” na co dzień przypominali nam nasze grzechy wskazując niedoścignione wzorce Zachodu, gdzie od wieków rządziły nieskazitelne ideały równości, tolerancji, wolności i sympatii do gejów.

Teorie „eksportowe” lubią wracać do swojego miasteczka, o czym, przed stu laty boleśnie przekonali się niemieccy politycy, którzy wysłali do Rosji bolszewicką zarazę, a następnie musieli uciekać przed gniewem zrewoltowanych Niemców. Teraz nie tylko „czarnuchy” uwierzyły w „amerykańskie ideały”, zrzucając z pomników miejscowych rasistów i ksenofobów. Również „białe śmiecie” podniosły rękę na amerykańską „cytadelę wolności”, czyli budynek Kongresu depcząc w sensie dosłownym i przenośnym owe „świętości” (nomen omen ponoć w tej „cytadeli” jest na co dzień kilkakrotnie więcej lobbystów niż formalnych parlamentarzystów, co chyba najlepiej obrazuje istotę „liberalnej demokracji”). Dlaczego nie wierzą w „siłę amerykańskich instytucji”?  Gdzie się podziało ich przekonanie o doskonałości amerykańskiego ustroju i jego zdolności do rozwiązania wszystkich problemów współczesności, zwłaszcza przy pomocy „humanitarnych bombardowań”? Odpowiedź jest prosta: bo protestujący Amerykanie żyją poza fasadą obowiązujących frazesów i widzą z bliska miejscowy syf globalizacji, który zniszczył życie dziesiątków milionów Amerykanów. Gdyby dotyczyło to tylko „czarnuchów”, nikt nie zawracałby sobie tym głowy. Ale burzą się również ”białasy”.

Ale to ich problemy: gdy ponad 70 mln wyborców popiera kogoś takiego jak Donald Trump, urzędujący (jeszcze) prezydent zachęca swoich wyborców, żeby wyładowali swoje frustracje poprzez rozrzucenie papierów w budynku parlamentu, a przestraszeni „przedstawiciele narodu” uciekają w popłochu przed owym „narodem”, państwo to pożegnało już definitywnie swoją eksportową ewangelię. Nienawiść do władzy nie ma już tylko charakteru rasowego. Światowy żandarm słabnie, a jego depresja potrwa długo. Nawet bardzo długo. Przecież nikt nie wierzy, że ogłoszony prezydentem przez kilka stacji telewizyjnych „dziaders” poradzi sobie z tym kryzysem? Wolne żarty: jest za stary – może nawet tego nie przeżyć.

Dla antypodów amerykańskiego protektoratu przychodzi dłuższa chwila wytchnienia. Kryzys  naszego poprzedniego protektora („sowieckiego okupanta”)  wyniósł do władzy ludzi pokroju Balcerowicza, a milionów ludzi „obdarzył” biedą i bezrobociem, a potem wywołał masową emigrację za chlebem. Minęło trzydzieści lat od tamtych nieszczęść; czy wrócą w zbliżonej postaci? Słabość protektora może dać nam tylko korzyści, bo już nie będziemy musieli kupować nikomu niepotrzebnych zabawek za ciężkie miliardy. Nie będziemy również musieli budować współczesnych piramid pod nazwą „Fortu Trump”. Może ktoś się odważy i podejmie dyskusję o legitymacji prawnej obecności na naszym terytorium obcych wojsk, które są przecież wyjęte spod naszej jurysdykcji? Na razie wyznające estetykę Jamesa Bonda i Rocky’ego, polska klasa polityczna nie jest zdolna do takiej dyskusji: nie zdobędzie się na odwagę. Nie są do tego zdolne rozwrzeszczane aktywistki strajku kobiet.

Prawdopodobnie nie trzeba będzie silić się na odwagę, bo może pewnego dnia sami od nas wyjdą porzucając nikomu już niepotrzebny złom, który jeszcze niedawno był ich uzbrojeniem? Jest również szansa, że wraz z upadkiem protektoratu oddali niebezpieczeństwo grabieży naszego majątku, które nazywano za oceanem „mieniem bezspadkowym”. Dla tych, którzy wyciągają po to swoje łapska mam, tylko jedno znane dziś słowo: „wypierdalać”.

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Instytut Studiów Podatkowych

 

 

Redakcja