Obserwując z niemałym rozbawieniem, acz i z narastającym, głębokim zaniepokojeniem, cyklicznie powracający w przededniu kolejnych batalii wyborczych spektakl (w którym to dyżurni aktywiści i niektórzy publicyści, zafiksowani na punkcie doraźnego pragmatyzmu, próbują z mentorskiej pozycji dyscyplinować wszelkie niezależne środowiska), trudno nie oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z fundamentalnym niezrozumieniem istoty procesów społecznych. Oto bowiem żmudna praca organiczna, mozolne budowanie klubów dyskusyjnych, będących wszak enklawami wolnej myśli, oraz otwieranie redakcyjnych łamów na szerokie, polifoniczne...









