Polskie sądownictwo degraduje się coraz bardziej. Sądy stały się miejscem, w którym nie wymierza się sprawiedliwości, a przede wszystkim załatwia porachunki osobiste i polityczne. Obecna awantura o Trybunał Konstytucyjny jest tego jaskrawym przykładem.
Nigdy nie traktowałem tej instytucji jako sądu. Od początku jej istnienia był to kolejny organ polityczny, który z biegiem czasu nawet z pozoru przestał przypominać niezawisły sąd. Trybunał Konstytucyjny stał się elementem partyjnych rozgrywek w blokowaniu lub przepychaniu aktów prawnych wygodnych dla władzy albo opozycji. Jego rozstrzygnięcia stały się zależne od tego, która partia ilu swoich sędziów zdołała w Trybunale umieścić.
Jeśli bardziej wnikliwie przyjrzeć się temu, co się w TK i z TK dzieje, to wyraźnie widać, że już wiele lat temu odarto go z przynależnego mu majestatu i godności. W sposób jakby niezauważalny dla opinii publicznej stało się to między innymi wówczas, gdy przyjęto zasadę podporządkowania prawa polskiego prawu Unii Europejskiej. Do tego momentu choćby nominalnie Trybunał Konstytucyjny był najważniejszym sądem w Polsce, ponieważ rozstrzygał o zgodności wszystkich aktów prawnych z najważniejszym aktem prawnym w państwie, czyli Konstytucją. Skoro uznano, że akty prawne UE są ważniejsze niż rozstrzygnięcia polskiej Konstytucji, to wynika z tego nie tylko obniżenie rangi TK, ale przede wszystkim faktyczna sytuacja polityczna, czyli utrata suwerenności przez Polskę. I nie można tu powiedzieć, że są to nieuchronne koszty członkostwa w UE. W Niemczech tego rozstrzygnięcia nie przyjęto i niemiecki trybunał konstytucyjny rozstrzyga czy prawo unijne jest zgodne z niemiecką konstytucją, czyli nadal jest najważniejszym sądem w Niemczech.
Obecna awantura o polski TK jest tylko krytycznym momentem, de facto odbierającym mu resztki powagi przynależnej sądowi, a sprowadzającym się do partyjnej walki, która z TK robi ni mniej, ni więcej tylko polityczny bat na przeciwnika. Chciałbym tu przypomnieć pewne zdarzenie z mojej dziennikarskiej pracy w Warszawie na początku lat 2000. Przygotowywałem wtedy duży tekst właśnie o politycznych uwikłaniach Trybunału Konstytucyjnego. Umówiłem się na rozmowę o tym problemie z Jarosławem Kaczyńskim. Rozmowa odbyła się w centrali PiS-u na ulicy Nowogrodzkiej. Już wtedy – dwadzieścia kilka lat temu – przywódca PiS-u miał świadomość złego stanu polskiego sądownictwa i podał mi kilka przykładów skandalicznego zachowania sędziów. Jednak o tym czy TK jest sądem, czy też kolejną instytucją stircte polityczną nie chciał się jednoznacznie wypowiedzieć. Podałem mu przykład jednej ze spraw rozstrzyganych wówczas przez TK. Otóż zaskarżono do TK jakieś rządowe akty prawne dotyczące finansów państwa. Sprawę rozstrzygał Trybunał, w którego składzie znajdował się profesor Marek Safjan. Jednocześnie stronę rządową reprezentowała pani wiceminister, którą była żona sędziego Safjana. Był to dla mnie oczywisty konflikt interesów. Sprawa była dość znana, co nie znaczy, że głośna. Już wtedy starano się takie sytuacje zamieść pod dywan.
Znamienne, że Jarosław Kaczyński powiedział mi, że jej nie zna. Nie uwierzyłem mu. Ta sprawa pokazywała coś jeszcze. Trybunał Konstytucyjny stanął przed wyborem, że albo stwierdzi, iż zaskarżone prawo jest niezgodne z Konstytucją – co wtedy uważano za zgodne ze stanem faktycznym – ale w ten sposób narazi finanse państwa na bardzo duże problemy, albo uzna, że doraźna sytuacja finansów państwa jest ważniejsza – więc za rozstrzygające przyjmie kryterium polityczne, a nie prawne – i orzeknie inaczej, czyli że wymogi sytuacji politycznej wezmą górę nad zgodnością prawa z Konstytucją. O ile pamiętam względy polityczne wzięły górę.
Jeśli wziąć pod uwagę to wszystko, co powyżej napisałem, to wypada mi powtórzyć wniosek, do którego doszedłem dwadzieścia kilka lat temu. Ten wniosek brzmi, że Trybunał Konstytucyjny trzeba rozwiązać. To już niestety nie jest sąd, tym bardziej niezawisły, a jeszcze jedna polityczna instytucja poddana coraz brutalniejszej walce o partyjne wpływy.
Andrzej Szlęzak



