Konserwatywny działacz PiS w wywiadzie dla Polskiego Radia 24 nazwał frakcję Mateusza Morawieckiego „centrowo-technokratyczną”. To dyplomatyczne określenie charakteru jaki odgrywała.
W zamierzeniu Jarosława Kaczyńskiego miał to być instrument do zajmowania się polityką w tym obszarze, który wyznaczają unijne procedury, pajęczyna europejskich lub globalnych instytucji, świat banków, korporacji i tego wszystkiego o czym starsze pokolenie PiS ma blade pojęcie, ale przyjmuje do wiadomości jako konieczny, choć nużący dodatek do polityki traktowanej nadal na sposób XX, a nawet XIX wieczny. Morawiecki miał za zadanie opędzać się od nacisku unijnych procedur, tak żeby strateg z Żoliborza mógł pod amerykańskim parasolem realizować pseudo-giedroyciowskie mrzonki. Deklarowane przez Morawieckiego żydowskie korzenie miały być dodatkowym atutem.
Morawiecki przez 7 lat zręcznie grał tę rolę. Skutecznie oszukiwał poczciwy pisowski elektorat patriotycznymi frazesami i umiejętnie łagodził skutki globalistycznych polityk transferami socjalnymi. Dzięki temu drakońskie podwyżki cen energii, programowa demoralizacja, sprowadzanie rzesz półdzikich migrantów, utrzymywanie drugiego, wrogiego Polakom narodu ukraińskiego i zainstalowanie ukraińskiej mniejszości w polskich miastach, a nawet pozbawienie leczenia i wysłanie na tamten świat kilkuset tysięcy rodaków w czasie mniemanej pandemii były tolerowane. Zadłużał państwo, ale czynił to umiejętnie, ryzykując nawet na spółkę z prezesem NBP złamanie zapisów Konstytucji dotyczących wykupu obligacji. Problem jednak w tym, że to czym miał się zajmować Morawiecki jest nieodłącznie związane z ambitną agendą „ruszania z posad bryły świata”. Technologia jest w tym wypadku ściśle powiązana z bardzo radykalnymi celami ideologicznymi. Demoralizacja własnych dzieci, przestępczość i panoszenie się obcych, rosnące ceny energii, cyfrowa inwigilacja, coraz większa ilość przepisów ograniczających codzienne życiowe aktywności sprawiła, że elektorat powoli zaczął rozumieć, że dotkliwe konsekwencje polityki uległości wobec globalistów jaką prowadził Morawiecki zagranicą zaczynają przeważać nad korzyściami z krajowego wzrostu na kredyt. To tak jakby „pan Jan kochany” z filmu Miś spostrzegł, że Morawiecki daje mu kamyk nie z Jasnej, ale z Jeleniej Góry.
Ten proces przypieczętowała zmiana w stosunku do pomocy Ukrainie. Po raz pierwszy większość elektoratu PiS jest za jej zakończeniem. Do tego elektoratu odwołał się desygnowany przez prezesa kandydat na premiera Przemysław Czarnek łamiąc tabu polegające na krytykowaniu Ukrainy za zakłamywanie historii ludobójstwa na Wołyniu, ale zawsze z zastrzeżeniem, że pomagać militarnie trzeba, bo ukraińscy wyznawcy Bandery bronią nas przed „odwiecznym wrogiem” i jak mówił Czarnek jeszcze niedawno „ruskimi tankami na Bugu”. Teraz ten sam Czarnek po raz pierwszy dopuścił możliwość zakończenia tej pomocy, a prezes po początkowych próbach skarcenia, de facto przyjął to do wiadomości. Dla globalistów był to sygnał alarmowy, gdyż zniszczenie Rosji stanowi istotny punkt ich geopolitycznej agendy. M. Morawiecki zawsze tę agendę akceptował i realizował. Co myślał i myśli P. Czarnek naprawdę, nie wiemy, ale czujne demaskacje obrońców status quo w rodzaju Jana Rokity wskazują, że coś politycznie niepoprawnego w duszy P. Czarnka gra.
Przypomnę, że lirnik z Bieszczad oskarżył go o. „próbę przeciągnięcia PiS na stronę wrogów Zachodu, na stronę osi zła (Pekin, Teheran, Moskwa, Pjongjang)”, o czym ma świadczyć mówienie o nazizmie na Ukrainie. Czarnek próbuje, według Rokity, „zrobić wielką dywersję na Zachodzie i zniszczyć nasz świat”. Rokita skrzętnie wypomniał mu także chęć wydania ukraińskiego nurka – sabotażysty i „wysługiwanie się Niemcom”. Głoszący te oskarżenia J. Rokita ma być jednym z głównych aktorów politycznego grilla jaki planuje Morawiecki. Oprócz niego wystąpić mają m. in.: Bronisław Wildstein, Marek Jurek, Kacper Kita, Robert Winnicki, Paulina Matysiak. Dobór świadczy o typowej dla globalistów taktyce stworzenia hybrydy skupiającej własnych chrześcijan, własnych narodowców, a nawet własną lewicę. Takie towarzystwo przy poparciu mediów, służb i ambasad ma uzyskać wyborczy wynik wystarczający do tego, by po wyborach jako centrowy koalicjant niczym kiedyś Unia Wolności zapewnić, że w Warszawie nadal wpływu na władzę nie będzie mieć „groźny ekstremista” Grzegorz Braun, kapryśny Sławomir Mentzen, a P. Czarnek zostanie najwyżej patriotycznym kwiatkiem do globalistycznego kożucha.
Olaf Swolkień
fot. profil fb PiS
Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)



