Niekończąca się wojna na Ukrainie spowodowała silną identyfikację polskich elit politycznych z interesami tego państwa. Im więcej ujawnia się negatywnych skutków tego zdogmatyzowanego stanowiska, tym bardziej narasta werbalizowanie wrogości i nienawiści wobec Rosji i jej prezydenta.
Służy to przede wszystkim uzasadnianiu dotychczasowej polityki upartego trzymania się racji ukraińskich, gdy w rzeczywistości ze względu na postawę USA i paru mniejszych państw kruszy się solidarność Zachodu w obronie jednolitego frontu wsparcia dla Kijowa. Publiczne osądzanie Władimira Putina jako zbrodniarza wojennego stało się rytuałem wystąpień najważniejszych polityków w państwie na czele z prezydentem Nawrockim. Ponieważ zbrodnie wojenne mają miejsce także na Bliskim Wschodzie, występuje jaskrawy dysonans między piętnowaniem rosyjskiego przywódcy a dobrotliwym podejściem do prezydenta USA i premiera Izraela, którzy przecież także zasługują na miano zbrodniarzy wojennych. Postawa taka razi jednostronnością i relatywizmem, nie mówiąc o hipokryzji.
Koncentrowanie gniewu wyłącznie na rosyjskim przywódcy świadczy z jednej strony o afektywnym i emocjonalnym nastawieniu polskich polityków, a z drugiej o braku jakiegokolwiek pomysłu na perspektywiczne i realistyczne zrównoważenie stosunków z sąsiadami. Polscy politycy ze swoją pryncypialnością w ocenach Rosji, zawziętością i nieustępliwością, tkwią w XIX-wiecznej filozofii insurekcjonizmu i dziedziczonym po komunizmie kompleksie zależności satelickiej. Tymczasem świat znajduje się już w całkiem innym miejscu!
Polskie myślenie polityczne o Rosji…
determinuje pamięć o dominacji radzieckiej i przymusowej „komunizacji” PRL. Niezależnie od orientacji ideowo-politycznej, wszystkie ekipy rządzące w III RP uczyniły z „polityki pamięci” główne narzędzie swoich działań i zaniechań wobec Rosji, narzucając w dyskursie publicznym język moralizatorski, przywołujący „odwieczne zagrożenie” w postaci „imperium” i „barbarzyńskiej tyranii”. Ze względu na presję polityczną zamilkły środowiska profesjonalnych rosjoznawców, fachowców od rosyjskiej historii, kultury, literatury, teatru, filmu. Otwarto pole dla harcowników i zagończyków, przydatnych w podsycaniu napięć i konfliktów, zadeklarowanych rusofobów i podżegaczy wojennych. Czy naprawdę dla uzasadnienia strategicznej reorientacji na Zachód, w stronę NATO i Unii Europejskiej, trzeba było się uwiarygadniać poprzez całkowite wyparcie pozytywnych ocen wcale niemałego dorobku w stosunkach między obu państwami i narodami?
Polska i Polacy wpisali się wzorowo w ogólne trendy wyobcowania Rosji ze wspólnoty europejskiej. Okres po „zimnej wojnie” sprzyjał bowiem wyizolowaniu wschodniego mocarstwa jako egzystencjalnego wroga. Na XX-wieczną historię Rosji spoglądano przez pryzmat dwu wielkich katastrof geopolitycznych, tj. rewolucji bolszewickiej 1917 roku i rozpadu ZSRR w 1991 roku. Wydarzenia te wpisano w cykl jej historycznych klęsk wewnętrznych, prowadzących do całkowitego zerwania z Zachodem. Towarzyszyło im budowanie „muru niewiedzy” i lekceważenia wokół Rosji, który wyzwolił nawet w państwach małych – jak wśród Bałtów – nienawistną chęć odegrania się za historyczne traumy i porażki.
Polskim politykom odpowiada interpretowanie historii Rosji przez pryzmat największych katastrof rosyjskich, gdyż dzięki zwycięskiej wojnie z bolszewikami oraz pozbyciu się radzieckiej kurateli Rzeczpospolita mogła odzyskać – przynajmniej w wyobraźni – samodzielność podmiotową. Podtrzymywanie wizerunku „Rosji barbarzyńskiej” sprzyja jednak tworzeniu pustej przestrzeni na mentalnej mapie wschodniego sąsiedztwa. Epatowanie społeczeństwa wrogą propagandą i poleganie jedynie na tendencyjnych przekazach ukraińskich powoduje, że Polacy z premedytacją nie znają dzisiejszej Rosji. Widać już tego opłakane skutki w sferze medialnej, w debatach politycznych i opracowaniach pseudonaukowych. Staliśmy się zakładnikami ignorancji i ogłupienia na własne życzenie. Rządzącym brakuje politycznej przenikliwości oraz dalekowzroczności. Doradztwo polityczne ma charakter tendencyjny i oderwany od realiów. Polscy politycy nie myślą w kategoriach własnych interesów i korzyści, a dominująca wśród nich logika szkodzenia Rosji całkowicie sparaliżowała niezależną inicjatywność dyplomatyczną.
Dekompozycja hegemonicznego porządku pokazuje jednak żywotną zdolność Rosji do udziału w nowych konstelacjach geopolitycznych, które mogą osłabiać zbiorowy Zachód. Może ona tworzyć rozmaite ogniska napięć oraz współdecydować o niestabilności regionalnej w różnych częściach świata. Ponieważ Ameryka, ten idealizowany lider Zachodu, kompromituje się ze względu na swoje nowe podboje o charakterze imperialistycznym, Rosja przychodzi w sukurs zagrożonym narodom, co czyni ją ważnym uczestnikiem gry rywalizacyjnej. Widać to choćby w finezyjnej pomocy dla zaatakowanego przez Izrael i USA Iranu, czy energetycznego wspierania Kuby.
W kontekście negocjacji dotyczących Ukrainy Rosjanie wykazują się godną uwagi stanowczością. Wywołuje to irytację zachodnich polityków, sympatyzujących z władzami w Kijowie. Rosja przekonała się, podobnie jak Iran w ostatnich miesiącach przed izraelsko-amerykańską agresją, że gotowość do kompromisu w jakiejkolwiek sprawie prowokuje ciągle nowe żądania, a za naiwność i ufność płaci się wysoką cenę. Podstawą równoprawnych rokowań jest zawsze minimum zaufania wzajemnego i gotowość do rozmawiania w dobrej wierze. Tymczasem USA ze swoimi zachodnimi partnerami dopuszczają iście makiaweliczne metody osiągania swoich celów, nie wyłączając podstępu, szantażu i oszustwa.
Szczególnie perfidne stają się celowane ataki na przywódców politycznych i dowódców wojskowych, które przeczą jakimkolwiek zwyczajom wojennym i konwencjom międzynarodowym. W kontekście tego, co stało się w Iranie, gdy śmierć ajatollaha Alego Chameneiego, członków jego rodziny oraz wysokich rangą osobistości armii i władzy wstrząsnęła opinią międzynarodową, wszystkie państwa, które są w konflikcie z Zachodem, także Rosja, muszą zdawać sobie sprawę z zagrożeń dla własnych przywódców. Przypadki Wenezueli i Iranu pokazują, że ochrona przywódców narodowych staje się zadaniem nie tylko służb specjalnych, ale także sił zbrojnych.
Ze względu na kryzys cywilizacyjny Zachodu Rosja dysponuje – zdaniem wielu obserwatorów – licznymi atutami, aby przyczynić się do odnowy kulturalnej Starego Świata. Otwarcie administracji Donalda Trumpa na dialog dyplomatyczny z Władimirem Putinem, mimo sprzeciwów ze strony europejskich sojuszników Ameryki, oznacza radykalną rewizję podstaw aksjologicznych i zmianę kryteriów przynależności do światowej „ekstraklasy”. O ile Stany Zjednoczone kolejny raz w historii mają inicjatywę w zmienianiu mapy geopolitycznej, o tyle Europa traci na znaczeniu, nie mając żadnych przewag cywilizacyjnych.
Atuty Rosji
Rosja, Chiny czy Indie, a także atakowany z furią Iran należą do odrębnych oryginalnych cywilizacji i nie podporządkują się monokulturze zachodniej. Czynniki historyczne, kulturowe, religijne czy ideologiczne odgrywają w nich ważne role spoiwa i konsolidacji wewnętrznej. Paradoksem jest to, że Europie spośród wymienionych „państw-cywilizacji” najbliżej jest właśnie do Rosji. Działając wbrew własnym interesom – co jaskrawo uwidoczniła osobna postawa Węgier i Słowacji – Europejczycy odmówili lukratywnych dostaw energii, cierpiąc z powodu antyrosyjskich sankcji nie mniej niż sama Rosja. Obecnie, gdy świat stanął na krawędzi kryzysu, który z winy Izraela i Stanów Zjednoczonych może objąć globalną gospodarkę, politycy zachodnioeuropejscy tracą grunt pod nogami. Odmawiając solidarnego wsparcia administracji Trumpa, narażają się na wiele ryzyk, wśród których konieczność rewizji stosunków z Rosją może okazać się najmniej kosztowną.
Europa znalazła się w pułapce polityki powstrzymywania Rosji, jaką narzucały jej przez lata Stany Zjednoczone. Polityka ta skończyła się niepowodzeniem. Putinowi udało się obronić niezależność, a Rosja nie uległa ani próbom „ucywilizowania” jej na modłę zachodnią, ani „wasalizacji” przez Stany Zjednoczone. Europejscy przywódcy utracili natomiast samosterowność, gdyż ślepo podporządkowywali się dyrektywom Waszyngtonu. Znikła ich zdolność budowania długoterminowej wizji jedności kontynentu europejskiego oraz realistyczne poczucie historii.
Rosji nie udało się pokonać, ani upokorzyć, mimo ogromnej pomocy udzielonej przez Zachód Ukrainie podczas toczącej się wojny. Kolejny raz okazało się, że gdy stawką są żywotne interesy mocarstwa, szanse na jego pokonanie są znikome. Amerykanie jako pierwsi zrozumieli to, że wejście Ukrainy do NATO, traktowanego przez Moskwę jako wrogi sojusz, oznaczałoby koniec Rosji jako suwerennego państwa. Jak przyznają amerykańscy realiści, ich reakcja byłaby identyczna jak reakcja Rosjan. Nie bez powodu tu i ówdzie przywołuje się lekcje z kryzysu kubańskiego 1962 roku, kiedy amerykański establishment jednoznacznie reagował na zagrożenia egzystencjalne ze strony wrogiego mocarstwa.
Nauczeni tymi doświadczeniami Amerykanie podczas drugiej kadencji Donalda Trumpa odrzucili błędną koncepcję globalnej dominacji, stawiając Europę przed faktem dokonanym. Było nim otwarcie na dialog z Putinem na temat zakończenia bezsensownej wojny na Ukrainie. Ze względu na inercję psychologiczną oraz interesy kompleksów zbrojeniowych Unia Europejska i jej przywódcy nie są jednak zainteresowani zakończeniem tej wojny. Choć apele prezydenta Ukrainy o kolejne transze pomocy stały się mniej nachalne, to jednak niekończące się konsultacje Wołodymyra Zełenskiego z Emmanuelem Macronem, Keirem Starmerem i Friedrichem Merzem podtrzymują iluzję, że stare potęgi jeszcze cokolwiek znaczą. Kompromituje się też Ursula von der Leyen, przekształcając Komisję Europejską w sztab wojenny wspomagający soldateskę w Kijowie.
Haniebna napaść na Iran
Tymczasem dynamika procesów międzynarodowych zaskakuje swoją przewrotnością w stosowaniu siły w innych miejscach globu o skutkach trudnych do przewidzenia. Haniebną napaść izraelsko-amerykańską na Iran i związane z tym działania odwetowe można potraktować jako punkt zwrotny w przekraczaniu wszelkich barier, które wcześniej służyły przynajmniej szukaniu pretekstów czy zachowaniu pozorów dla usprawiedliwienia interwencji militarnych zakrojonych na dużą skalę. Okazuje się, że ambicje i obsesje dwu uwikłanych w skandaliczne afery polityków, Netanjahu i Trumpa, wykorzystujących dziwaczne ideologiczne i pseudoreligijne uzasadnienia dla swoich misji, odsłoniły nie tyle patologie osobowości, ile drapieżne oblicze sił stojących za nimi, zmierzających do narzucania swojej regionalnej i globalnej supremacji.
Agresorzy zadają Iranowi potężne ciosy i wykorzystują wszelkie atuty przewagi militarnej, przy osobliwym milczeniu tzw. społeczności międzynarodowej wobec ewidentnego ludobójstwa i zbrodni wojennych. Nie mogą jednak zdusić determinacji dumnego narodu irańskiego do obrony swoich wartości i żywotnych interesów. A co najważniejsze, Iran nie jest w stanie wygrać militarnie z agresorami, ale ma siłę destrukcji – może skutecznie zdestabilizować globalne rynki energetyczne. To spowoduje eskalację napięć w wielu miejscach globu. W obliczu deficytu nośników energii wojna przywraca znaczenie Rosji jako ważnego ich dostawcy i producenta.
Agonia Ukrainy
W tym kontekście wiele wskazuje na to, że w obliczu katastrofy geopolitycznej na Bliskim Wschodzie rozwiązanie konfliktu ukraińskiego nastąpi na warunkach rosyjskich. Elity zachodnioeuropejskie muszą bowiem dokonać przewartościowania, czy bardziej zależy im na losach wyludnionej i zniszczonej Ukrainy, czy na przywróceniu stabilności kontynentalnej i bezpieczeństwa energetycznego. Rosjanie zdają sobie wszak sprawę z tego, że regres na tle losów Ukrainy utrzyma się przez najbliższe dekady. Sporadyczne łagodzenie sankcji i ograniczeń nie zmieni radykalnie wzajemnych nastawień Rosji i Zachodu. Jest to zjawisko związane z naturą zglobalizowanego kapitalizmu, którego immanentną cechą pozostaną permanentne kryzysy.
Póki co, zachodni sojusznicy Ukrainy dokładają wszelkich starań, aby przedłużyć jej agonię, zamiast stworzenia planu powrotu do normalności. Z wypowiedzi czołowych polityków polskich przebija przy tym infantylna bezradność i żenujący brak pomysłu na obronę własnych suwerennych interesów. Potrzebne jest wyjście poza skostniałe frazesy i maniakalne zaklęcia o niezłomności swoich stanowisk, gdyż dynamiczna rzeczywistość wymaga odwagi w dokonywaniu przewartościowań, roztropnego reagowania na zmiany i znalezienia korzystnego miejsca w nowych układach.
Niestety, nie zawsze to, co najbardziej racjonalne, nabiera realistycznych kształtów. Górę biorą pesymistyczne scenariusze rozwoju sytuacji, zainfekowane irracjonalizmem. Brakuje skutecznych narzędzi analitycznych, a prognozowanie praktycznie straciło sens w obliczu nieprzewidywalności i nieobliczalności polityków. Spełnia się wizja jednego z brytyjskich i południowoafrykańskich teoretyków stosunków międzynarodowych, Charlesa Manninga, że próby zrozumienia tego, co się dzieje, przypominają „stąpanie po śliskiej krawędzi górskiej, w ciemnościach, nad przepaścią”. To stan skrajnej niepewności, gdzie każdy krok wiąże się z ryzykiem błędu, a brak widoczności (informacji) potęguje lęk. Ludzkość znalazła się w takim momencie, kiedy wysiłek intelektualny staje się walką o przetrwanie, a odwaga polityków w nazywaniu rzeczy po imieniu jest na wagę złota.
Wieki przegrany – Europa
Upierając się przy swoim zaangażowaniu w konflikt ukraiński, najważniejsi gracze Unii Europejskiej będą zapewne dążyć do rozmieszczenia na Ukrainie broni dalekiego zasięgu, a nawet wysłania swoich kontyngentów wojskowych. Taka jest dotychczasowa logika tej wojny, aby w żadnym wypadku nie nagrodzić agresora i nie uznać jego zwycięstwa. To najgorszy z możliwych scenariusz, którego realizacja będzie w dużej mierze zależeć od tego, jak ukształtuje się sytuacja po zakończeniu awantury irańskiej. Jeśli bowiem administracji amerykańskiej udałoby się zawrócić z drogi eskalacji, to faktycznie jedynie ona może zatrzymać negatywny trend staczania się Europy w katastrofę totalnego zwarcia z Rosją.
Takie przypuszczenie wynika z obserwacji, że Stany Zjednoczone, manipulując i strasząc opuszczeniem NATO, przejmują przynajmniej na jakiś czas rolę „zewnętrznego” policjanta na scenie europejskiej, przywracając „żelazną kurtynę” między Rosją a resztą Europy, pozostawiając natomiast Ukrainę niczym „krwawiącą ranę” w okrutnym klinczu na długie lata. W ten sposób Trumpowi może nie tylko udać się kolejne „ogranie” Europejczyków, ale i zagwarantowanie ich trwałego uzależnienia wojskowego i energetycznego od Ameryki. Na barkach Unii Europejskiej spocznie obrona Ukrainy, zaopatrywanej w amerykańską broń za pieniądze Europejczyków. W rzeczywistości to USA będą kontrolować przebieg konfliktu, bo przecież w każdej chwili mogą wstrzymać dostawy broni i uzbrojenia.
W procesach poszukiwania nowych przestrzeni dla przywrócenia równowagi i stabilności systemowej stosunki amerykańsko-rosyjskie pozostaną ważną osią odniesienia. Obu mocarstwom będzie zależeć na tym, aby Chiny ustawić w bezpiecznym dystansie i zapobiec nowemu hegemonizmowi. Losy Tajwanu pozostaną zakładnikiem bezpośredniego ułożenia się między Państwem Środka a słabnącą Ameryką. USA nie opuszczą także dobrowolnie Bliskiego Wschodu, gdyż lobbing proizraelski jest zbyt silny, aby zmieniły się priorytety strategiczne USA wobec Izraela. Zagadką pozostaje Iran, który paradoksalnie może przyspieszyć swoją drogę do przekroczenia progu nuklearnego. W ten sposób ukształtuje się nowa konstelacja wielobiegunowa, gwarantująca powrót do przestrzegania podstawowych reguł gry. Za tym pójdzie przebudowa porządku instytucjonalnego z udziałem nowych potęg Globalnego Południa. W połowie stulecia, gdy nie będzie już Unii Europejskiej ani ONZ, a po potędze Stanów Zjednoczonych pozostaną wspomnienia, system międzynarodowy oprze się na nowej organizacji, która będzie reprezentacją różnorodności cywilizacyjnej, a nie prymitywnego i manichejskiego podziału na autokracje i demokracje.
Realizm polityczny wskazuje wyraźnie, że bez udziału największych potęg, tj. USA, Chin i Rosji nie uda się wyciągnąć systemu międzynarodowego z zapaści, ani ograniczyć eskalacji wojen, które wybuchły w dużej mierze ze względu na arogancję neoliberalnego Zachodu. Gdy Rosja i Chiny, wspierane przez siły Globalnego Południa, przeciwstawią się ekspansji skłóconego Zachodu, istnieje duża szansa i nadzieja na przywrócenie równowagi międzynarodowej i powrót do pokojowego współżycia.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2016)



