PublicystykaGrzech pierworodny…

Redakcja2 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Można wierzyć lub nie, śmiać się lub snuć domysły, doszukiwać kolei rzeczy lub pukać w czoło, ale… no właśnie, ale coś w tym jest. Jest w historii, w tym co niegdyś nazywaliśmy romantyzmem, w obecnej podatności na propagandę i przyzwoleniu na wszelkie nikczemności sprawujących władzę, i związkach przyczynowo skutkowych.

Znając historię możemy lepiej zrozumieć dlaczego jesteśmy tacy jacy jesteśmy, dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy i dlaczego jest tak jak jest. Niestety, Rzeczpospolita już u swego zarania została obarczona grzechem pierworodnym. Tak przynajmniej głoszą stare dokumenty. Dziwnym zrządzeniem losu określenie Rzeczpospolita zostało po raz pierwszy użyte (a przynajmniej zapisane) w roku 1358. I nie o datę tu chodzi lecz osobę, która go użyła. A był to nie kto inny a sam Maciej Borkowic, syn wojewody poznańskiego Przybysława Borkowica z Sierakowa, jeden ze współtwórców konfederacji 2 września roku 1352. Zawiązało ją 86 rycerzy szanowanych wielkopolskich rodów. Borkowic był  jednym z dwóch starostów wielkopolskich.

Drugim Przecław z Gułtów. I od tych stanowisk, według wszelkiego prawdopodobieństwa się zaczęło, bowiem król Kazimierz Wielki  odwołał z urzędu obu panów, a na ich miejsce powołał jednego – Wierzbietę z Paniewic. Nadał mu nie tylko tytuł starosty generalnego, ale wyposażył w znacznie większe kompetencje. A to, jak się można domyślać, nie w smak było jego poprzednikom. Oficjalnie konfederaci wystąpili przeciwko tzw. prawu ciążenia, które zezwalało staroście zająć dobra rycerza postawionego w stan oskarżenia i to jeszcze przed wydaniem przez sąd wyroku. Prawo to rycerstwo wielkopolski uznało za gwałt. Składając śluby przyrzekali sobie braterstwo oraz pomoc przeciwko każdemu: z wyjątkiem króla i pana naszego. Tak więc konfederacja, przynajmniej literalnie, nie została zawiązana przeciwko, ale przy królu – piętnując nadużyciom urzędników, choć – jakby nie było – uderzała w królewską władzę. Swój bunt skierowali głównie przeciw generalnemu staroście Wielkopolski Wierzbięcie z Paniewic herbu Niesobia, człowiekowi nad wyraz znienawidzonemu.

Początkowo konfederacja była legalna i król próbował się z konfederatami układać. Niestety dwa lata później, jak głoszą kroniki 8 marca 1354, doszło do tragicznych wydarzeń, które zaciążyły na losach związku i jego przywódcach. Borkowic wraz z Sędziwojem z Czarnkowa z Nałęczów oraz Wojciechem Skórą herbu Awdaniec dopuścili się zbrodni. Ofiarą padł stronnik króla, wojewoda kaliski Benjamin.

Co prawda mord nie miał nic wspólnego z konfederacją, ale jej przeciwnicy dorobili ideologię. Z czasem emocje opadły, a król nie chciał wszczynać wojny domowej. Po dwóch latach banicji na Śląsku Maciej Borkowic postanowił pojednać się z władcą, a warto było, bo z jego woli dostąpił godności wojewody poznańskiego. I tu dochodzimy do pamiętnych wydarzeń 16 lutego 1358 roku. Tego właśnie dnia w Sieradzu Borkowic złożył królowi przysięgę na wierność. W rocie po raz pierwszy pada słowo „Rzeczpospolita” (łac. Respublica) będące uzupełnieniem zwrotu „jego królestwo” (łac. Sui regni).

Wkrótce, jak podaje Jan Długosz, zaczął najpierw potajemnie udzielać schronienia w tej okolicy złodziejom i rabusiom, których winien był karać, potem zaś stał się ich głównym doradcą w kradzieżach i rabunkach (ale to tylko jedna z wersji późniejszych grzechów Macieja Borkowica). A tego dla króla było już za wiele. Aresztowany w  Kaliszu A.D. 1360 został skazany na śmierć głodową i osadzony w lochu olsztyńskiego zamku koło Częstochowy, gdzie dokonał żywota. Dziennie dostawał jedynie wiązkę siana i czarkę wody. Długosz w swej kronice zanotował: „… dla nasycenia przepastnego głodu, jak długo mógł, wyżerał własne ciało z rąk i innych miejsc”.

Ciemne strony Rzeczpospolitej to nie tylko prywata i gwałt na prawie. To także, a może przede wszystkim głupota podszyta modą, naśladownictwem lub polityczną poprawnością, a także sobiepaństwem, co wcale nie jest wynalazkiem III RP.

A oni siedzą ciągle, ślęcząc gorliwie. Nawet rozmów i wesołości niewiele. Czym są tak zajęci, pytać nie trzeba, bo rzecz rozumie się sama przez się: parfilują – napisał w 1919 roku Stanisław Wasylewski na kartach swojej książki „Na dworze króla Stasia”. I pięknie napisał. I proroczo, złowróżbnie. Jakże ten opis wspaniale pasuje do upadku wszystkiego co polskie i samej Polski pod rządami solidarnościowych ekip.

Parfilaż należał do rzędu zabaw nad wyraz ulubionych we włościach Poniatowskiego. Parfiluje kto żyw w nieobecności króla, obcina epolety u mundurów i złote obszywki fraków, sprowadza tysiące materiałów złotej lamy z Holandii, niszczy szale i gobeliny. Dopalają się świeczniki, północ minęła dawno, a oni wciąż zajęci parfilowaniem. Pracują długo, wytrwale i cierpliwie, toteż napruli wiele najszczerszego złota, a koniec pochwalił dzieło: spruli dwór, króla i Rzeczpospolitą, sparfilowali Polskę doszczętnie. Wasylewski podał dokładną instrukcję parfilowania, którą szczególnie polecam Państwa uwadze:

„Bierze się tkaninę złotą, albo kobierzec lub wreszcie galony czy frędzle i psuje się, wyciągając z nich nitki złote i srebrne. Chodzi o to, aby spruć jak najwięcej, potem się nici spienięża i otrzymuje cenę, częstokroć… dziesięć razy mniejszą od wartości zniszczonej tkaniny. Więc po cóż to robić? Jak to po co? Przecież tak dzieje się w Wersalu, który jest wyrocznią. Parfilowanie stwarza pozory pracy, daje zajęcie rozpróżniaczonym palcom i uspokaja nerwy przyjemnością niszczenia”.

Jak bardzo to przypomina działania rządów po 1989 roku. Kto to przede wszystkim robił? Cóż, nie o wszystkich mówić trzeba i warto, bo ileż wśród tych figur mętnych i podejrzanych! Weredyk Essen powie o nich krótko: Osoby najwyższego urodzenia, a przecież dopuszczają się występków i zbrodni.

Kto ich karze? Nikt. Gdzie się kryją? Na dworze królewskim w Warszawie. Należą tam do najpierwszych świeczników towarzystwa. Możecie tu poznać wojewodę, który ukradł sygnet – wylicza Wasylewski – starostę fałszującego weksle i karty, a wreszcie kawalera maltańskiego, do którego rzekła raz pewna dama: „Pan niewiele zyskał, skradłszy mi zegarek, bo on kosztował tylko 80 dukatów”.

Wasylewski wiedział co pisze i to wiedział bardzo dobrze. Świadczą o tym przypisy świadków tamtych dni: listy króla St. Augusta do Bacciarellego, Voyage en Crimée Milady Craven, Histoire de Marie Antoinette E. i J. Goncourt (Paris 1878) czy pisma Hugo Kołłątaja, by wyliczyć tylko niektórych.

Cofnijmy się kilka wieków, do czasów klejnotu rycerstwa w polskiej koronie – Zawiszy Czarnego z Garbowa herbu Sulima i wojen polsko-krzyżackich. To jest dopiero źródło wiedzy, a zarazem zwierciadło losów naszego kraju.

Krzyżacy zaczęli zapraszać rycerstwo Europy na wyprawy krzyżowe wymierzone w pogan w Prusach i na Litwie. W czasie krwawych rejz na Żmudź urządzali na przykład „honorowe stoły” dla najważniejszych gości, a najwaleczniejszych z nich nagradzali darami, nie szczędzili też dobrych win i zacnych potraw na ucztach. Ci rycerze goście, których dziś można by nazwać „pożytecznymi idiotami”, stawali się następnie głosicielami zakonnej propagandy w Europie Zachodniej. Rozpowiadając, jak brodacze bronią chrześcijaństwa i cywilizacji przeciw poganom, przyczyniali się do utrwalania nieprzychylnych opinii wobec Polaków i Litwinów.

Czy coś to Państwu przypomina? Jakichś ludzi, tzw. polityków, dziennikarzy od zakłamanej roboty, pożytecznych „twórców cyfrowych”, którzy chcąc zaistnieć nie cofną się przed utytłaniem swego pióra, przyzwoitości i honoru w politycznym szambie? Bo mnie bardzo i bez zastanowienia mógłbym przytoczyć kilkadziesiąt nazwisk, niestety także pewnej grupy moich znajomych. Ale to temat na osobny felieton.

Jedno jest pewne. Świat się zmienia. Prawa człowieka przestają obowiązywać, a wolność w tym wolność słowa, powiewają jedynie na wyblakłych transparentach z połowy XX wieku. Pokój, pacyfizm i pokojowe współistnienie narodów, to hasła wyrzucone na śmietnik światłej ludzkości. Pięć zasad, które jeszcze niedawno przyświecały wielu rządom: wzajemny szacunek dla suwerenności i integralności terytorialnej, wzajemna nieagresja, nieingerencja w wewnętrzne sprawy każdej ze stron, równość i wzajemne korzyści traktowane są z pogardą. Władza już otwarcie mówi nie tylko co wolno ludziom mówić, ale i myśleć. Przygotowywane są spec ustawy mające  z obywateli zrobić bezwolną, niemyślącą i ślepo wykonującą polecenia masę. A będzie jeszcze gorzej.

Już na początku XX wieku niemiecki filozof Oswald Spengler stwierdzał, że Europejczyków charakteryzuje szowinizm. Postawił tezę o cyklicznym rozwoju historii i śmierci kultur, zgodnie z którą każda kultura ma swój przewidywalny cykl życia od narodzin po śmierć, podobnie jak organizm żywy. W swojej pracy Zmierzch Zachodu argumentował, że kultura zachodnia weszła w fazę schyłkową. Według jego przewidywań około roku 2000 wkroczyliśmy w jej okres „przedśmiertny”, co zakończy się latami „cezaryzmu” czyli  (pozakonstytucyjnej wszechwładzy władzy wykonawczej) przed ostatecznym upadkiem.

Dokładnie to obserwujemy teraz w naszej rzeczywistości. Trudno więc, poza wszystkimi innymi przesłankami wynikającymi z naszego zarozumialstwa i braku świadomości, aby Europejczycy nie czuli się lepsi od mieszkańców innych kontynentów, co ma teraz miejsce. Niestety szowinizm europejski się potęguje, a powstanie Unii Europejskiej jeszcze go wzmogło. Ta wielka chęć Polaków wstąpienia w szeregi UE była z pewnością spowodowana naszym zachwytem nad wszystkim co zachodnie. Po prostu chcieliśmy być tacy jak ci z Zachodu. Co tragiczne, część tzw. „elit” politycznych nie chce wyprowadzić nas z poczucia mikromanii w związku z tym szuka pomocy w państwach Zachodu, zwłaszcza w państwie niemieckim, wprost umożliwiając im ingerencje w nasze wewnętrzne sprawy. Dotyczy to również np. Francji, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych.

Zapewniam. Ciąg dalszy nastąpi i nie będzie specjalnie miły.

Sławomir W. Malinowski

Myśl Polska, nr 13-14 (29.03-5.04.2026)

Redakcja