Jeszcze trzy dekady temu swego rodzaju prequelem do legendy Żołnierzy Wyklętych byli żołnierze-górnicy, funkcjonująca w latach 1949-1959 formacja wojskowej służby zastępczej, ukierunkowanej przede wszystkim na wzrost poziomu wydobycia węgla i innych kopalin w na potrzeby odbudowy kraju.
Skierowanie do służby w Wojskowym Korpusie Górniczym jest dziś przez IPN uznawane za formę represji komunistycznej, istnieje Związek Represjonowanych Żołnierzy Górników, a jego członkowie, stanowiący zresztą niespełna dwutysięczny ułamek spośród rzeszy około 120 tysięcy żołnierzy WKG (a wcześniej kierowanych do pracy w górnictwie wyspecjalizowanych batalionów Służby Polsce).
Martyrologiczna legenda
Zgodnie ze współcześnie obowiązującą wersją historii Polski, żołnierze-górnicy mieli być dobierani przede wszystkim z członków podziemia niepodległościowego, a także grup społecznych uznawanych za podejrzane ideologicznie (jak kułacy i inteligencja). Zdecydowaną większość stanowili jednak zwyczajni poborowi, z rodzin robotniczych i chłopskich, zgodnie zresztą z ówczesną strukturą społeczną Polski. Wbrew bowiem temu, co przedstawia dzisiejsza propaganda – nadrzędnym celem Korpusu nie było bynajmniej wyniszczanie przez ciężką pracę, ale szybkie uruchomienie śląskich kopalń, uzupełnienie braków kadrowych w górnictwie spowodowanych stratami wojennymi oraz uzyskanie kamienia i kruszywa dla procesu odbudowy. Bo też bądźmy szczerzy, co taki nawet podejrzany inteligent w pinglach mógł ukopać? Tymczasem Warszawa czekała na materiały budowlane, a odtwarzany przemysł (nie mówiąc o domowych piecach) potrzebował węgla. Jakoś pomp ciepła nikt wówczas w zamian nie proponował, choć dzisiejsi antykomuniści pewnie są przekonani, że to diabelski wynalazek samych Marksa i Lenina.
Oczywiście, była to służba bardzo ciężka, a praca w górnictwie była ogromnym wyzwaniem dla niewykwalifikowanej młodzieży, której za ten wysiłek należy się szczególne uznanie, wolne od ideologicznego zacietrzewienia. Można też w pełni zrozumieć, że pewna część żołnierzy Korpusu, często płacąc własnym zdrowiem za odbudowę gospodarki – mogła nabrać zdecydowanie krytycznego nastawienia do dowódców, władz czy nawet ustroju. Rzecz jednak w tym, że polscy żołnierze-górnicy nie byli bynajmniej ewenementem w realiach gospodarki wojennej i powojennej, a podobne formacje istniały także poza blokiem wschodnim, między innymi w Wielkiej Brytanii.
Gdy rząd JKM nie ufał górnikom
Angielscy żołnierze-górnicy przeszli do historii jako Bevin Boys, od nazwiska Ernesta Bevina, labourzysty, ministra pracy i służby narodowej w gabinecie wojennym Winstona Churchilla. To właśnie Bevin (późniejszy minister spraw zagranicznych UK, współtwórca NATO i zdecydowany antykomunista) przemawiając 2 grudnia 1943 roku przed Izbą Gmin przedstawił projekt nowego systemu, mającego utrzymać brytyjską produkcję przemysłową przez zastąpienie powołanych do armii górników młodymi poborowymi. Był to w dużej mierze skutek jeszcze przedwojennych błędów w zarządzaniu brytyjskim górnictwem, z jednej strony uznawanym za kluczowy sektor gospodarki, z drugiej traktowanym nieufnie ze względu na wysoki stopień uzwiązkowienia i aktywność strajkową. Od początku wojny pobór objął zatem blisko 36 000 wykwalifikowanych górników, których nie było kim zastąpić, nie tylko ze względu na ogólny brak rąk do pracy, ale także niskie płace, niewspółmierne do wymogów pracy. Spóźnione podwyżki i apele o ochotnicze zgłaszanie się do kopalń nie przynosiły większych efektów, pod koniec 1942 roku wydobycie przestało wprawdzie przejściowo padać, jednak nie udało się powrócić do przedwojennego poziomu (już wówczas zresztą, od 1936 roku z tendencją spadkową). W tej sytuacji zdecydowano się na wprowadzenie systemu przymusowej pracy poborowych – a więc analogicznie jak 6 lat później w Polsce.
„Anglia oczekuje, że każdy wypełni swój obowiązek…”
Teoretycznie do pracy w górnictwie kierowano losowo, jednak odmowa podjęcia pracy w kopalni kończyła się sprawą sądową. Tylko w pierwszym roku skazano na wyroki i ciężkie roboty 143 poborowych proszących o skierowanie do jednostek bojowych. Młodzi żołnierze-górnicy odbywali niemal wyłącznie teoretyczne przeszkolenie, po którym byli wysyłani do szybów, otrzymując początkowo zaledwie połowę normalnego wynagrodzenia górniczego. Żądania płacowe, które kolejna grupa poborowych próbowała zgłosić w styczniu 1944 roku zakończyła szybką interwencją przełożonych i karami dyscyplinarnymi. Łącznie ok. 48 000 Bevin Boys odbyło służbę, nie bardzo wiedząc kim są: choć nie mieli mundurów karani byli jak żołnierze, przez górników traktowani byli nieufnie jako agenci rządu, w dodatku ściągający na wszystkich niebezpieczeństwo swoim brakiem doświadczenia, zaś na ulicach postrzegani byli jak dekownicy, ukrywający się przed wysłaniem na front.
Zapomniani weterani
Ostatni pobór żołnierzy-górników przeprowadzono w UK w 1945 roku, jednak ich służba trwała do marca 1948 roku, kiedy oficjalnie system został zamknięty. Bez kwiatów, bez podziękowań, bez odznaczeń za służbę, bez gwarantowanego prawa powrotu do przedpoborowej pracy. Tylko znikoma część pozostała związana z górnictwem. Dopiero w 2008 roku labourzystowski rząd Gordona Browna przyznał odznaki weteranów żyjącym jeszcze Bevin Boys, a w 2013 roku w National Memorial Arboretum, gdzie znajdują się pomniki wszystkich brytyjskich formacji i jednostek zbrojnych od czasów II wojny światowej, od sztabu generalnego, przez RAF, Royal Navy, komandosów, łącznościowców, weterynarzy i poganiaczy wojskowych mułów, a nawet… rozstrzelanych dezerterów – odsłonięto tablicę poświęconą wysiłkowi angielskich żołnierzy-górników. Z ich historii nie zrobiono martyrologii, brytyjska historiografia przeszła także do porządku nad używaniem pracy przymusowej w sytuacji zagrożenia państwa. Żołnierze-górnicy zrobili to, czego Anglia od nich oczekiwała, nawet jeśli sami mieli na ten temat niewiele do powiedzenia.
Ludzka praca jako smar historii bywa nie mniej anonimowa od krwi przelewanej na polach bitew.
Konrad Rękas



