Tzw. afera Epsteina nie jest żadnym tematem zastępczym. To świadectwo epoki, w której władzę, pieniądze i sławę zdobywa się dzięki uczestnictwu – biernemu bądź czynnemu – w pedofilii, przestępstwach seksualnych, handlu ludźmi.
W zeznaniach jego ofiar jest również mowa o praktykach satanistycznych i kanibalizmie. Dokumenty afery to ponure świadectwo upadku moralnego Zachodu, który pod przywództwem USA dążył w ramach globalnej westernizacji do narzucenia braku norm moralnych całej ludzkości. Epstein jest twarzą zdechrystianizowanego, zdemoralizowanego i ostatecznie zdehumanizowanego kolektywnego Zachodu ostatnich dziesięcioleci. Zdehumanizowanego, gdyż odrzucenie wszelkich norm moralnych jest transgresją w dół w hierarchii istnień, przekraczaniem, które nie uszlachetnia, nie doskonali, nie umacnia duchowo. Jest drogą ku zezwierzęceniu. Udokumentowane przez grupę przestępczą Epsteina praktyki dowodzą, iż świadomie prowokowała ona i umożliwiała przekraczanie norm moralnych przez jej prominentnych gości i klientów ze świata polityki, biznesu, nauki, kultury, sztuki. – Znamienne bowiem jest, iż wśród nich nie ma szarych obywateli, pozbawionych kontaktów z wielkim światem. – Wszystko po to, aby poprzez uczestniczących w aferze przedstawicieli najważniejszych dziedzin życia na Zachodzie mieć wpływ na dalszy ich rozwój – z jednej strony, natomiast z drugiej – narzucić odrzucenie norm moralnych szarej masie jego społeczeństw i tym sposobem sprawować nad nimi władzę. Demoralizacja została bowiem wpisana w program rewolucji kulturalnej jako jej najważniejszy punkt, zmieniający dogłębnie zachodnią cywilizację.
Dokumentowanie działalności Epsteina miało na celu fabrykowanie kompromatów na związane z nim wpływowe osoby i zamierzone ich szantażowanie w realizacji różnych celów – od czysto politycznych po cywilizacyjno-kulturowe.
W tym punkcie pojawia się pytanie: kto określał owe cele i za czyim pośrednictwem? Częściowa odpowiedź jest zawarta w już opublikowanych dokumentach, wskazujących na służby specjalne, pośród których wymieniany jest Mosad. Dla politologów i socjologów równie ważne jest pytanie: czy inne służby – nade wszystko amerykańskie – nie wiedziały o przestępczej działalności siatki Epsteina? CIA i FBI? Jeśli służby Stanów Zjednoczonych nie wiedziały, to mamy do czynienia ze spektakularnym świadectwem słabości amerykańskiego państwa. Jeśli wiedziały i tę wiedzę utajniały, mamy do czynienia ze świadomym uczestnictwem tych służb w osłabianiu USA. Natomiast dla badacza problematyki antropologicznej i cywilizacyjno-kulturowej istotne są w dokumentacji Epsteina świadectwa przekraczania norm moralnych i związanych z nimi wszystkich innych norm aksjologicznych jako sposobu bycia elit. Jako współczesny amoralny modus vivendi całego Zachodu, upowszechniany pod patronatem jego liderów nie tylko w polityce – poprzez wiodące ideologie – ale nade wszystko w kulturze, nauce, edukacji.
Nie ma już elit
Ujawniony w aktach Epsteina mechanizm kreowania władzy w tych sferach poprzez sieć – z jednej strony znajomości i różnych form wpływu, z drugiej – poprzez szantaż i kompromaty – nie istniał samodzielnie. Był ściśle powiązany z mechanizmem kryminalnej działalności tego przestępcy. Kierowanie procesem zdobywania czy też utrzymania władzy w ścisłym powiązaniu z przekraczaniem norm moralnych – od przestępstw po zbrodnie – nie jest niczym nowym. Zwłaszcza, gdy ich przekraczanie wpisane jest w ideologiczny fundament przemian cywilizacyjno-kulturowych Zachodu.
Takim przypadkiem jest dokumentacja Epsteina. Nie można jej rozpatrywać w wymiarze wyłącznie polityczno-prawnym. O wiele ważniejszy jest jej wymiar antropologiczny – widoczny na poziomie cywilizacyjno-kulturowym. Miliony stron tej dokumentacji to zderzenie nowoczesnych technologii zapisu z upadkiem moralnym Zachodu na obecnym etapie rewolucji kulturalnej – dehumanizacji ludzkości. Wiodącą rolę w tym procesie odegrały elity. Ich liderzy w sferze polityki, biznesu, nauki, kultury mają w dokumentacji amoralne twarze – korzystają z usług przestępcy, aby się nurzać w rozpuście, robić karierę, pogrążyć konkurencję, otrzymać pieniądze na tajne programy naukowe, etc.
Niektórzy korzystali jedynie z umocowań Epsteina w służbach specjalnych i kontaktów ze środowiskami decydenckimi, aby osiągnąć cel niemożliwy do zrealizowania na gruncie obowiązującego prawa – poprzez spisek, który pojawia się w ujawnianych aktach w różnorodnych formach. Jego najdobitniejszym przykładem było planowane zniszczenie – z pomocą siatki Epsteina – papieża Franciszka. Zaproponował je temu przestępcy Steve Bannon, bliski współpracownik Donalda Trumpa z pierwszej kampanii wyborczej i współtwórca MAGA. „Zniszczymy (papieża) Franciszka” – pisał Bannon do Epsteina w czerwcu 2019 roku, określając ówczesnego ojca świętego jako osobę „godną pogardy” i namawiając do ataku na nią przywódcę włoskiej prawicy Matteo Salviniego [i].
W tym samym materiale (www.polsatnews.pl/2026002-14) cytowana jest trafna ocena współpracy Bannona z Epsteinem w sprawie głowy Kościoła Katolickiego, przedstawiona przez watykanistę. Można ją uznać za jeden z głównych celów przestępczej działalności najgłośniejszego amerykańskiego wip-sutenera: „Ksiądz Antonio Spadaro, urzędnik watykański i bliski współpracownik papieża Franciszka, powiedział CNN, że zachowanie Bannona świadczy o chęci połączenia ‘władzy duchowej z władzą polityczną dla osiągnięcia strategicznych celów’”. Chodzi tu nie tylko o władzę nad Watykanem, ale również o władzę nad całym światem. Nadal, niestety, nie mamy pewności, o czyją władzę chodzi. Z punktu widzenia cywilizacyjno-kulturowego najistotniejsza na tym styku dwóch rodzajów władzy jest ta, która dotyczy ducha. Gdyby taki rząd dusz po amerykańsku – zapośredniczony przez przestępcę – był planem odrodzenia duchowego i zarazem moralnego ludzkości, mógłby stanowić pewną formę usprawiedliwienia człowieka Trumpa.
Okazało się jednak, że w tej formie antywatykańskiego spisku szło czołowemu amerykańskiemu konserwatyście tylko o zwycięstwa polityczne jego partii. Co więcej, ani Bannon, ani żaden przedstawiciel amerykańskiej elity nie ma zamiaru kajać się przed swoim narodem, przepraszać za kontakty z przestępcą, domagać ukarania jego wspólników. W szoku są jedynie uczciwi, przeciętni ludzie, nad którymi skompromitowane elity nadal panują i z szatańską pychą demonstrują swoją nietykalną amoralność. Materiały Epsteina pozwalają sformułować tezę, iż elity te stały się – paradoksalnie – awangardą upadku Zachodu, zapoczątkowanego już na pierwszym etapie rewolucji kulturalnej 1968 roku.
Nihil novi sub sole
Amoralność jako podstawową zasadę europejskiej rewolucji odczytał genialnie już w XIX wieku Fiodor Dostojewski w Biesach (1872). Pisarz pokazał ideę rewolucyjną jako produkt zachodniej cywilizacji, który pochłonął umysły ówczesnej inteligencji rosyjskiej i pchnął ją na bezdroża nie tylko polityki i kultury, ale również antropologii i aksjologii. Przedstawiony w powieści nosiciel tej idei Piotr Wierchowieński mówi otwarcie, na czym będzie polegał przewrót w Rosji: na chaosie i wszechogarniającym zepsuciu moralnym. Ten dziewiętnastowieczny rosyjski zwolennik zachodnich idei jest literackim archetypem wszystkich późniejszych rewolucjonistów. Dostojewski jak nikt inny potrafił uchwycić istotę ich mentalności: obłędną fascynację złem. Oni wzniecają wielkie rewolucje po to, aby się upajać ich destrukcyjną siłą.
„Przede wszystkim – wykrzykuje Wierchowieński w amoku – będziemy szerzyć zamęt. Przenikniemy w lud. Czy pan wie, że już teraz jesteśmy strasznie silni? Nasi ludzie – to nie tylko ci, którzy rżną i podpalają, nie tylko ci, którzy strzelają czy gryzą. (…) Nauczyciel, który wraz z dziećmi drwi z ich Boga i z ich kołyski – jest nasz. Adwokat, który broni wykształconego zabójcy, powołując się na to, że tamten, stojąc wyżej intelektualnie od ofiary, musiał zabić, gdyż potrzebował pieniędzy – także nasz. Sztubacy, którzy zabijają chłopa, aby poznać wrażenia zabójcy – są nasi. Przysięgli, którzy uniewinniają zbrodniarzy – nasi. Prokurator, który drży przed sądem, czy nie spadnie nań zarzut braku liberalizmu – nasz, nasz. Administratorzy, literaci, o, naszych jest dużo, strasznie dużo, chociaż sami oni o tym nie wiedzą” [ii].
Ukazany rewolucjonista upaja się szczególną formą totalnego zniszczenia moralnego – rozpustą. „Teraz – kusi Stawrogina, duchowego nauczyciela tytułowych biesów – niezbędne są ze dwa pokolenia rozpusty. Niesłychanej rozpusty, najpodlejszej, która robi z człowieka plugawą, tchórzliwą, okrutną, samolubną istotę. To jest niezbędne. I potrzeba świeżej krwi, aby się człowiek przyzwyczaił” [iii]. Ten obraz rewolucji zamyka odsłona będąca szyderstwem nie tylko z dobra i sprawiedliwości, ale również z prawdy. Na czele przewrotu ma bowiem stanąć najbardziej zdemoralizowany bohater powieści, jakim jest właśnie Stawrogin. Aby lud mu uwierzył i poszedł za nim, rewolucjoniści puszczą pogłoskę, że jest on cudownie pojawiającym się Iwanem Carewiczem – mitycznym bohaterem rosyjskich baśni, dokonującym heroicznych czynów w imię wielkiego dobra.
Przedstawiony 154 lata temu w powieści rosyjskiego pisarza antydekalog rewolucyjnej świadomości jako jej antychrześcijańska determinanta – jawi się w XXI wieku jako aktualny ideowy i aksjologiczny fundament rewolucji kulturalnej. Uległ jedynie rozwinięciu i swego rodzaju „udoskonaleniu” na bazie rozwoju cywilizacyjnego i postępu naukowo-technologicznego. Promowane w kulturze od czasów renesansu przekraczanie chrześcijańskich norm moralnych było stałym impulsem myślenia rewolucyjnego. Drogę tej promocji amoralności łatwo odtworzyć, sięgając do historii literatur europejskich – rosyjska, na swoje szczęście nie miała w tym wypadku żadnego znaczącego udziału.
Od Decamerona do J. Epsteina
Temat przekraczania obowiązujących w określonej epoce norm moralnych jest stałą daną literatury światowej od jej zarania. W kulturze Zachodu nabiera szczególnego znaczenia, gdy staje się programowym elementem przemian cywilizacyjnych. Tak było w przypadku Decamerona Giovanniego Boccaccio – powstałego w połowie XIV wieku zbioru 100. nowel, umieszczonego w 1559 roku w Indeksie ksiąg zakazanych.(Indeks librorum prohibitorum). Dlaczego? Ponieważ te opowieści dziesięciorga „szlachetnie urodzonych” mieszkańców (pań i panów) Florencji – chroniących się przed dżumą na wsi – zawierają wątki erotyczne stanowiące tabu w epoce średniowiecza, m.in. zmysłową miłość pozamałżeńską. „Szlachetne urodzeni”, zabijając w ten sposób nudę kwarantanny, odsłaniają jednocześnie mroki swej moralności.
W innej sytuacji nie zdobyliby się na takie opowieści, bo wiedzą o istnieniu czerwonych linii w obowiązującym wówczas kodeksie moralnym, mają świadomość grzechu i zgorszenia. Tę świadomość ma nade wszystko Boccaccio, który wymyślił dla swoich narratorów kwarantannę, izolującą ich od ludzi. Pierwszy na gruncie literatury krok w odejściu od obowiązujących norm moralnych został już jednak uczyniony. Decameron okrzyknięto zwiastunem nowej epoki – renesansu, który maksymę rzymskiego dramatopisarza Terencjusza „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce” uczynił hasłem ponadczasowym. Niestety, to właśnie hasło otwarło kulturową puszkę Pandory. Stało się bowiem zaczynem degrengolady renesansowego humanizmu, który rozpoczął długie dzieje tolerancji dla różnych wynaturzeń erotyczno-seksualnych człowieka, skazując go tym samym na chaos moralny i powrót pod tym względem do epoki pogaństwa.
Kolejnym wybuchem z tej puszki była twórczość Donatiena A. F. de Sade, występującego w historii kultury jako Markiz de Sade. Ten skandalista, kryminalista, rewolucjonista, filozof libertynizmu i nade wszystko pisarz drugiej połowy XVIII i początku XIX wieku epatował w swojej twórczości przestępstwami seksualnymi, które łączył z okrucieństwem – noszącym pochodzącą od niego nazwę sadyzmu. Najbardziej reprezentatywne dla jego poglądów są dwie pozycje: Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu oraz Justyna, czyli nieszczęścia cnoty – będące swego rodzaju katalogiem zboczeń seksualnych i jednocześnie credo amoralizmu, sprowadzającego się do negacji Boga, moralności i wszelkich wyższych wartości.
Jego twórczość literacką i libertyńską filozofię można ująć wspólnym mianownikiem: w służbie rewolucji. Nade wszystko francuskiej 1789 roku, która pokazała nie tylko swoje amoralne, ale również antychrześcijańskie oblicze. Sam Markiz de Sade wziął w niej bezpośredni udział jako sekretarz Maksymiliana Robespierre’a. Jego twórczość odegrała na tym polu o wiele większą rolę: ukształtowała amoralną mentalność, bez której idea rewolucji nie znalazłaby swojego urzeczywistnienia.
Co łączy Epsteina z Markizem de Sade? Bardzo wiele: obaj byli skandalistami, przestępcami, kryminalistami. Obaj przyczynili się do zwycięstwa rewolucji swoich czasów poprzez utrwalanie czy wręcz narzucanie amoralizmu jako fundamentu rewolucyjnych zmian w cywilizacji Zachodu. Różni ich jedynie forma zapisu demoralizującej działalności. Francuski pisarz posługuje się literackimi formami. Amerykański wip-sutener, nazywany eufemistycznie finansistą, zostawił „surowy” zapis, nade wszystko elektroniczny, stanowiący materiał faktograficzny dla ewentualnych różnorodnych literackich ujęć. Ponadto dla ukrycia zbrodniczej działalności używał szyfrów, o których Markiz nawet nie myślał.
Afera Epsteina i jej dokumentacja to punkt zwrotny w cywilizacji Zachodu. Istotne jest, kto i jak rozstrzygnie o jego przyszłości w tym wymiarze. Współczesną politykę zachodnią, a także kulturę, naukę, edukację zdeterminowała bowiem koncepcja tzw. tolerancji represywnej, będącej de facto formą bezwzględnego zwalczania wszelkiej prawicy i wszelkich konserwatyzmów. Jedynie te bowiem mogą domagać się ujawnienia wszystkich aspektów afery i ukarania wszystkich wspólników jej organizatora, nade wszystko utajnionych jego zleceniodawców. Chronić ich będzie wymyślona –m.in. dla takich sytuacji – przez niemiecko-amerykańskiego filozofa i socjologa żydowskiego pochodzenia – Herberta Marcuse owa tolerancja represywna.
Ten marksista szkoły frankfurckiej – głównie okresu tzw. zachodnio-europejskiego – guru rewolty 1968 roku, nadal uważany jest za ideologa nowej lewicy, która patronuje obecnemu etapowi rewolucji kulturowej, narzucającej współczesnemu człowiekowi amoralizm i kształtującej jego antychrześcijańską mentalność. Uznanie eseju Marcuse’go Tolerancja represywna (1965) przez ideologów trwającej rewolucji za podstawowy punkt ich programu polityczno-społecznego nadaje im specyficzny immunitet przed odpowiedzialnością – m.in. prawną – za dehumanizacyjną działalność w sferze cywilizacyjno-kulturowej. Marcuse z myślą o obronie czy wręcz uprzywilejowaniu takiej działalności pisał swój „represywny” manifest.
„Wyzwalająca tolerancja (tolerancja represywna) – pisał – oznaczałaby zatem nietolerancję wobec prawicy i tolerancję dla ruchów lewicowych. Jeśli chodzi o zakres tej tolerancji i nietolerancji, musiałaby się ona rozciągnąć zarówno na płaszczyznę działania, jak i też dyskusji i propagandy, na słowa i czyny (…) Brak tolerancji dla ruchów reakcyjnych, zanim jeszcze staną się one aktywne, nietolerancja skierowana również przeciw myśleniu, poglądom i słowom (przede wszystkim nietolerancja wobec konserwatystów i politycznej prawicy)” [iv].
Niestety, zniewolona fałszywym mitem Ameryki konserwatywna prawica na razie nie znajduje dość odwagi ani w USA, ani w Europie, a tym bardziej w proamerykańskiej Polsce, aby podjąć walkę z elitą, która działała w różnych sferach naszej rzeczywistości pod wpływem Epsteina i jego utajnionych promotorów. Dlatego tkwimy nadal w trującej mieszance cywilizacyjnej – zanikającej chrześcijańskiej i dominującej nad nią antychrześcijańskiej.
Prof. Anna Raźny
[i] https://www.polsatnews.pkl/wiadomosc/2026-02-14/bannon-korespondowal-z-epsteinem-obale-papieza-franciszka/
[ii] F. Dostojewski, Biesy, tłum. Z. Zagórski i Z. Podgórzec, PIW, Warszawa 1977, s. 410-411.
[iii] Tamże, s. 411.
[iv] https://wiedzaspoleczna.pl/tolerancja-represywna-herbert-marcuse/
Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2026)



