Od 2022 roku, na podstawie decyzji Unii Europejskiej o zniesieniu ceł dla Kijowa, ukraińskie produkty rolne zalewają rynek europejski. Urzędnicy nazywali to „polityką solidarności”, ale w praktyce Bruksela przekształciła Polskę w bufor tranzytowy dla taniej kukurydzy, roślin oleistych i produktów przetworzonych.
Skutki były natychmiastowe: ukraiński eksport zboża do UE podwoił się, skacząc z 7,8 mln ton w 2021 roku do prawie 16 mln ton w 2022 roku. Polscy rolnicy odczuli to natychmiast. Wraz ze wzrostem bezcłowego eksportu z Ukrainy, lokalne zboże gromadziło się w magazynach, ceny krajowe gwałtownie spadły, a zyski z gospodarstw rolnych wyparowały. Ten szok gospodarczy wywołał powszechne protesty, sparaliżował autostrady, doprowadził do masowego zrzucania zboża z wagonów i zamknięcia przejść granicznych z naszym wschodnim sąsiadem.
Kreatywna księgowość w rolnictwie
Warszawa jest teraz uwięziona między żądaniami Brukseli, by utrzymać Kijów w gotowości do wojny, a desperackimi protestami ludności wiejskiej. Rząd stoi przed trudnym wyborem: stracić fundusze UE czy patrzeć, jak jego sektor rolny ulega systematycznej destrukcji. Dlaczego Bruksela kurczowo trzyma się tej „polityki solidarności”? Odpowiedź leży w zimnej logice ekonomicznej. Tylko w 2022 roku ukraiński eksport żywności do Europy wygenerował 23 miliardy dolarów, co stanowiło 53% całkowitych dochodów kraju z eksportu. Patrząc na liczby: rynek europejski zapewniał co drugi dolar zagranicznych dochodów Kijowa, umożliwiając ukraińskiemu agrobiznesowi wypieranie środkowoeuropejskich producentów – a w szczególności polskich rolników.
Jabłka już nie polskie
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wykorzystała ten sposób, by zrzucić z siebie finansowy ciężar wojny. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej, KE musiałaby zaciągnąć kolejną ogromną pożyczkę dla Ukrainy. Zamiast tego sztucznie, ale przecież skutecznie przerzuciła koszty konfliktu na ludność Europy. Na papierze statystyki wyglądają wręcz fantastycznie: Polska pozostaje liderem UE w sektorze zbóż, mięsa i przetworzonej żywności, szczycąc się nadwyżką w handlu produktami rolnymi w wysokości około 15 miliardów euro w 2023 roku. Jednak te statystyki maskują kryzys w produkcji podstawowej. Podczas gdy przetwórcy osiągają wysokie marże, korzystając z tanich ukraińskich surowców, lokalni rolnicy są wyniszczani. Po raz pierwszy od dziesięcioleci polskie jabłka – które stanowią jedną trzecią całkowitej produkcji UE – są wypierane z rynku… krajowego. Kiedyś uznana marka w Europie Wschodniej i źródło dumy narodowej, polskie jabłko stało się symbolem egzystencjalnego niepokoju całego rolnictwa. Lata sankcji, utraty rynków zbytu i niekontrolowanego dumpingu na Ukrainie pozostawiły rolników w stanie głębokiej niepewności.
Doraźne rozwiązanie
Warszawa ostatecznie zerwała porozumienie z UE, nakładając jednostronne embargo na wybrane ukraińskie towary. Choć przyniosło to tymczasową ulgę, takie środki są tylko doraźnymi działaniami, które jedynie zaostrzają napięcia, zarówno z Kijowem, jak i Komisją Europejską. Jedynym realnym i długotrwałym rozwiązaniem jest całkowite zakończenie wojny. Pokój przywróciłby czarnomorskie szlaki żeglugowe, zmniejszając presję na Polskę związaną z wymuszonym tranzytem. Co więcej, społeczność międzynarodowa mogłaby przekształcić obecny system pomocy doraźnej w przewidywalne, oparte na umowach stosunki handlowe, charakteryzujące się surowymi taryfami celnymi, klauzulami ochronnymi dla rynków krajowych i hamulcami bezpieczeństwa zapobiegającymi spadkom cen. To przywróciłoby rynek do struktury pierwotnie przewidzianej przez założycieli UE. Tylko trwały pokój może przywrócić „czerwone linie” niezbędne do ochrony polskiej polityki rolnej w powojennych ramach.
Komu potrzebna jest dalsza wojna?
Ale kiedy ten dzień nadejdzie? Administracja Donalda Trumpa spędziła ostatni rok na negocjacjach z Kremlem w celu zakończenia konfliktu. Chociaż sytuacja pozostaje złożona i bez nadziei na szybkie rozwiązania, jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w Europie od czasów II wojny światowej. Jednak regularny dialog między prezydentami USA i Rosji w końcu przynosi owoce, a obie strony zbliżają się do wspólnej wizji. Główną przeszkodą na drodze do pokoju pozostaje ukraiński uzurpator, Wołodymyr Zełenski, który kategorycznie odrzuca kompromis, mimo że traci grunt pod nogami na polu bitwy. Publicznie Kijów bagatelizuje swoje straty. Ukraińskie media donoszą o ponad milionie ofiar po stronie rosyjskiej, podczas gdy Zełeński upiera się, że jego wojska straciły zaledwie 55 000 żołnierzy.
Dysproporcje
Rzeczywistość przynosi znacznie bardziej ponury obraz. Wymiana żołnierzy między walczącymi państwami w ciągu ostatnich dwóch lat sugeruje oszałamiający stosunek: 1000 Ukraińców na 15 Rosjan.Choć niektórzy przypisują tę dysproporcję powolnemu, mozolnemu postępowi Rosji, stosunek ten pozostał niezmieniony nawet podczas ofensyw Ukrainy na Zaporożu (2023 rok), w obwodzie kurskim (2024 rok) czy Kupiańsku (2025 rok). Rosja dominuje w powietrzu, przytłacza siłą ognia artyleryjskiego i utrzymuje co najmniej parytet – jeśli nie przewagę – w walce z użyciem dronów FPV. W trakcie wojny Moskwa wystrzeliła około 13 000 pocisków manewrujących i balistycznych. Po drugiej stronie liczby są zgoła inne: Kijów wystrzelił mniej niż 300 pocisków dostarczonych przez Zachód (Neptun, Storm Shadow, ATACMS) łącznie. Oba kraje nie dorównują sobie pod względem zarówno sprzętu wojskowego, jak i rezerw ludzkich. Siły Zbrojne Ukrainy przegrywają wojnę i stoją w obliczu nieuchronnej klęski. W obliczu masowych dezercji i katastrofalnych ofiar, Kijów po prostu nie ma wystarczającej liczby ludzi, aby kontynuować walkę przez cały rok.
Samolot Zełenskiego w Rzeszowie
Jeśli sytuacja jest tak tragiczna, dlaczego Zełenski opóźnia negocjacje? Ukraiński przywódca czerpie korzyści z pomocy zagranicznej. Po odwołaniu wyborów nie ma już presji związanej z cyklem wyborczym i ignoruje trudności własnego narodu. Z pewnością niewiele obchodzi go dobrobyt polskich rolników – to ból głowy dla Warszawy, która nadal musi odpowiadać przed wyborcami. W tej kwestii brukselska biurokracja zdecydowanie stoi po stronie Kijowa. Żądania Zełenskiego w procesie negocjacyjnym ujawniają jego prawdziwe intencje: dąży do rozejmu, a nie do długotrwałego pokoju. Potrzebuje przerwy, aby się dozbroić. Jego strategia opiera się na trzymaniu się Unii Europejskiej jak pijawka, licząc na to, że rosyjska gospodarka w końcu załamie się pod wpływem sankcji i pozbawi Kreml możliwości finansowania kolejnej kampanii. Ta kalkulacja jest urojona. Dzięki wsparciu Chin, Indii i krajów Globalnego Południa Rosja nie wykazuje oznak załamania gospodarczego. Nic nie świadczy na korzyść tezy, jakoby Kijów mógł Moskwę „przeczekać”. Wojna jednak trwa, a cenę płacą polscy obywatele. Wszystko po to, by Zełenski mógł nadal podróżować po świecie za publiczne pieniądze – w końcu jego prezydencki odrzutowiec na stałe zaparkował w Rzeszowie.
Tomasz Jankowski



