OpinieŚwiatHistoria amerykańskich helikopterów

Redakcja53 minuty temu
Wspomoz Fundacje

…czyli ostatni zajazd na sierrze. Rok 2026 zaczął się dla świata zaskakująco. Amerykańskie władze porwały socjalistycznego prezydenta Wenezueli, Nicolása Maduro. Nie „aresztowały”, tylko porwały. I żądają oddania im wenezuelskich zasobów ropy naftowej.

W Polsce na uprowadzenie Maduro najgłośniej zareagowali atlantyści, z PiS i innych grup: budzącą niesmak euforią, w której przypływie puściły im nie tylko hamulce, ale zgoła zwieracze. Poza orgią zachwytów nad porwaniem Maduro i domaganiem się, by teraz Donald amerykański przysłał komandosów po Donalda polskiego, amerykanofile nie żałowali sobie pogróżek pod adresem – mniej lub bardziej trafnie identyfikowanych – środowisk prorosyjskich. Dając do zrozumienia, że historia jest po ich stronie, że Stany Zjednoczone to największa potęga na świecie i że Ameryka nakopie każdemu, kogo nie lubią, a ich, atlantystów, obdarzy łaską za wierność.

Ameryka nie jest największą potęgą świata, która rozprawi się z każdym, z kim będzie chciała. A przynajmniej z ostatnich wydarzeń w Wenezueli nie wynika taki wniosek. Przypomnijmy sobie historię użycia amerykańskich helikopterów z komandosami, bo wcale nie wywołuje ona wrażenia, iż każdy, kto stał się solą w oku Waszyngtonu nie zna dnia ani godziny.

Po rewolucji islamskiej w Iranie jesienią 1979 r. szyiccy bojówkarze wzięli do niewoli personel ambasady Stanów Zjednoczonych w Teheranie. Wiosną 1980 r. amerykańska armia wysłała komandosów w helikopterach z zadaniem ich odbicia. Nic z tego nie wyszło, gdyż złe warunki pogodowe zmusiły komandosów do rejterady, a wcześniej do awaryjnego lądowania i porzucenia helikopterów, które przechwyciła irańska armia. Podczas odwrotu jeden z helikopterów zderzył się samolotem sił powietrznych USA i kilku amerykańskich żołnierzy zginęło.

Podczas swojej „misji stabilizacyjnej” w Somalii Amerykanie próbowali schwytać organizującego przeciw nim opór przywódcę Somalijczyków, generała Aidida. 3 października 1993 r. wysłali helikoptery z komandosami do południowej części miasta Mogadiszu, na terytorium kontrolowane przez milicje Aidida, z rozkazem porwania dwóch współpracowników generała, aby dzięki ich zeznaniom móc odnaleźć jego samego. Miała to być szybko przeprowadzona, chirurgiczna operacja. Skończyła się jednak piętnastogodzinną bitwą, w której Amerykanie wprawdzie zabili około tysiąca Somalijczyków, ale sami ponieśli największe straty w ludziach od czasu wojny w Wietnamie. Celów nie ujęto, natomiast szok wywołany zdjęciami ciał zabitych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach Mogadiszu skłonił prezydenta Clintona do wycofania wojsk z Somalii.

I wreszcie w 2011 r. amerykańska armia wysłała do Pakistanu helikoptery, z których wyskoczyli komandosi i zabili ukrywającego się w tym kraju Usamę ibn Ladina, w Polsce wskutek językowego niechlujstwa anglosaskich mediów znanego jako Osama bin Laden. Amerykanie bardzo chełpili się tym oszałamiającym sukcesem; natychmiast rozkręcili wokół swojej akcji hałaśliwą propagandę. Dopiero po pewnym czasie przyznali, że została ona przeprowadzona za wiedzą i przy współdziałaniu władz Pakistanu. Innymi słowy, nie powiodłaby się, gdyby nie zgoda i pomoc samych Pakistańczyków.

To samo można powiedzieć o ostatnim incydencie w Wenezueli. Jest nieprawdopodobne, by Amerykanie zdołali porwać prezydenta tego państwa z jego terytorium bez wsparcia ze strony czynników wewnętrznych. Przez trzynaście lat swoich rządów Nicolás Maduro na pewno narobił sobie w kraju niejednego wroga. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Waszyngton porozumiał się potajemnie z wenezuelskim obozem władzy lub jakąś jego liczącą się frakcją i zaoferował nieznane nam na razie korzyści za „wystawienie” mu głowy państwa. Wyjaśnienie to nie kłóci się z faktem, że amerykańscy żołnierze podczas ataku zabili wielu funkcjonariuszy ochrony prezydenta – informację tę można uznać za prawdziwą. Jeżeli, jak twierdzę, Amerykanie porwali Maduro za cichym porozumieniem z innymi czynnikami władzy w Wenezueli, wydaje się wątpliwe, by udało im się przekupić czy przekabacić akurat jego ochroniarzy. Wenezuelski prezydent z pewnością dobierał swoją ochronę spośród ludzi najbardziej lojalnych wobec siebie osobiście, bo tak postępuje każdy przywódca, zwłaszcza sprawujący rządy w stylu autorytarnym. Bez pomocy z wewnątrz rajd amerykańskich helikopterów nie zostałby podjęty lub skończyłby się jak w Iranie czy w Somalii.

Podsumowując, nie byliśmy świadkami żadnego „obalenia komunizmu” przez Stany Zjednoczone, lecz przede wszystkim rozgrywki we władzach Wenezueli, gdzie system polityczny pozostaje niezmieniony (i nie ma nic wspólnego z komunizmem). Polscy atlantyści mogliby sami dojść do tego wniosku, gdyby zechcieli się chwilę zastanowić, zamiast roztaczać sami przed sobą wizję amerykańskiej wszechpotęgi albo grozić swoim urojonym bądź rzeczywistym przeciwnikom komandosami w helikopterach.

Adam Danek  

Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)

Redakcja