PublicystykaŚwiatProf. Anna Raźny: Czyje to imperium?

Redakcja41 minut temu
Wspomoz Fundacje

Porwanie legalnego prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro przez amerykańskie  specsłuży oraz żołnierzy Pentagonu  odjęło mowę – zgodnie z powiedzeniem o wymownym milczeniu – wasalom USA w świecie kolektywnego Zachodu.

Jego liderzy zaczęli jednak powoli występować z grzeczną krytyką wobec Waszyngtonu, aby przejść do tonu sprzeciwu wobec przyspieszenia aneksyjno-imperialnej polityki Donalda Trumpa i wynikającego z niej zagrożenia dla kolejnych suwerennych państw: Kuby, Meksyku, Iranu, Grenlandii, a nawet Islandii. Znamienna w przypadku tej ostatniej jest wypowiedź mianowanego  w styczniu b.r. nowego ambasadora USA w Reykjaviku Billa Longa: „Islandia stanie się 52. stanem USA, a ja zostanę jej gubernatorem”. Ten niby-żart w kontekście polityczno-ekonomicznej walki USA o Grenlandię wywołał niepokój czy wręcz panikę wśród Islandczyków, którzy już teraz wysyłają do Waszyngtonu listy protestacyjne. Na forum ekonomicznym w Davos D. Trump nie tylko nie wycofał się z aneksyjnej polityki, ale wręcz ją potwierdził i jeszcze raz „poprosił” o „kawałek lodu” w Arktyce, a tym, którzy mieliby się sprzeciwić przejęciu Grenlandii naubliżał, twierdząc, że byliby niczym bez amerykańskiej pomocy, ewentualnie mówiliby po niemiecku, gdyby Amerykanie nie wyzwolili ich spod hitlerowskiego jarzma. Ponadgodzinne pochwały USA i  własnej osoby, przerywane krytyką jego poprzednika Joe Bidena oraz oskarżeniami i pogróżkami pod adresem przeciwników nowej  polityki Waszyngtonu, opatrzył „listkiem figowym” w postaci Rady Pokoju, do której zaprosił wybranych polityków z wybranych krajów.

Zaaferowanym kwestią Grenlandii Europejczykom umknęła kwestia Islandii, która   także  może znaleźć się na liście Donalda Trumpa, ponieważ koncepcja jej przejęcia przez USA pojawiła się równolegle z pomysłem zakupu Grenlandii już w XIX wieku. W 1863 roku Departament Stanu przygotował taki plan, jednak do oferty zakupu nie doszło. Do polityki zakupu suwerennych terytoriów powrócił Harry Truman, ale już tylko w odniesieniu do Grenlandii. Islandia to o wiele łatwiejszy łup. Jest wprawdzie członkiem NATO, ale nie posiada armii. Dysponuje jedynie strażą nadbrzeżną oraz oddziałem wojska wyszkolonym dla misji pokojowych. Posiada natomiast metale ziem rzadkich – na które poluje D. Trump – oraz najtańszą w świecie hydroenergię i geotermię, stwarzające idealne warunki dla amerykańskiej doliny krzemowej o globalnym znaczeniu.

Do listy aneksyjnej Waszyngtonu może dołączyć nawet Kanada, o której ”bezpieczeństwo” zaczyna się martwić amerykański prezydent, wmawiając światu, że zagrażają jej Rosja i Chiny. Gdy do tych potencjalnych anschlussów dołączymy permanentne zagrożenie Iranu, zbombardowanego przez Waszyngton w 2025 roku, cyniczne i pozaprawne wsparcie ludobójczej polityki Izraela w Strefie Gazy, kontynuację wojny z Rosją na Ukrainie na koszt Unii Europejskiej – mamy niemal pełny obraz nowego imperium, którego twarzą stał się D. Trump. Tylko imperator globalny może bowiem pozwolić sobie na wymienione wyżej wyskoki polityczne, które nie są jednorazowymi kaprysami starszego pana u sterów mocarstwa jądrowego, lecz przemyślaną strategią tego imperium. Imperator globalny jest imperatorem samozwańczym i jedynie jako taki może dokonywać aneksji suwerennych państw i zmieniać ich granice.

Tylko samozwaniec  może publicznie zapowiadać odsunięcie od władzy niewiele starszego od siebie przywódcy duchowego i politycznego Iranu Alego Chameneiniego – jako niezdolnego do jej pełnienia. Tylko samozwańczy imperator mógł przyjąć medal Pokojowej Nagrody Nobla od liderki wenezuelskiej opozycji Marii Coriny Machado „w geście uznania za jego wsparcie dla Wenezueli”. Tylko ten amerykański samozwaniec mógł powołać światową Radę Pokoju pod nazwą Board of Peace dla rzekomej odbudowy Strefy Gazy – a w rzeczywistości do „rozwiązywania” konfliktów  globalnych.

Zapowiedź aneksji Grenlandii – drogą zakupu bądź zawładnięcia militarnego – i następująca po niej polityczna ofensywa na rzecz owej Rady Pokoju  zdynamizowały maksymalnie międzynarodową scenę polityczną i rozgrzały do białości różnych jej graczy. W towarzyszących im komentarzach powtarzają się słowa-klucze różnych znaczeń – od politologicznych, ekonomicznych, socjologicznych po psychologiczne, antropologiczno-etyczne czy wreszcie metafizyczno-eschatologiczne. Mamy więc: ekspansję imperialną, kryzys ekonomiczno-gospodarczy USA i UE, zapaść globalnego konsensusu, koniec NATO, unicestwianie prawa międzynarodowego i ONZ, odrzucenie etycznych podstaw globalnego współistnienia, władzę Antychrysta i opór Katechona.

W każdym z tych słów-kluczy centralnym punktem odniesienia jest kategoria prawdy – nie tylko historycznej i politycznej, ale również etycznej. Każde wskazuje również na fałsz jako główny element podstawowych fundamentów nowego imperium i dominantę antropologicznego wizerunku jego globalnego imperatora. Na poziomie poznawczym mamy więc do czynienia z łżeimperium i łżeimperatorem.

Na pytanie: jak ono powstało pada łatwa odpowiedź: jako reakcja polityczno-gospodarcza USA na koniec Pax Americana i krach ideologii transatlantyckiej oraz na ukształtowanie wielobiegunowego świata. Ciekawe nurty narracyjne wokół tego wątku przedstawiają niezależni od transatlantyckich ośrodków politolodzy – na polskim gruncie m.in. Stanisław Bieleń i Adam Wielomski – czy tacy prawnicy i ekonomiści jak Witold Modzelewski. Na gruncie etycznym, antropologicznym i  cywilizacyjno-kulturowym mamy do czynienia z ocenami nie tylko w kategoriach prawdy i fałszu, dobra i zła, fikcji i rzeczywistości, ale również w kategoriach porządku metafizyczno-eschatologicznego, jaki prezentuje np. Aleksander Dugin, który – utraciwszy nadzieję na przywództwo Trumpa w zachodniej kontrrewolucji kulturowej – rozpatruje jego ostatnie posunięcia na poziomie przeciwdziałania Katechona i Antrychrysta, sił boskich i szatańskich.

Na pytanie: kto wypromował to łżeimperium, odpowiedź jest trudniejsza. Najprostsza brzmi krótko: wszyscy, którzy zgodzili się zaistnienie Pax Americana, którzy je podtrzymywali i przyczynili się do wszelkich negatywnych działań USA jako jego hegemona. Wszyscy, którzy godzili się na wojny prewencyjne, zamachy stanu czy kolorowe rewolucje prowadzone przez niego w całym świecie. Wszyscy, którzy zapomnieli po upadku ZSRR, że hegemoniczna Ameryka końca XX wieku w przeszłości unicestwiła Indian, zakuła w kajdany niewolnika Murzynów, zrzuciła bombę atomową na Japończyków, uśmiercała napalmem Wietnamczyków. To łżeimperium zbudowali również ci, którzy milczeli, gdy mityczna w ich oczach Ameryka wraz z NATO bombardowała uranem Serbów, nie reagowali, gdy wspierała izraelskie ludobójstwo w Strefie Gazy, gdy blokowała pomoc humanitarną dla umierających śmiercią głodową Palestyńczyków.

Wszyscy widzowie i kibice amerykańskiego teatru wojny na Bliskim Wschodzie. Wielu z nich uwierzyło w okresie poprzedzającym wojnę na Ukrainie, że jest ona w interesie Ukraińców, bo nagle USA pokochały ten jeden naród. Ci – nade wszystko Europejczycy, a wśród nich w pierwszym szeregu Polacy – którzy w to uwierzyli, dali nawet zaprzęgnąć się w tę wojnę i oszukać, gdy na ostatnim jej etapie imperator Trump kazał im kontynuować już przegraną walkę na ich – naiwnych wasali – koszt. Jeszcze niedawno wielu z nich – z Polską na czele – błagało go o to, aby nie zmniejszał kontyngentów amerykańskich żołnierzy w Europie wobec „zagrożenia ze strony Rosji”. Prezydent RP Karol Nawrocki uczynił nawet kwestię wzmocnienia „pobytu” wojsk amerykańskich i natowskich w Polsce głównym punktem programu swojej prezydentury.

Teraz wszyscy ci promotorzy nowego imperium dostali od imperatora do rozwiązania zadanie – co wcześniej zostanie przez niego rozmontowane: NATO czy ONZ?

Wasale próbują walczyć, ale powala ich niemoc. W sprawie Grenlandii mogą jedynie składać deklaracje słowne. Wojskowa pomoc, jaką jej wysłali, jest nie tyle symboliczna, co tragikomiczna. Europejski mikrodesant, jaki wylądował na tym „kawałku lodu” – którego chce Trump – paraliżuje świadomość przeciętnego Europejczyka: Francja – 15 żołnierzy, Niemcy – 13, Szwecja – 3, Norwegia – 2, Finlandia – 2 Holandia – 1, Wielka Brytania – 1. Ten rachunek „pomocy” dla Grenlandii w porównaniu z wymuszoną na wasalach pomocą dla Ukrainy oraz próbami przedłużenia na ich koszt trwającej na jej obszarze wojny z Rosją jest najwymowniejszym świadectwem ich niemocy wobec zaoceanicznego patrona.

Europa i NATO nie są w stanie obronić Grenlandii nie tylko dlatego, że sama próba jej obrony oznaczałaby koniec Sojuszu Północnoatlantyckiego, ale również dlatego, że nie posiadają wyspecjalizowanych arktycznych jednostek bojowych i odpowiedniej dla tego kierunku działań logistyki.  To wszystko mają USA – m.in. 11. powietrzno-desantową arktyczną  dywizję szybkiego reagowania i nade wszystko bazę wojskową na samej Grenlandii. Obrońcy nie tylko honoru, ale także ekonomiki Europy mają jednak jakieś wyjście: opodatkować wreszcie amerykańskie koncerny cyfrowe i zmienić politykę energetyczną – zakupy drogiego amerykańskiego gazu zastąpić tańszym rosyjskim. Czy starczy im odwagi? Są ponadto obawy, że nie będzie w tym wypadku europejskiej solidarności, na co wskazuje m.in. nadal ślepa proamerykańska polityka polskiego zarówno rządu, jak i prezydenta. Karol Nawrocki już na mocno podzielonym forum w Davos legitymizował politykę nowego imperium poprzez wasalne spotkanie z jego imperatorem. Jedyna nadzieja w sejmie, że nie dopuści do tego, aby w imieniu Polski nie legitymizował a raczej nie żyrował jego kieszonkowego, prywatnego ONZ, jakim okazuje się ogłoszona Rada Pokoju.

Jakie ono jest, wszyscy zdołali się już przekonać – politycy, socjologowie, etycy, kulturoznawcy. Najnowszy sprawdzian jego globalnej polityki stanowi  Trumpowska Rada Pokoju. Jest ona nade wszystko kolejnym krokiem w unieważnianiu prawa międzynarodowego – wymierzonym konkretnie w ONZ – poprzedzonym wycofaniem USA z 66 umów międzynarodowych. Aspiruje do roli nowego ONZ – ale w prywatnym, amerykańskim kształcie. Dlaczego nagle ONZ stał się nieskuteczny, niewydajny, jakoby sparaliżowany etc. Dlatego, że przestał służyć interesom Pax Americana. Kiedy zaistniała konieczność powołania, prywatnego quasi-ONZ? W momencie, gdy USA zaczęły przegrywać głosowania na oenzetowskim forum, gdy kraje Globalnego Południa zaczęły głosować wraz z BRICS i wspierać uchwały popierające utworzenie państwa palestyńskiego, a jednocześnie potępiające izraelskie ludobójstwo w Strefie Gazy. Ten historyczno-polityczny kontekst pokazuje, iż  wizytówką nowego imperium jest Trumpowska Rada Pokoju.

Ona też pozwala przyjąć wiele różnych odpowiedzi na pytanie: czyje to imperium – skupia bowiem jak w soczewce wszystkie jego wymiary: polityczny, gospodarczo-ekonomiczny, etyczny, cywilizacyjno-kulturowy, metafizyczno-religijny. W wymiarze politycznym powołanie Trumpowskiej Rady ma charakter jednostronny – jest inicjatywą amerykańską,  a jednocześnie prywatną. To jest zasadnicza różnica – występująca już in statu nascendi – między tą Radą – próbującą zastąpić nade wszystko Radę Bezpieczeństwa – a powstałym po II wojnie światowej  ONZ. Dokumentem powołującym ONZ była podpisana w 1945 roku przez 51 państw Karta Narodów Zjednoczonych. Założycielami tej pojawiającej się po konferencji jałtańskiej następczyni Ligi Narodów było 5 państw zwycięskich w II wojnie światowej: Chiny, Francja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki – wszyscy na równych prawach.

W przeciwieństwie do Trumpowskiej Rady – nie było wśród nich nikogo w roli samozwańczego jednego ojca-założyciela, nikogo typu primus inter pares; nie było też żadnego z pokonanych w II wojnie światowej państw. W Trumpowskiej Radzie, mającej pierwotnie służyć zaprowadzeniu pokoju w Strefie Gazy i jej odbudowie po niszczycielskich działaniach izraelskiej  armii – znalazł się Izrael. W jakiej roli?  W tej Radzie nie będzie nawet sędzią we własnej sprawie, bo jej program nie przewiduje osądzenia państwa żydowskiego za dokonane ludobójstwo na Palestyńczykach. Ponadto zapowiedziane zarządzane odbudowanej samej Strefy Gazy przez USA odsuwa w niebyt powstanie państwa palestyńskiego. Co więcej, założyciel Rady nie mówi w jej programie o eksterminowanych systematycznie przez Izraelczyków Palestyńczykach. Świat się nie dowiedział więc, dla kogo będą przeznaczone apartamenty, przewidziane w programie odbudowy Strefy. Nie dowiedział się również, jaki będzie los pozostałych przy życiu palestyńskich chrześcijan i jaka przyszłość rugowanego z Ziemi Świętej chrześcijaństwa.

I to wystarczy, aby z tej wizytówki nowego imperium, jaką jest Trumpowska Rada, odczytać odpowiedź na pytanie: czyje to imperium – amerykańskie, ponadnarodowych oligarchicznych koncernów, globalistów działających pod szyldem Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, rządu światowego, ponadnarodowego deep state, czy wreszcie Antychrysta. Możemy wybrać jedną odpowiedź albo wszystkie jednocześnie, ponieważ program Rady Pokoju zawiera przesłanki dla każdej z nich. Jedno jest pewne: nie jest to imperium Katechona powstrzymującego ducha metafizycznego zła od panowania nad całym światem.

Prof. Anna Raźny

fot. wikipedia

Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)

Redakcja