„Rozmawiałem ostatnio z historykiem sztuki Vannim Scheiwilerem, który publikuje w Mediolanie. Ale pan Scheiwiler jest pesymistą; twierdzi, że pod wpływem nowego konformizmu miasto, będące przecież kulturalnym centrum Włoch, przeżywa spadek intelektualnej witalności. Każdy, kto wymyśli coś, co nie pasuje do kanonu, jest natychmiast piętnowany, poprzez nazwanie go faszystą. Słowo „faszysta” pojawia się tak często, że można się zastanawiać, czy nie straciło ono już znaczenia! Przypomniało mi to słowa Ignazio Silone z 1945 roku, wkrótce po powrocie do Włoch z wygnania w Zurychu: „Faszyzm jutra nigdy nie powie: »Jestem faszyzmem«. Powie: »Jestem antyfaszyzmem«”.
François Bondy 1952 r.
Słowa szwajcarskiego intelektualisty, który ponad 7 dekad temu cytował włoskiego „komunistę bez partii” narzucają się same po przeczytaniu wydanej przez Krytykę Polityczną książki Jasona Stanleya „Jak działa faszyzm? My kontra oni.” Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem, które co bardziej przenikliwi i niezależni intelektualiści Zachodu dostrzegali i przewidywali zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej, a które jednak dopiero teraz nabiera autentycznie niepokojących rozmiarów. Wskazuje to na głębsze, bardziej długofalowe i fundamentalne źródła totalitaryzmu, tym razem ubranego w szaty „antyfaszyzmu”.
Dodatkową osobliwością polskiego wydania jest wstęp autorstwa Sławomira Sierakowskiego, z którego możemy się dowiedzieć, że Polska pod rządami PiS była państwem niemal faszystowskim, tak samo jak są nim Węgry pod rządami Viktora Orbana i USA pod rządami Trumpa za pierwszej kadencji. (pierwsze wydanie książki Stanleya ukazało się w 2018 r.) Strach pomyśleć co dzieje się tam teraz. Te już na pierwszy rzut oka dziwaczne stwierdzenia współgrają jednak dobrze z treścią właściwego eseju J. Stanleya, w którym informuje nas, że faszyzm panuje także w Indiach i w Brazylii (gdzie podobnie jak w Polsce został już w międzyczasie „obalony” w wyniku wyborów). Pomimo tych dziwności trzeba przystąpić do czytania, gdyż – jak zapewnia „historyk i socjolog” Jan Tomasz Gross – „to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy poważnie traktują swoje obywatelskie obowiązki”.
Książka acz bardzo chaotyczna i niespójna pozwala jednak wskazać kilka najważniejszych obiektów lęku i nienawiści „antyfaszystów”, a także domyślić się jak definiują tytułowe „my”. Jest to o tyle trudne, że jak twierdził cytowany z aprobatą przez Sierakowskiego Primo Levi „każda epoka ma swój faszyzm”. W takim ujęciu zbliża to „antyfaszystów” do stwierdzenia przypisywanego jednemu z dygnitarzy III Rzeszy, który miał powiedzieć: „O tym kto jest Żydem ja decyduję”. Żeby jednak uniknąć oskarżenia o tak jawną arbitralność Stanley stara się wskazać kilka konkretnych elementów demaskujących potencjalnych faszystów.
Pierwszym jest „mityczna przeszłość”, którą „faszyści” przedstawiają w swojej propagandzie jako raj utracony. W narracji Stanleya jest ona przez „faszystów” zafałszowana i ma z jednej strony skłaniać do dumy z własnej przeszłości, a z drugiej do ukrycia i wyparcia jej ciemniejszych stron. Nostalgia za tym co minęło czy znana z historii tęsknota za wiekiem złotym okazują się więc nie czymś szlachetnym, ale groźnym. Szczególnie niebezpieczny jest według „antyfaszystów” jej komponent rodzinny, bo „każda faszystowska przeszłość mityczna obejmuje prymat radykalnego wariantu patriarchalnej rodziny (…) Rodzina patriarchalna to jedna z idei, którą politycy faszystowscy usiłują urzeczywistnić w społeczeństwie – na powrót, jak twierdzą. (…) Dlaczego jednak patriarchat pozostaje tak istotny dla polityki faszystowskiej? W społeczeństwie faszystowskim przywódca narodu odpowiada figurze ojca w tradycyjnej rodzinie patriarchalnej”.
W dalszej części Stanley cytuje w tym kontekście „historyczkę” Charu Guptę, która odkryła, że: „opresja wobec kobiet w nazistowskich Niemczech w istocie stanowi najbardziej radykalny przypadek antyfeminizmu w historii XX wieku.” W tym samym kontekście i w jednym szeregu pojawiają się u Stanleya zakazujące aborcji PiS, seksistowski Donald Trump oraz dokonujące ludobójstwa afrykańskie plemię Hutu. Natomiast w obszarze mitologizowania własnej przeszłości przejawem polskiego faszyzmu miałaby być wycofana w popłochu ustawa o penalizacji przypisywania Polakom odpowiedzialności za Holocaust. W innym fragmencie Stanley opisuje jak jego matka urodzona we wschodniej Polsce, po powrocie z Syberii nad Wisłę w 1945 r. „doświadczyła brutalnego powojennego antysemityzmu”. W tym kontekście czytelnikowi nasuwa się pytanie o naród żydowski i mity dotyczące jego przeszłości; zarówno tej starożytnej jak i tej znacznie bliższej, jako przykład, który powinien być zanalizowany za pomocą teorii mitów uzasadniających własną wyjątkowość, którą Stanley sam głosi, ale tego przykładu autor nie porusza.
Patriarchalna, dumna ze swojej przeszłości rodzina ma jeszcze inne cechy pozwalające zdemaskować jej faszystowskie inklinacje: mieszka na wsi, lub w małym mieście, ma dzieci (Według Stanleya „faszyści” mają na tym punkcie „obsesję”) i stara się być samowystarczalna. To niebezpieczne połączenie, gdyż zdaniem Stanleya: „Według ideologii faszystowskiej życie na wsi podlega etosowi samowystarczalności, która buduje siłę.” Co więcej, cytowany przez Stanleya inny badacz odkrył, że naziści osiągnęli w Niemczech „wyjątkowy sukces na terenach zdominowanych przez mniejsze gospodarstwa, o raczej jednorodnej strukturze społecznej, silnym poczuciu lokalnej solidarności i społecznej kontroli” a sam Stanley stawia kropkę nad i pisząc, że: „waloryzowanie samowystarczalności stanowi rdzeń ideologii faszystowskiej, nierozerwalnie związany z wrogością wobec niektórych mniejszości”. W tym antywiejskim wątku pojawia się też zadziwiające stwierdzenie, że „w faszyzmie wrogiem jest państwo; faszyzm chce zastąpić je narodem samowystarczalnych jednostek.” Jak się to ma do deklaracji Benito Mussoliniego: „Wszystko dla państwa, nic poza państwem, a przede wszystkim nic przeciw państwu” autor nie wyjaśnia, milczy także o masowym poparciu niemieckich kobiet dla Hitlera. Natomiast w innym miejscu stwierdza, że: „mówienie o obronie kobiet przez mężczyzn pozwala dyskredytować ideały liberalnej demokracji, a jednocześnie chroni przed przyłapaniem na robieniu tego.”

Kolejne niebezpieczne sygnały pozwalające „przyłapać” na skłonnościach faszystowskich to uznanie dla hierarchii, pracowitości, prawa i porządku.
Poza tym „faszyści” kierowani są mniej lub bardziej uświadomionym lękiem przed utratą dotychczasowej pozycji społecznej lub chęcią jej odzyskania. Szczególną niechęcią darzą uniwersytety i ekspertów, chętnie dają wiarę „teoriom spiskowym” i odczuwają „seksualny niepokój” wobec istnienia homoseksualistów, osób trans itp.
Znacznie skromniejsza jest część pracy Stanleya, która pozwalałaby sprecyzować co cenią tytułowi „my”, czyli współcześni „antyfaszyści”.
Matecznikiem czy wręcz jedną ze swego rodzaju baz dla „antyfaszyzmu” są uniwersytety. Jak łatwo się domyślić szczególnie narażone na ataki „faszystów” są „gender studies”, które „faszyści” oskarżają o marksizm kulturowy. Wyjątkowo aktywne na tym polu są Rosja i Węgry, które zlikwidowały uczelnie sponsorowane przez Georga Sorosa oraz Turcja. Próby odwojowania uniwersytetów przez konserwatystów i dopuszczenia do debaty różnych punktów widzenia niepokoją „antyfaszystów” gdyż: „Każdy kto nauczał filozofii wie, że często warto skonfrontować przekonujące linie obrony sprzecznych stanowisk (…) niemniej jednak w takich przypadkach ogólna zasada po namyśle wydaje się mało prawdopodobna.” W kolejnym akapicie pada ulubiony argument „antyfaszystów” o bezsensie debaty ze „zwolennikami płaskiej ziemi”. „Faszyści” mają też groźną przypadłość jaką jest sceptycyzm wobec autorytetu ekspertów i współczesnych instytucji, które się na nim opierają. Stanley cytuje tu skądinąd bardzo trafną ocenę jakiej dokonał Rush Limbaugh ujawniając „cztery strony kłamstwa: rząd, uczelnie, naukę i media. Te instytucje są skorumpowane i istnieją dzięki oszustwu.”
Limbaugh według Stanleya daje tą wypowiedzią przykład tego „jak faszystowscy politycy atakują ekspertyzy, (wyróżnienie J. Stanleya) wyśmiewając je i dewaluując.” Gdyby jednak zastosować teorię samego Stanleya o faszyzmie żerującym na lęku warstwy uprzywilejowanej wobec grup aspirujących do równego statusu, to po przejęciu w poprzednich dekadach wymienionych przez R. Limbaugh instytucji, to właśnie ich obrona przy pomocy cenzury, tak zwanego konsensusu naukowego i całego szeregu obelg udających terminy socjologiczne byłaby typowym przykładem faszyzmu i to bez cudzysłowu. Doświadczyliśmy tego w czasie „pandemii”, doświadczamy w przypadku klimatyzmu i definiowania przyczyn wojny na Ukrainie, kiedy to właśnie uczeni eksperci z uniwersyteckimi tytułami, rządy oraz media wmawiali i wmawiają ludziom, że król jest ubrany choć tzw. prości ludzie widzieli i coraz częściej mają odwagę to głośno mówić, że jest nagi. Wszystkie propagandowe manipulacje jakie Stanley przypisuje w swojej książce „faszystom” stosowane są dzisiaj przez „antyfaszystów”.
„Antyfaszysta” Stanley deklaruje się jako zwolennik liberalnej demokracji, natomiast wszystkie inne formy wrzuca do jednego worka jako „faszystowskie” lub zmierzające do faszyzmu. Dlaczego to robi? Czy nie kieruje nim lęk przed utratą monopolu na głoszenie jedynie słusznych poglądów z pozycji mieszkańca kosmopolitycznych metropolii, nie obarczonego rodziną i zależnego od sponsorujących „antyfaszyzm” oligarchów. A może to resentyment wobec posiadaczy szczęśliwych, wielodzietnych rodzin i właścicieli małych oraz średnich firm lub gospodarstw, którzy starają się zachować samowystarczalność wraz z idącą w parze niezależnością od państwa i globalistycznych molochów? To pytanie jakie J. Stanley powinien zadać sam sobie, nawet wtedy, a może właśnie dlatego, że jest profesorem filozofii na prestiżowym niegdyś Yale University.
Olaf Swolkień
Jason Stanley, „Jak działa faszyzm? My albo oni”. Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2024, ss. 256.
Myśl Polska, nr 3-4 (18-25.01.2026)



