PublicystykaŚwiatBieleń: Między wojną a pokojem

Redakcja4 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Rokowania w sprawie zakończenia każdej wojny biorą pod uwagę różne formy wstrzymania działań bojowych. Pierwszym i najbardziej oczywistym krokiem jest rozejm.

Jest katalizatorem przejścia od wojny do pokoju, warunkiem koniecznym, acz niewystarczającym. W każdej  realnej sytuacji konfliktu rozejm jest fenomenem prowizorycznym, a jego charakter zależy od rozmaitych uwarunkowań zarówno na polu walki, jak i w umysłach liderów walczących stron. Tradycja rozejmów i związanego z nimi chwilowego zawieszenia broni sięga czasów starożytnej Hellady. Pod nazwą „ekecheirii” pojawiła się w ramach kultu bogini Eirene ze świątyni Zeusa w Olimpii. Patronowała ona idei  „pokoju bożego”, ogłaszanego na czas trwania Igrzysk Olimpijskich, w celu zapewnienia bezpiecznych podróży, nietykalności uczestników i świętości miejsca. Po raz pierwszy miało to miejsce w 884 roku p.n.e., kiedy to król Elidy – Ifitos, król Sparty – Likurg oraz władca Pisy – Klejstenes zawarli układ gwarantujący pokój na czas igrzysk.

Do tej tradycji nawiązuje nowożytny olimpizm. Zgodnie z Kartą Olimpijską wzywa do rozejmu społecznego, zwanego „pokojem olimpijskim” na czas zarówno letnich, jak i zimowych igrzysk olimpijskich. Mimo poparcia Narodów Zjednoczonych dla tej idei nie stał się on powszechną praktyką. Wojna rosyjsko-gruzińska w 2008 roku, aneksja Krymu przez Rosję w 2014 roku, podobnie jak inwazja Rosji na Ukrainę w 2022 roku, to przykłady nieliczenia się z trwającymi  wtedy olimpiadami i igrzyskami paraolimpijskimi.

W stanie feudalnego anarchizmu średniowiecza próbowano upowszechnić instytucję rozejmu pod auspicjami władzy duchownej. Ogłaszany przez papieży i biskupów Kościoła katolickiego „Pax et treuga Dei” (pokój i rozejm Boży) od XI wieku stał się regulatorem „rozbojów rycerskich” (synod w Tuluzie w 1027 roku). Stopniowo ograniczano liczbę dni w tygodniu, kiedy można było prowadzić działania zbrojne. Radykalizm biskupów w rozszerzaniu zakazów doprowadził tę instytucję do absurdu. Gdy liczba dni w roku objętych zakazami przekroczyła 300, silniejsze okazały się instynkty wojenne od pokornej powściągliwości pobożnych rycerzy. Nie bez powodu Tomasz z Akwinu (XIII w.) dowodził, że państwo ma prawo prowadzić wojnę dla obrony swojej wspólnoty nawet w dni święte.

Ciekawą lekcją historyczną, płynącą ze średniowiecznych rozejmów wojskowych były zaczątki ochrony ludności cywilnej podczas działań zbrojnych. Poszczególne kategorie ludzi (duchowni, mnisi, kobiety, dzieci, starcy, kupcy, pielgrzymi), a także związana z nimi własność (kościoły, klasztory, domostwa, cmentarze, dobra kupieckie, urządzenia publiczne) podlegały zobowiązaniom związanym z nietykalnością. Z tamtych czasów wywodzi się też instytucja rozjemstwa (arbitrażu), sprawowanego przez papieży i ich wysłanników.

Czasowe zawieszanie konfliktu sprzyjało tworzeniu specjalnej „przestrzeni społecznej”, w której żołnierze  walczących stron przestawali się atakować. Pamiętny charakter miało świąteczne zawieszenie broni („Christmas Truce”) z 1914 roku na zachodnim froncie I wojny światowej. Żołnierze francuscy, brytyjscy i niemieccy na linii frontu spontanicznie (bez zgody dowódców!) zaprzestali walk, aby na „ziemi niczyjej” spotkać się i porozmawiać, wymienić drobnymi podarunkami, zagrać w piłkę czy zaśpiewać wspólnie kolędy. Było to tak mocne doświadczenie, że niemieckie dowództwo wydało 29 grudnia 1914 roku zakaz „fraternizacji” z wrogiem. Te symboliczne „momenty pokoju” dowodziły istnienia – mimo okrucieństw wojennych – rudymentarnego respektu dla człowieczeństwa.

Zawieszenie broni i rozejm…

są znanymi instytucjami prawa wojennego (ius in bello). Na co dzień traktowane są synonimicznie, ale faktycznie są między nimi subtelne różnice. Zawieszenie broni odnosi się do porozumienia, dotyczącego czasowego wstrzymania ognia na całym lub części obszaru działań wojennych. Walczące strony mogą wtedy podjąć uzgodnione działania, niemożliwe do wykonania podczas ataków, na przykład zebranie ciał poległych żołnierzy, ewakuacja rannych, wymiana zakładników czy zwolnienia jeńców.

Rozejm ma również formę porozumienia, ale odnosi się raczej do bezterminowego zaprzestania walk na całym obszarze działań wojennych. Daje szansę wypracowania rozwiązania pokojowego, z udziałem samych zainteresowanych, albo przy udziale stron trzecich (państw, organizacji międzynarodowych, specjalnych wysłanników itd.). Nie gwarantuje jednak trwałego przerwania stosowania przemocy, gdyż  pozostawia zawsze ryzyko powrotu do działań wojennych.

Trwałość zawieszenia broni i rozejmu jest często wynikiem zbiegu okoliczności, a co najważniejsze, siły autorytetów egzekucyjnych. Tak stało się z koreańskim rozejmem z 1953 roku, który przybrał charakter permanentny, trwający już ponad 70 lat. Jego cechą charakterystyczną jest strefa zdemilitaryzowana między dwoma wrogimi państwami koreańskimi, które dla rywalizujących ze sobą potęg – ZSRR/Rosji, Chin, USA i Japonii – pełnią funkcje buforowe. Póki istniejące status quo i międzynarodowy nadzór rozejmu odpowiadają interesom „znoszących się” potęg, póty rozejm jest utrzymywany.

Przy braku zdecydowanego rozstrzygnięcia konfliktu na polu walki zarówno zawieszenie broni, jak i rozejm mogą być uznane za porażkę albo stworzenie niepotrzebnej pauzy na uzupełnienie zasobów lub przegrupowanie sił przeciwnika. Używając terminologii Johana Galtunga, twórcy profesjonalnych badań pokoju, rozejm prowadzi co najwyżej do tzw. negatywnego pokoju, polegającego na zaprzestaniu bezpośrednich działań wojennych. Dopiero zmiana więzi między stronami z wrogich na co najmniej neutralne  wprowadza przesłanki „pokoju pozytywnego” – zmiany  wzajemnych nastawień, otwartości na propozycje pokojowego uregulowania konfliktu oraz rozstrzygnięć możliwych do przyjęcia przez każdą z nich.

Rozejm ze swej natury koncentruje się na celach tymczasowych, na przykład dostarczeniu pomocy humanitarnej lub ułatwieniu komunikacji. Może też  zawierać postanowienia, zakazujące łamania praw człowieka i prawa humanitarnego, uprawiania wrogiej propagandy, szpiegostwa czy rekrutacji dzieci-żołnierzy. Przykłady sudańskiego rozejmu z 2005 roku, czy izraelsko-palestyńskiego w Gazie z 2025 roku potwierdzają te obserwacje.

Postanowienia rozejmu mogą być częścią negocjowanych porozumień pokojowych, stanowić ich część czy dodatek (wstęp, aneks). Wyzwalają pożądany klimat psychologiczny, sprzyjający ugodzie czy kompromisowi. Łagodzą wrogość stron, ograniczają nieufność oraz tworzą przestrzeń polityczną dla merytorycznych negocjacji pokojowych.

Najważniejszym wskaźnikiem sukcesu jest staranne wdrożenie rozejmu. Zależy ono od spełnienia kilku warunków, a to: ustalenia odpowiedniego momentu przerwania ognia, rodzaju i poziomu zaprzestania przemocy oraz zasięgu geograficznego i czasu trwania. Do tego dochodzi możliwość zastosowania mechanizmów monitorowania i weryfikacji. Paradoksem implementacji jest niezwykła podejrzliwość każdej ze stron, że rozejm może stanowić strategiczną pułapkę przechytrzenia drugiej z nich, aby rozpocząć kolejną ofensywę.

Kruchość rozejmów 

Fundamentalną kwestią dla utrzymania rozejmu aż do zawarcia porozumienia pokojowego jest utrzymanie wiarygodności zobowiązań (zdolności do ich honorowania). Chodzi o pewność, że żadna ze stron nie złamie umowy w momencie, kiedy będzie to dla niej korzystne. W średniowieczu honor był walutą cenniejszą od pieniędzy, dlatego przysięgi na świętych relikwiach wystarczały dla dotrzymywania zobowiązań powstrzymywania się w określonych dniach tygodnia i w święta religijne od udziału w działaniach wojennych. Obserwacja rozmaitych rozejmów w historii prowadzi do wniosku, że celowe naruszenia warunków przerwania ognia są raczej regułą, a nie wyjątkiem.

Często rozejmy wchodzą w życie z opóźnieniem, zakładają jedynie pewną redukcję przemocy, a nie jej całkowite zaprzestanie. Na przykład rozejm w 2018 roku w jemeńskim porcie Al-Hudajda uznano za skuteczne ograniczenie walk, a nie ich zakończenie. Każdy rozejm jest probierzem odbudowy zaufania między skonfliktowanymi stronami. Negatywną stroną takich częściowych rozwiązań jest groźba eskalacji przemocy na obszarach nie objętych porozumieniem rozejmowym. Porozumienia mińskie z lat 2014 i 2015 w sprawie zawieszenia działań wojennych na Ukrainie pozwoliły na zmniejszenie poziomu przemocy bojowej, ale nie doprowadziły do wycofania wojsk ani demobilizacji kombatantów.

Niechęć w podejmowaniu decyzji o rozejmie wynika w dużej mierze z uwarunkowań psychologicznych. Strony nie mają rozeznania w rzeczywistych możliwościach militarnych i zdolnościach przeciwnika do wytrzymania dalszych strat. Dlatego największą zaletą rozejmu jest ujawnienie tych informacji. Poprzez obserwację pozycji przeciwnika, jego mobilności i reorganizacji sił, budowy nowych umocnień, odbudowy zapasów uzbrojenia i in. każda z walczących stron tworzy własną perspektywę pokoju.

Najwięcej oczekiwań w sprawie skuteczności procesu pokojowego dotyczy obecnie konfliktu na Ukrainie. Duże szanse na zatrzymanie machiny wojennej i zawieszenie broni istniały w pierwszych miesiącach po inwazji rosyjskiej wiosną 2022 roku. Pod wpływem presji zewnętrznej, zwłaszcza  ze strony brytyjskiej i amerykańskiej, władze Ukrainy nie zdecydowały się na taki krok. W warstwie propagandowej wzywanie do rozejmu i zawarcia pokoju uznano niemal za aberrację i zdradę ideałów, w imię których zmobilizowano szerokie kręgi społeczeństwa do walki z wrogiem (niezależnie od kilkumilionowego wychodźstwa). Rozejm stał się niemożliwy, gdyż  nie było minimum zaufania między stronami i przekonania, że będą one w stanie powściągnąć swoje siły, zwłaszcza po stronie ukraińskiej. Po okresie szoku nastąpiło wzmożenie emocjonalne, które nie dopuszczało kapitulacji, ustąpienia czy dania za wygraną.

Fałszywa świadomość celów

Próby zakończenia konfliktu ukraińskiego na warunkach możliwych do przyjęcia, bez większych ofiar i zniszczeń, nie miały szans powodzenia także z powodu błędów percepcyjnych i fałszywej świadomości celów. Przy udziale Anglosasów wykreowano bowiem w elitach ukraińskich przekonanie, że bohaterska wojna z Rosją jest szansą na zbudowanie silnego militarnie, zideologizowanego państwa, które przy wsparciu Zachodu rozprawi się raz na zawsze z imperializmem rosyjskim. Ile w tym było naiwności, a ile złych zamiarów, intryg i szczucia, wiedzieli tylko nieliczni obserwatorzy. Jedno jest pewne, że opinia publiczna stanęła po stronie narracji oficjalnej, a rządzący na Ukrainie uwierzyli w swoje szczególne posłannictwo skutecznego przeprowadzenia państwa na stronę zachodnią.

Silna determinacja w obronie swoich racji, eksplozja nacjonalizmu i nienawiści do Rosji i Putina powodują, że do dziś najtrudniejszym warunkiem zawieszenia broni jest rozpoznanie i zbliżenie motywacji skonfliktowanych stron. Deklarowane przez każdą z nich cele oraz faktyczne działania są  rozbieżne i ze względu na nasycenie dezinformacją trudne do zidentyfikowania. Żadna ze stron nie jest gotowa do samoograniczenia, a czynniki zewnętrzne w postaci mocarstw zachodnich, USA, NATO i Unii Europejskiej, są niespójne w swoich koncepcjach procesu pokojowego.

Ponieważ wojna na Ukrainie stała się źródłem rozmaitych korzyści i zysków dla graczy wspierających, nie doszło dotąd do jednoznacznego przewartościowania jej kosztów, uzasadniających przerwanie działań. Ukrainę mami się kolejnymi transzami wielostronnej pomocy oraz obietnicami intratnej odbudowy, natomiast Rosja  swoją nieustępliwością chce dowieść nie tylko swoich racji, ale i potwierdzić status wielkomocarstwowy. Ambicje idą w parze z interesami producentów nowych rodzajów broni i wdrażania technologii zbrojeniowych, hartowania sił na polu walki, przestawiania gospodarki na cele wojenne.

Potwierdza się stara prawda, że wojna, która decyduje o losach imperiów, toczy się w sferze kalkulacji i przetasowań zasobów, zapewnienia dostępu do surowców, restrukturyzacji i kontroli rynków. Stawką jest nie tylko zagrabienie  rosyjskich aktywów państwowych, ulokowanych w państwach zachodnich. Chodzi przede wszystkim o wplątanie Ukrainy  poprzez system rozmaitych pożyczek reparacyjnych w taką pętlę zadłużenia, aby na długie dekady była tanim zasobem eksploatacyjnym. Jest to forma „nowej kolonizacji”, która pod przykrywką solidarności z ofiarą agresji zniewala w sposób cyniczny i bezwzględny naród nieświadomy swoich losów.

Wojna na Ukrainie ma charakter tożsamościowy, tzn. toczy się na płaszczyźnie pryncypiów identyfikacyjnych w opozycji, wrogości i nienawiści wobec Rosji i Rosjan. W atmosferze poświęceń, cierpień i strachu wykuwa się integralna ideologia nacjonalistyczna, oparta na prymitywnych atawizmach, skompromitowanym heroizmie banderowskim, zacietrzewieniu i nieustępliwości. W takiej sytuacji przejście do rozejmu, a następnie do porozumienia pokojowego, wymagające wyrzeczeń, może być postrzegane jako zdrada. Takie sytuacje są znane z przeszłości, na przykład podczas wojny na Bałkanach w latach 1992-1995, gdy retoryka nacjonalistyczna po każdej ze stron uniemożliwiała osiągnięcie kompromisu.

Podwójna gra Zachodu

W procesie żmudnego konstruowania pokoju na Ukrainie uderza z jednej strony niejednoznaczna rola mediacyjna prezydenta USA oraz role hamulcowe „koalicji chętnych” pod egidą Paryża, Berlina i Londynu. Z drugiej strony brak jest symetrycznego udziału Rosji w poszukiwaniu porozumienia, co źle wróży przyszłemu pokojowi. Jeśli twórcy „pakietu rozejmowego” wierzą, że narzucą Rosji swoje warunki jako agresorowi, ale przecież nie państwu pokonanemu, to są w błędzie. Ponadto, mimo demonstracji solidarności i sympatii z Wołodymyrem Zełenskim, przebija przedmiotowe traktowanie jego państwa, które pozostaje na łasce donatorów zachodnich. Wiadomo, że „łaska pańska na pstrym koniu jeździ”. To, co dziś jest przychylnością, jutro z powodu jakiegoś kaprysu może się zmienić. Gdy skończą się donacje, Ukraina pogrąży się w anomii i anarchii, co będzie równie groźne dla pokoju.

Propaganda gorliwych stronników Ukrainy robi wszystko, aby Rosji odmawiać woli poszukiwania pokojowego rozwiązania konfliktu. Z góry bowiem wiadomo – tak twierdzi  oficjalny komentariat – że Rosja ma dalsze zamiary wojenne, nie tylko zajęcie Ukrainy, ale także uderzenie w przewidywalnej perspektywie w państwa zachodnie, wśród których na pierwszy ogień pójdzie Polska i republiki bałtyckie. Cyniczne dezawuowanie intencji jednej ze stron konfliktu tworzy atmosferę nieufności, ale także podważa sens przyszłych rozstrzygnięć negocjacyjnych.

W realistycznej tradycji myślenia o stosunkach międzynarodowych silne było przekonanie, że wojny dobiegają końca wówczas, gdy ich uczestnicy zgadzają się na ustanowienie pewnego balansu (balance of power). W odniesieniu do stosunku sił między Ukrainą a Rosją, mimo przewag tej ostatniej, może ona czuć się zagrożona nie tylko przez utrzymanie 800-tysięcznej, dobrze wyszkolonej i uzbrojonej armii ukraińskiej, ale także w wyniku rozmieszczenia nad Dnieprem obcych kontyngentów wojskowych o nieokreślonym statusie. Nie bez znaczenia dla poczucia pewności rosyjskiej będą także nastroje społeczne na Ukrainie, rodzące tendencje rewanżystowskie, rewindykacyjne i rewizjonistyczne, które mogą już wkrótce po zawarciu pokoju prowokować wysokie napięcia i niekontrolowane ataki.

To musi się skończyć

Niezależnie od wszystkich przeszkód i trudności, poszukiwanie rozejmu i drogi do pokoju na Ukrainie kolejny raz pokazuje, że wojna niszcząca każdą ze stron nie może trwać wiecznie. Składa się na to wiele czynników obiektywnych i subiektywnych. Kończy się także „limit wytrzymałości” stron wspierających. Stany Zjednoczone  odwołują się do sprawdzonych instytucji prawa wojennego, gdyż  osiągnęły zamierzone cele i dalsze popieranie tej bezsensownej wojny grozi niepotrzebnym chaosem w ich układaniu się z Chinami i Rosją. Dlatego najbardziej prawdopodobne jest wymuszenie przez nie na obu stronach ustępstw, które zakończą gorącą fazę konfliktu.

Po ataku na przywódcę Wenezueli widać coraz wyraźniej, że USA lekceważąc uznane reguły gry, są gotowe sięgać do precedensowego rozwiązywania problemów przy użyciu metod niekonwencjonalnych (niektórzy nazywają je gangsterskimi). Związana z tym instrumentalizacja prawa międzynarodowego nie wróży więc nic dobrego dla przyszłego rozejmu. Może on być równie dobrze środkiem prowadzącym do pokoju, jak i maską dla oficjalnie zadekretowanej i bezwzględnej polityki siły (power politics in disguise), niepohamowanej ekspansji i eskalacji.

W rezultacie można spodziewać się przejścia działań bojowych w stan zawieszenia między wojną a pokojem. Na tle nierozwiązanej kwestii terytorialnej nastanie znany z historii klimat paraliżu i chłodu, który przeciągnie się na całe dekady. Przypadek koreański może w jakiejś  formie powtórzyć się na Ukrainie. Sceptycyzm co do szans przywrócenia pokojowej stabilności w Europie Wschodniej  jest uzasadniony wejściem systemu międzynarodowego w okres permanentnych napięć, których największym rezonatorem stanie się na długie lata Ukraina.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 3-4 (18-25.01.2026)

Redakcja