PublicystykaNowak-Klucznik: Polska rusofobia. Próba interpretacji zjawiska

Redakcja1 dzień temu
Wspomoz Fundacje

Rusofobia oznacza opartą na uprzedzeniach i stereotypach  niechęć lub wręcz wrogość wobec Rosjan, ich kultury i ich państwa. Końcówka „-fobia” wskazuje także, iż jest to uczucie ze sfery zakłóceń  społecznych, jako że stany emocjonalne, które jak każda fobia wytwarza, nie są oparte na refleksji, ale na bezkrytycznym, kulturowo ukształtowanym postrzeganiu i ocenianiu tego, co rosyjskie z – albo pogardliwą wyższością, albo po prostu obawą. 

W artykule polska rusofobia zostanie zanalizowana w trzech aspektach. Po pierwsze, zdaniem autora, rusofobia jest produktem importowanym, wyprodukowanym przez kulturę zachodnią. Z chwilą przyjęcia chrześcijaństwa, a dokładniej jego zachodniej wersji, czyli katolicyzmu Polska zaczęła się postrzegać jako członek tejże grupy kulturowej i przyjęła z całym dobrodziejstwem inwentarza również rusofobię, jej elementy konstytutywne. Celem artykułu jest przyjrzenie trzem wymiarom polskiej rusofobii. A są nimi: 1) rusofobia jako efekt polskiej przynależności do sfery kulturowej Zachodu; 2) rusofobia jako efekt polskiego kompleksu wyższości; i 3) rusofobia jako efekt polskiego kompleksu niższości. Pozorna sprzeczność drugiego i trzeciego wymiaru wynika z faktu, iż relacje polsko-rosyjskie kształtowały się rozmaicie i był dość długi okres mniej więcej do polowy XVII wieku, a więc końca tzw. wieku srebrnego Rzeczypospolitej, w którym Polska była w tych relacjach wyraźnie górą, co generowało – i taka jest jedna z tez artykułu – wyższościowy, wzgardliwy stosunek Polski do zacofanej Rosji w rozumieniu każdej formy tego państwa. W artykule używam terminu triumfująca lub triumfalistyczna rusofobia. Później, powiedzmy od czasów saskich i w Rosji od Piotra Wielkiego, ponieważ Polska w relacjach z Rosją okazywała się stroną słabszą – pojawił się kompleks niższości wynikający z doznanych cierpień lub upokorzeń, który wytworzył, jak ją określam – rusofobię martyrologiczną. 

W pierwszej kolejności zajmę się polską rusofobią w wymiarze przynależności Polski do kultury zachodniej. W tym wymiarze rusofobia zostanie pokazana jako permanentny rys tej kultury stojącej we wrogiej opozycji do kultury bizantyjskiej i postrzeganej jako dziedzic tejże kultury Rosji. 

W drugiej kolejności zanalizuję już polską rusofobię jako ilustrację polskiego kompleksu wyższości. Trzeci wymiarem będzie rusofobicznie postrzeganie się Polski jako ofiary przemocy rosyjskiej. Ten trzeci wymiar obecnie dominuje, a ponieważ jego umocowaniem jest nieracjonalne poczucie niższości, brniemy w stereotypy i inwentaryzujemy krzywdy, które go uzasadniają.

Na wstępie chciałbym też wyjaśnić dlaczego zainteresowałem się tematem. Otóż nie jesteśmy rusofobiami, ponieważ leży to w naszym interesie czy to społecznym, czy państwowym, bo z tego mamy wymierne korzyści. Nie, jesteśmy nimi, ponieważ nasza historycznie i kulturowo ukształtowana postawa generuje antyrosyjski sentyment. I zdaniem autora posiada to następstwa szkodliwe zarówno dla polskiej racji stanu, jak i polskich interesów. Celem autora nie jest uprawianie prorosyjskiej propagandy, ale głos w dyskusji, która może doprowadzić   do wymazania, a przynajmniej ograniczenia idei „fobii” z wzajemnych polsko-rosyjskich stosunków. Mniejsza iż na chwilę obecną wygląda to, jak zawracanie rzeki kijem, ale problem „odrusofobienia” relacji polsko–rosyjskich leży w naszym żywotnym interesie i dlatego podjąłem próbę racjonalnej, mam nadzieję, interpretacji tego zjawiska.

Kształtowanie się zachodniej rusofobii

Guy Mettan w swojej książce Creating Russophobia (ta książka bardzo mocno wpłynęła na moje refleksje) pisze, iż zachodnia rusofobia ma charakter wyuczonego refleksu psa Pawłowa, który ślini się nad dźwięk dzwonka, ponieważ nauczono go kojarzyć tenże dźwięk z posiłkiem. Nieważne jest przy tym czy ten posiłek rzeczywiście będzie pieskowi podany, ważne jest że pieska wyuczono reagować w taki właśnie sposób na ten bodziec. Nawiasem mówiąc, teraz to się nazywa brainwashing. Moim celem w tej części artykułu jest historyczna analiza procesu, który pozbawił Zachód zdolności racjonalnego postrzegania swych relacji z Rosją, bowiem cechą wyuczonego refleksu Pawłowa jest bezkrytyczna reakcja na stymulację. Stereotypy i schematy przejmują miejsce intelektualnego rozważania, rusofobia staje w jednym szeregu z rasizmem.

Zachodnia rusofobia ma długą historię i paradoksalnie jej korzenie datują się przed powstaniem protoplasty Rosji, czyli Rusi Kijowskiej. Rusi jeszcze nie było, a już była rusofobia. To teza trochę na wyrost postawiona. Korzenie problemu zaś tkwią w cesarstwie rzymskim, które przez ponad 1000 lat kształtowało rzeczywistość geopolityczną Europy. W 286 roku cesarz Dioklecjan dla potrzeb skuteczniejszego zarządzania olbrzymim terytorium swego państwa dzieli je na część zachodnią i wschodnią. Powstała tzw. tetrarchia, której część zachodnia, zwana też łacińską, zachowała Rzym jako stolicę, zaś część wschodnia, zwana też grecką, decyzją cesarza Konstantyna wybudowała sobie własną, która na cześć swego twórcy został nazwana Konstantynopolem. Między obydwoma ośrodkami rychło pojawiła się rywalizacja o przodownictwo w świecie chrześcijańskim, która ze zmiennym szczęściem trwała ponad 1000 lat. Początkowo Konstantynopol, zwany później Bizancjum, był górą, ale koniec końców Rzym wyszedł ze starcia zwycięski. Zmagania Rzymu i Konstantynopola w konsekwencji wygenerowały konkurencyjne formy polityczne, konkretnie: Zachód i Rosję. Zachód i Rosja są używane tutaj jako pojęcia sygnalizujące idee polityczne, nie zaś konkretne struktury państwowe. Współzawodnictwo miało dwa etapy. Po pierwsze doktrynalny, można powiedzieć religijno-polityczny, w którym chodziło o treść kształtującego się chrześcijaństwa. I po drugie militarny, w którym, finalnie Turcy osmańscy przy milczącej aprobacie Zachodu zniszczyli cesarstwo bizantyjskie. 

Konflikt Rzym – Konstantynopol

Można zaryzykować tezę, że gdyby chrześcijaństwo nie upolityczniło się, nigdy nie osiągnęłoby pozycji najliczniejszej religii świata. Swoją zaś karierę zawdzięcza cesarzowi rzymskiemu Konstantynowi I, który poszukując metod zintegrowania olbrzymiego, chociaż rozpadającego się imperium, wpadł na pomysł użycia tej religii jako lepiszcza swego wieloetnicznego i wielokulturowego cesarstwa. Z punktu widzenia potrzeb państwa dominującego w całym basenie Morza Śródziemnego i nie tylko idea okazała się dobrym panaceum. Niemniej posiadała ona swoje ziarna rozkładu. Różnice w postrzeganiu elementów konstytutywnych chrześcijaństwa, takich jak dogmat Trójcy Świętej, natury Jezusa,  zdefiniowanie w credo nicejskiem istoty Ducha Świętego, czyli tzw. spór o Filioque, wreszcie sposobu kierowania Kościołem (autokefaliczny i ekumeniczny na Wschodzie, autorytarny na Zachodzie) doprowadziły część zachodnią po wielu problemach, w tym zwalczeniu między innymi tzw. herezji ariańskiej, do wygenerowała katolicyzmu, natomiast część bizantyjską do przyjęcia bardziej konserwatywnego typu chrześcijaństwa, tzw. prawosławia. Oczywiście spór o treść religii chrześcijańskiej miał także swój polityczny wymiar. Dopóki zachodnia część cesarstwa rzymskiego była rozsypce, będąc ofiarą konfliktów wewnętrznych oraz wzajemnie zwalczających się plemion germańskich, urzędujący w  Konstantynopolu cesarz uważał się i był uważany przez tych, którzy chcieli tak uważać, za przywódcę całego cesarstwa. Niemniej na Zachodzie polityczny chaos zakończył się wraz z Karolem Wielkim, którego koronacja w 800 roku przez papieża Leona III na cesarza części zachodniej byłego cesarstwa rzymskiego wyemancypowała Zachód na pozycję silnego konkurenta Bizancjum. Cesarstwo wschodnie zaś weszło w okres silnych turbulencji tak zewnętrznych, jak konflikt z Arabami uniesionymi entuzjazmem nowej religii islamu, jak i wewnętrznych, przede wszystkim konfliktu ikonoklazmu, czyli sporów na ile graficzna prezentacja Boga jest, czy też nie jest idolatrią. Ikonoklazm był fenomenem typowo bizantyjskim. Wojna cywilna na tym tle dla pragmatycznego Zachodu byłą raczej niezrozumiała, niemniej taka właśnie była orientacja Wschodu – idealistyczna. Nie zmienia to, rzecz oczywista, faktu, iż państwo bizantyjskie ucierpiało na tym konflikcie znacznie.

Bizantyjska ewangelizacja Rusi Kijowskiej i krajów słowiańskich

To wyraźne wyodrębnienie się dwóch chrześcijańskich obozów religijnych stworzyło nowe pole współzawodnictwa, którym była chrystianizacja pogańskich krajów słowiańskich. Tak Rzym, jak i Konstantynopol prowadziły akcję ewangelizacyjną, której efekty były nie tylko  religijne, ale i polityczne. Dzięki dwóm wybitnym językoznawcom i misjonarzom, braciom Cyrylowi i Metodemu, którzy w drugiej połowie IX wieku prowadzili ewangelizację Słowian wschodnich i południowych, Konstantynopol znacznie poszerzył zakres swojego religijnego oddziaływania. Trzeba podkreślić, że ich działalność miała charakter nie tylko misjonarski, ale i lingwistyczny. Otóż opracowali oni alfabet, tzw. głagolicę, która stała się podstawą pisanej formy wielu języków słowiańskich. W przeciwieństwie do ludów chrystianizowanych w obrządku rzymsko-katolickim, gdzie językiem przekazu Biblii była łacina, której wpływ negatywnie zaciążył na rozwoju rodzimych języków, w tym polskiego. Trzeba było czekać XVI wieku, by protestant Mikołaj Rej z Nagłowic zaczął tworzyć w języku polskim. Tak więc ludność chrystianizowana w obrządku prawosławnym miała dostęp do Słowa Bożego we własnym języku i co więcej alfabetyzacja w rodzimej mowie pozwalała na wczesny rozwój własnego piśmiennictwa. Do chrztu Rusi Kijowskiej z Konstantynopola doprowadził w 988 roku książę Włodzimierz Wielki. Pół wieku później narastanie  sprzeczności między oboma kościołami doprowadziło w 1054 roku do tzw. Wielkiej Schizmy, w której patriarcha Konstantynopola i papież wzajemnie obrzucili się anatemą, definitywnie na ponad 1000 lat rozdzielając chrześcijaństwo i kładąc fundamenty rusofobii. Ruś Kijowska bowiem przyjęła tą formę chrześcijaństwa, która została ekskomunikowana przez papieża. Odnotujmy, iż Ruś Kijowska miała dwóch wybitnych władców: Włodzimierza Wielkiego (958-1015) oraz Jarosława Mądrego (978-1054). Międzynarodowe znaczenie Rusi Kijowskiej uwidoczniło się w skutecznej polityce dynastycznej Jarosława. Jego córki zostały królowymi. Anna, zwana Kijowską, królową Francji, Elżbieta – wyszła za króla Norwegii, zaś Anastazja za króla Węgier. Ponadto polski król Kazimierz Odnowiciel ożenił się z siostrą Jarosława Marią Dobroniegą. Przytaczam te fakty, ponieważ dowodzą, iż do czasów Wielkiej Schizmy żadna rusofobia nie miała miejsca. Ruś była traktowana jako jedno z wielu państw chrześcijańskich i ostracyzmu wobec niej Zachód nie praktykował. Jeżeli chodzi o Annę Kijowską, to jej historia znajduje współczesne przedłużenie. Otóż Ukraina, która traktuje się jako spadkobierczyni Rusi Kijowskiej, postanowiła użyć w 2024 roku imienia Anny jako nazwy sformowanej i szkolonej we Francji brygady w aktualnej wojnie z Federacją Rosyjską. Stan osobowy brygady wynosił 2000 żołnierzy. Jednakże mimo dużego rozmachu propagandowego (w jej tworzeniu uczestniczyły najwyższe władze polityczne),  coś musiało brzmieć fałszywie, ponieważ po niecałym roku istnienia została ona z powodu masowych dezercji rozwiązana. 

Wracając do głównego nurtu, doszliśmy do punktu, w którym spór doktrynalny między Wschodem i Zachodem osiągnął swą końcową postać, obie strony przestały z sobą rozmawiać. Niemniej rusofobii jeszcze niema. Interesujące, że pojawiła się ona z chwilą (taka jest teza niniejszego artykułu) zniszczenia cesarstwa bizantyjskiego, dokładniej z chwilą gdy Księstwo Moskiewskie, spadkobierca zniszczonej przez Mongołów Rusi Kijowskiej, ogłosiło się dziedzicem Bizancjum, to jest w XV wieku. Zanim do tego doszło, warto jednak rzucić okiem jak Zachód doprowadził do zniszczenia wschodniej części byłego imperium rzymskiego. Jest to istotne, ponieważ schizmatyczna separacja to jeszcze nie zniszczenie. Ono dokonało się militarnie.  

Krucjatowa ewangelizacja

Etap pierwszy stanowiły tzw. wyprawy krzyżowe Zachodu, których deklarowanym geopolitycznym celem było odzyskanie dla chrześcijaństwa Palestyny. Etap drugi sprowadził zaś się do zaniechania udzielenia pomocy atakowanemu przez Turków Konstantynopolowi. W etapie pierwszym, wbrew deklaracjom, krzyżowcy byli bardziej zainteresowani utworzeniem na podbitych terenach własnych państewek, niż tworzeniem w Ziemi Świętej sanktuarium pielgrzymstwa. Krucjaty dobrze potwierdzają znane porzekadło, iż dobre intencje stanowią przedsionek piekła. Trudno powiedzieć, że cokolwiek poza deklaracjami było w nich piękne. Przemarsz krzyżowców przez kraje, które miały nieszczęście leżeć na ich drodze do Ziemi Świętej, był pasmem rabunków, morderstw i pogromów, a wszystko pod hasłem „Bóg tak chce”. Zdobycie Jerozolimy przez I Krucjatę zakończyło się grabieżą miasta i rzezią jej mieszkańców. Wszystkie te wydarzenia miały miejsce poza polityczną czy jakąkolwiek kontrolą cesarstwa bizantyjskiego, tym samym znacznie obniżając jego autorytet. Szczególnie dotkliwa z punktu widzenia przetrwania cesarstwa okazała się IV Krucjata, podczas której przedmiotem zainteresowania nie było odbijanie Ziemie Świętej, ale po prostu złupienie Konstantynopola, który od łupieżczego 1204 roku stał się, ni mniej, ni więcej, stolicą Cesarstwa Łacińskiego czyli utworzonego przez krzyżowców nowego tworu politycznego. Nawiasem mówiąc, krucjaty były powszechną metodą geopolitycznej ewangelizacji realizowaną przez papiestwo. Oprócz siedmiu skierowanych do Ziemi Świętej, były też zmierzające do zniszczenia katarów oraz tzw. Krucjaty Północne o których będzie jeszcze mowa. Cesarstwo Łacińskie, nazwane przez mieszkańców Konstantynopola okupacją łacińską, przetrwało około 50 lat, po czym na okres około 200 lat zostało odtworzone Cesarstwo Bizantyńskie, by w 1456 roku zostać definitywnie przez Turków zniszczone. Zaniechanie udzielenia efektywnej pomocy Cesarstwu Bizantyńskiemu wystawia Zachodowi niską ocenę jego myślenia strategicznego. W miejsce słabego przyjaciela, a przynajmniej nie wroga, jakim było Bizancjum, na jego terytorium pojawiło się Cesarstwo Osmanów, które podporządkowało sobie południowo-wschodnią Europę, stanowiąc dla niej na okres około 300 lat permanentne zagrożenie. Jednakże krucjatowe rozszerzanie władzy i zdobywanie bogactwa nie było ograniczone do molestowania Cesarstwa Wschodniego. 

Krucjaty północne

W XII wieku rozpoczęły się krucjaty północne. Celem ich był podbój pogańskich plemion południowego Bałtyku, Prusów, Finów, Łotyszów…, ale nie tylko. Chrześcijańska Ruś, pod pretekstem, że nie jest chrześcijańska, także była atakowana. W XIII wieku nastały dla Rusi trudne czasy. Mongołowie pod wodzą Czyngis Chana, który miał utworzyć największe ziemskie imperium, całkowicie zniszczyli Ruś Kijowską. Kijów został zniszczony w 1240 roku. Ruś znalazła się na prawie 300 lat pod panowaniem mongolskim. Rurykowicze, dynastia panująca na Rusi Kijowskiej, przenieśli się do Moskwy, która stała się ich nową stolicą. Tak więc w XIII wieku sytuacja geopolityczna Rusi była trudna. Egzystencjalne zagrożenie mongolskie wiązało się z zachodnimi krucjatami, które szukały nowych terytoriów ekspansji w tym w pierwszej kolejności podbicia kupieckiej Republiki Nowogrodu. W 1241 roku doszło nad jeziorem Peipus do ważnej bitwy, w której nowogrodzianie pod wodzą Aleksandra Newskiego pobili oddziały zakonu Kawalerów Mieczowych, którzy wspólnie z zakonem krzyżackim realizowali cel zbudowania sobie państwa na terenach zdobytych na poganach oraz na Rusinach, czyli – jak to ich nazywano – schizmatykach. Zwycięska bitwa dała Rusi okres wytchnienia. Aleksander Newski celowo wybrał taki teren bitwy, ponieważ na podmokłym terenie główny atut krzyżowców – szarża ciężkiej jazdy – nie mogła mieć miejsca. Kawalerowie Mieczowi nie byli jedynymi krzyżowcami, którzy pod pretekstem szerzenia ogniem i mieczem jedynej, prawdziwej wiary próbowali dla ekonomicznych celów podbijać tereny ruskie. W 1240 roku Aleksander Newski zdobył przydomek Newskiego, bijąc nad Newą inwazję Szwedów, którzy de facto wchodząc w bardzo nieświętobliwy alians z pogańskimi Mongołami, otworzyli drugi front walki z chrześcijańskim przecież krajem. Zwycięstwa Newskiego przekreśliły te zamiary, niemniej wydarzenia te pozwalają potwierdzić, co już wcześniej zostało zasygnalizowane w przypadku Krucjat Południowych, że ich rzeczywistym celem było zniszczenie Bizancjum jako pretendenta do przywództwa świata chrześcijańskiego. Ruś stała się przedmiotem zachodniej ekspansji, ponieważ jej zniszczenie pozwalało na zdobycie szybkich fortun, zaś bonusem było zniszczenie prawosławnego odszczepieństwa. Ponieważ się wybroniła, wzbudziło to na Zachodzie resentyment, który czasem ewoluował w kierunku rusofobii. Niemniej nadzieja na zniszczenie Rusi pozostała żywa. Miało się to dokonać rękami Mongołów, analogicznie do zniszczenia Bizancjum rękami Turków. Nadzieje nie były bezpodstawne ponieważ dominacja mongolska nad Rusią trwała trzy wieki i została definitywnie zakończona bitwą pod Mołodią  w 1572 roku za czasów Iwana Groźnego. Niepowodzenia krucjatowe oraz niezniszczenie Rusi przez Mongołów stały się dla Zachodu źródłem politycznej frustracji. Słowiańskie kraje na zachód od Rusi poddawały się jego kulturowej, politycznej i militarnej infiltracji. Konsekwencją utrzymywania przez Ruś odrębności stała się rusofobia. Jednakże trzywiekowa dominacja mongolska przyniosła nieodwracalne skutki w postaci zapóźnienia cywilizacyjnego. Średniowieczna Ruś nie poznała ani gotyku, ani później Renesansu. W nurt europejski włączył ją dopiero w XVIII Piotr Wielki (1672–1725). To funkcjonowanie na marginesie dynamicznie się rozwijającej Europy i widoczne zacofanie uzasadniało zachodnie poczucie wyższości. Raczkująca rusofobia przybrała postać pogardliwej obawy przed barbarzyńcą ze Wschodu. 

Narodziny polskiej rusofobii

Mongolskie zniszczenie Rusi Kijowskiej miało dwie ważne konsekwencje. Po pierwsze, w miejsce Kijowa Moskwa stopniowo zaczęła budować pozycję centrum administracyjnego Rusi, po drugie – polityczna próżnia spowodowana unicestwieniem Rusi Kijowskiej umożliwiła niewielkiej Litwie niezwykłą ekspansję, która zajmując tereny od Bałtyku do Morza Czarnego, stała się największym państwem europejskim. Jednakże w tym olbrzymim państwie Litwini stali się mniejszością, stanowiąc mniej więcej 1/6 całej ludności. Ponadto Moskwa nie zapomniała miejsca swego pochodzenia i wzmacniając swą pozycję wobec Mongołów ogłosiła program zbierania ziem ruskich. Fundamenty pod tą politykę położył Iwan Kalita (1288–1340), który nie tylko ustanowił Moskwę stolicą, ale konsekwentnie metodami politycznymi i finansowymi, np. wykupując terytoria od niewypłacalnych dłużników, powiększał obszar Księstwa Moskiewskiego. Program zbierania ziem ruskich szczególnego rozmachu nabrał za panowania Iwana Wielkiego (1440 – 1505), który nie tylko odmówił płacenia podatków Tatarom, ale nie wahał się militarnie odbijać zagarniętych przez sprzymierzoną z Polską Litwę terenów zachodniej i południowej Rusi. I tak oto Polska, już nie tylko jako członek wspólnoty kulturowej Zachodu, staje się rusofobiczna, jej indywidualne interesy terytorialne wchodzą w konflikt z nabierającym energii Księstwem Moskiewskim. Ponadto Iwan Wielki ogłasza Moskwę spadkobierczynią zniszczonego Bizancjum i głosząc, iż Moskwa jest Trzecim Rzymem, bierze za żonę siostrzenicę ostatniego cesarza bizantyjskiego. W ten sposób idea prawosławnego chrześcijaństwa nabiera nowego dynamizmu, zaś Moskwa, stając się jego nosicielką, bynajmniej nie łagodzi zachodniej rusofobii. Generalnie w zachodniej percepcji Księstwo Moskiewskie było krajem zacofanym, prawnie nieuporządkowanym i hołdującym przesądom. Oczywiście pominięto fakt, że gdyby nie opór Rusi, to mongolska agresja na Europę na bitwie pod Legnicą w 1241 roku by się nie zatrzymała. 

Polska rusofobia triumfalistyczna w pełnej krasie

Moskwa zdawała sobie sprawę, iż Europa Zachodnia znacznie ją kulturowo i materialnie wyprzedziła. By nadrobić zaległości i przyśpieszyć rozwój swego kraju, rozmaici władcy moskiewscy próbowali ściągać zachodnich specjalistów, na przykład moskiewski Kreml był projektowany pod koniec XV wieku przez architektów włoskich. I tutaj można przytoczyć historię ilustrującą bardzo popularne obecnie zachodnie sankcje. Otóż w pierwszej połowie  XVI wieku car Iwan Groźny podjął próbę ściągnięcia grupy zachodnich ekspertów, którzy mieliby pracować nad przyśpieszeniem rozwoju Rosji. W tym celu zaangażował Niemca nazwiskiem Hans Schlitte, któremu powierzył rolę zaangażowania stosunkowo dużej grupy specjalistów, w której mieli się znaleźć architekci, lekarze, ludwisarze, nauczyciele, geometrzy, egzegeci Biblii (wymieniam przykładowo). Schlitte otrzymał do dyspozycji pokaźne środki i udało mu się zebrać sporą grupę około 300 adeptów rozmaitych nauk. Jednakże o operacji dowiedzieli Polacy oraz panujący w Inflantach Kawalerowie Mieczowi. Ani Zygmuntowi Augustowi, ostatniemu Jagiellonowi na tronie Polski, ani mistrzowi zakonu Gotthardowi Kettlerowi idea modernizacji Rusi nie przypadła do gustu. Specjaliści oraz Schlitte zostali nielegalnie zatrzymani i uwięzieni. Po pewnym czasie uwolniono ich, ale do Rosji już nie pojechali. Tak więc sankcjonowanie Rosji utrudniające jej rozwój nie jest cechą współczesnych czasów. Uderza podwójna moralność tych zachowań. Z jednej strony krytykuje się Rosję za prymitywizm, a drugiej robi się wszystko, by utrzymać ją w tym stanie.

O przypadku Iwana Groźnego, pierwszego cara Rosji i ostatniego z dynastii Rurykowiczów, której wygaśnięcie na nim miało wpędzić Rosję w bardzo poważny kryzys wewnętrzny skrzętnie wykorzystany w formie tzw. Dymitriad przez Polskę – nieco później. Teraz naświetlę modernizacyjne wysiłki Iwana Groźnego w zakresie sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej. Wspólną cechą tychże reform było to, iż antagonizowały Zachód. W przypadku polityki zewnętrznej dużym sukcesem było definitywne rozprawienie się z zagrożeniem mongolskim. Po tzw. stanięciu nad Ugrą w 1480 roku, gdzie wojska moskiewskie pod wodzą Iwana Wielkiego stanęły naprzeciw wojsk tatarskich nie prowadząc działań zbrojnych i znad której ponad miesiąc czasu niemilitarnej konfrontacji pierwsi wycofali się Tatarzy z powodu (godne odnotowania) – niedoczekania się pomocy wojsk polskich, którą im obiecał nasz król Kazimierz Jagiellończyk. Względy religijne, jak widzimy, po raz kolejny nie miały znaczenia, jako że oddziały muzułmańskich Tatarów w przymierzu z oddziałami katolickiej Polski miały walczyć z wojskami chrześcijańskiej Moskwy. Mimo iż konfrontacja nad Ugrą uważana jest za początek końca jarzma mongolskiego, Tatarzy ciągle reprezentowali egzystencjonalne zagrożenie dla Moskwy. Dopiero prawie 100 lat później sytuację miał zmienić Iwan Groźny, którego wojska w 1572 roku w bitwie pod Mołodią, jakieś 50 km od Moskwy, pokonały armię chanatu krymskiego. Od tej bitwy militarny problem tatarski  przestał istnieć dla Moskwy. Ponadto likwidacja chanatów kazańskiego i astrachańskiego nie dość, że stanowiła dopełnienie likwidacji zagrożenia tatarskiego, to jeszcze uczyniła Wołgę rzeką rosyjską i otworzyła Moskwie drogę do Morza Kaspijskiego. Ekspansja terytorialna Moskwy poszła tez na wschód To za jego panowania Jermak, ataman kozacki, rozpoczął eksplorację i podbój Syberii. Carstwo Moskiewskie stawało się mocarstwem. W 1547 roku Iwan Groźny został koronowany carem. 

Reakcja polska na pierwsze rosyjskie próby dojścia do Bałtyku

Jednakże patrząc na południe, patrząc na wschód – nie mogło ujść jego uwadze, iż Rosja nie miała dostępu do Bałtyku. Bałtyk stanowił ważny szlak handlowy, a ponadto geopolitycznie, gdy już z kierunku południowego zagrożenie zniknęło, ciągle się ono utrzymywało na kierunku północno-zachodnim. Królestwo Obojga Narodów, Szwecja, zakony – Krzyżacki i Kawalerów Mieczowych, Dania – w dostępie Rosji do Bałtyku widziały zagrożenie dla siebie. Dla Iwana Groźnego sprawa dostępu miała kluczowe znaczenie, afera z nieszczęsnym Hansem Schlitte, którego eksperckie grupy zostały zatrzymane na terenie inflanckiej  dzisiejszej Łotwy przekonała go ostatecznie, że dostęp do Bałtyku jest kluczowym dla rozwoju gospodarczego i kulturowego Rosji. I to nas doprowadza do konfliktów, w których Rzeczypospolita Obojga Narodów w pierwszy poważny sposób starła się z Carstwem Rosyjskim. Konfliktów było dwa. W pierwszym (1563–1570) ostatni Jagiellon Zygmunt II August mierzył się z Iwanem Groźnym, w drugim (1577–1582) pierwszy z prawdziwego zdarzenia król elekcyjny Stefan Batory walczył z tymże samym Iwanem Groźnym. W I wojnie północnej, w której państwa skandynawskie Dania i Szwecja walczyły o dominację nad Bałtykiem, a Rosja o dostęp do niego – interes geopolityczny Polski jest mniej jasny, niewykluczone iż celem jej było przeciwdziałanie zamiarom Rosji, ponieważ jeżeli czegoś chce Rosja, to z pewnością jest to dla nas złe. Trochę na zasadzie psa ogrodnika, co to sam nie zje, ale innemu też nie da. Mieliśmy nierozwiązany problem Gdańska oraz naturalnie polskie wybrzeże, od którego wcześniej Zakon Krzyżacki, a później jego następca – Księstwo Pruskie nas odcięły i zamiast tam szukać implantacji nad Bałtykiem wybraliśmy konfrontację z Rosją.  Wojna  zakończyła się trzyletnim rozejmem. Z rezultatu obie strony nie były zadowolone i dlatego następca Zygmunta Augusta, Stefan Batory, którego do wojny z Moskwą zmuszały pacta conventa, czyli zobowiązania, które musiał przyjąć, by zostać królem Polski, zaangażował się w kolejny konflikt. Ze starć z Iwanem Groźnym Stefan Batory wyszedł zwycięsko, ambicje północne Rosji nie zostały zrealizowane, zaś Polska z Litwą poprzez pokój w Jamie Zapolskim w 1582 roku utrzymały status quo. Jednakże największym niepowodzeniem Iwana okazała się gwałtowna polityka wewnętrzna. Pragnąc zmodernizować swe państwo, za głównych przeciwników reform Iwan uważał rosyjską szlachtę – bojarów, których uprzywilejowana pozycja stała się przeszkodą w tworzeniu nowoczesnego państwa. W tym celu utworzył aparat terroru i represji znany jako opricznina, który zapisał się niesławnie w historii Rosji. Generalnie rzecz biorąc, ostatnie lata Iwana (zmarł w 1584 roku) zepsuły pozytywny obraz jego wcześniejszego panowania. 

Otwarcie frontu południowego walki z Rosją

Na Iwanie zakończyła się dynastia Rurykowiczów, co stało się źródłem bardzo poważnego kryzysu państwa rosyjskiego. Poszukiwania jego następcy otworzyły drogę do interwencji polskiej w sprawy rosyjskie, które to wydarzenie bardziej niż jakiekolwiek inne wpłynęło negatywnie na relacje polsko-rosyjskie. Jednakże zanim o Dymitriadach, bo taką nazwę te interwencje otrzymały w polskiej historiografii, trzeba wspomnieć o Unii Lubelskiej 1569 roku, która realnie wiążąc Polskę z Litwą, utworzyła nowe państwo – Rzeczpospolitą Obojga Narodów. W konsekwencji na południu pojawił się nowy front konfrontacji polsko-rosyjskiej. Wynikało to faktu, iż duża część ziem byłej Rusi Kijowskiej znajdująca się we władaniu Litwy w wyniku Unii Lubelskiej znalazła się pod zarządem polskim, co w kontekście polityki rosyjskiej zbierania ziem ruskich miało zaowocować wieloma wojnami. Ponadto wydarzeniem stanowiącym reminiscencję konfliktu prawosławie-katolicyzm była inspirowana przez jezuitów Unia Brzeska z 1596 roku, konstytuująca tzw. Kościół unicki, z czasem grecko-katolicki, którego celem było przechwycenie wiernych Kościoła prawosławnego i generalnie jego dezorganizacja. Unia Brzeska, będąc wyrazem idei schizmy z 1054 roku, nie osiągnęła zamierzonych celów, ponieważ przywiązanie do Kościoła prawosławnego okazało się silniejsze niż przypuszczano, ale wznieciła spore konflikty w ramach ortodoksji, dzieląc jej wyznawców na unitów i dyzunitów. Polska, której intencje zostały dostrzeżone, na tym zamieszaniu, które w ramach prawosławia wznieciła, raczej straciła niż zyskała. Jednakże będąc w pełni swego Wieku Złotego i postrzegając się jako dominująca przynajmniej regionalnie potęga, następstw geopolitycznych Unii Brzeskiej nie doceniła, preferując pielęgnowanie polskiego kompleksu wyższości w stosunku do ciągle zacofanej Rosji. Kryzys dynastyczny Rosji i polityczne zamieszanie, które on generuje z jednej strony, wydaje się, uzasadniał poczucie polskiej lepszości; z drugiej – wykluwa idee jak kryzysowi pomóc, by definitywnie pozbyć się konkurencji politycznej carstwa rosyjskiego. 

Dymitriady i Wielka Smuta

I tak pojawiają się Dymitriady, czyli wydarzenia, które są tak zadziwiające, iż można by je za wytwór fantazji pisarskiej uznać, jednakże stanowiąc fakt historyczny są one wytworem bardzo tym razem fantasmagorycznej niestety naszej myśli geopolitycznej. Otóż trudna sytuacja polityczna – kryzys dynastyczny oraz skutki opriczniny – powiązały się w Rosji z problemami gospodarczymi i społecznymi. Wielki Głód lat 1601–1603 doprowadził do wybuchu niezadowolenia chłopstwa i powstania Iwana Bołotnikowa (1606-1607), spadku znaczenia władzy, zaś walczący między sobą bojarzy dokładali się do rozwoju anarchii. Czasy te nazywa się w Rosji Wielką Smutą. Na problemy wewnętrzne nałożyły się dwie polskie interwencje znane właśnie jako Dymitriady. Dlaczego Dymitriady? Ponieważ gdy dynastia Rurykowiczów wygasła na Iwanie Groźnym, właściwie na jego chorowitym synu Fiodorze I, w Polsce pojawili się pretendenci do tronu rosyjskiego podający się za synów Iwana Groźnego. W 1603 roku pojawił się człowiek, który przedstawiał się jako carewicz Dymitr I. Dymitr I, w rosyjskiej historiografii nazywany Łże-Dymitrem, uzyskał poparcie polskiej magnaterii, zwłaszcza rodziny Mniszechów i odniósł krótkotrwały sukces. W 1605 roku zdobył Moskwę i został koronowany carem. Panowanie jego jednak nie było oparte na trwałych podstawach. Prawie całe społeczeństwo ruskie czuło się zrażone polską obecnością na Kremlu. Bojarzy pod przywództwem Wasyla Szujskiego, mieszczanie, popi w trosce w ochronę prawosławia, wojsko, tzw. strzelcy – wszyscy źle postrzegali faworyzowanie Polaków. W maju 1606 roku doszło do otwartego buntu, w wyniku którego Dymitr I został zabity, jego ciało spalone, zaś prochy symbolicznie wystrzelono z działa w kierunku zachodnim, dając tym do zrozumienia Polsce, że jej obecność w Rosji nie jest pożądana. Jednakże Polska zignorowała sygnał. Pojawił się kolejny Łże-Dymitr i w latach 1607-1610 miała miejsce  kolejna Dymitriada. Łże-Dymitr II podał się za Łże-Dymitra I i za jako takiego został uznany przez małżonkę Łże-Denata, bo nie wiem jak ująć, Marynę Mniszech. Łże-Dymitr II w wyniku niesnasek we własnym obozie poniósł śmierć. Konsekwencją dla Rosji było rozciągnięcie okresu Wielkiej Smuty, konsekwencją dla Polski – wmieszanie się jej oficjalne w konflikt, który w okresie pierwszej Dymitriady oficjalnie uchodził za prywatne przedsięwzięcie polskiej magnaterii. II Dymitriada osobą hetmana Stanisława Żółkiewskiego wciągnęła do gry o koronę carską państwo polskie. Hetman Żółkiewski odniósł co prawda świetne zwycięstwo pod Kłuszynem, w wyniku którego car Wasyl Szujski (został nim po zabójstwie Łże-Dymitra I) został uwięziony i przewieziony do Polski, gdzie swoim hołdem oraz wystąpieniami legitymizował polską interwencję i obecność w Rosji. Niemniej mimo wysiłków Żółkiewskiego zmierzających do utworzenia unii personalnej Polski i Carstwa Moskiewskiego poprzez osobę królewicza Władysława, idea spaliła na panewce. Główną przyczyną okazały się oczekiwania rosyjskie, że Władysław przyjmie prawosławie, żądania polskie, by Rosja przyjęła katolicyzm i oczekiwania króla Zygmunta III, który miał własne plany co do tronu rosyjskiego. Tak więc sytuacja stała się patowa i w 1611 roku wybuchło kolejne antypolskie powstanie, które doprowadziło do opuszczenia w 1612 roku Moskwy przez polską załogę. Nawiasem mówiąc, dzień opuszczenia Moskwy przez wojska Rzeczypospolitej, 4 listopada 1612 roku, stał się począwszy od 2005 roku świętem narodowym Rosji. Wydarzenie to kończy też symbolicznie okres Wielkiej Smuty. W 1613  roku obrano nową dynastię Romanowów. Pierwszy car z tej dynastii Michał I rozpoczyna okres stabilizacji Rosji oraz – można powiedzieć – permanentnej konfrontacji z Rzeczpospolitą. Dymitriady uzasadniają w Polsce uczucia rusofobiczne oparte na poczuciu wyższości cywilizacyjnej i niezrozumieniu jak mogliśmy z tak wyjątkowej sytuacji nie skorzystać i Rosja ciągle istnieje. Dobrym obrazem spojrzenia na ówczesną Rosję jest tzw. Kolęda Moskiewska autorstwa Pawła Palczowskiego. Palczowski był dworzaninem Zygmunta III Wazy i działaczem politycznym. Wiele podróżował, studiując na Uniwersytecie we Frankfurcie nad Odrą i Padwie. Naturalnym jest więc, iż ukształtował swoją wizję świata pod wpływem kultury zachodniej. Napisał nawet książkę poświęconą ustrojowi Wenecji. Wierzył w polską misję cywilizacyjną na wschodzie. W 1606 roku dołączył do pierwszej Dymitriady. Po obaleniu Łże-Dymitra I znalazł się w rosyjskim więzieniu, w którym przebywał dwa lata, do 1608 roku. W 1609 roku napisał dzieło propagandowe pod tytułem Moskiewska Kolęda, w którym motywował polskie społeczeństwo do wykorzystania słabości państwa moskiewskiego i podbicia go. Pokonanie Rosji porównał do podbojów kolonialnych zachodnich. Zniszczenie państwa rosyjskiego miało zapewnić Polsce niezmierzone połacie ziemi oraz otworzyć szlaki handlowe do Indii i Chin. Nie można powiedzieć, że Paweł Palczowski był osobą pozbawioną wyobraźni, niemniej jego przekonanie o poziomie cywilizacyjnym Rosji ilustruje polską rusofobię tamtego okresu. Polska zachorowała na kompleks wyższości w stosunku do Rosji i przyjęła za pewnik, iż jej wyższość kulturowa zapewnia jej prawo do traktowania sąsiedniego kraju jako potencjalnej kolonii. Palczowski  wziął udział w II Dymitriadzie i gdzieś na niezmierzonych połaciach Rosji po 1610 roku zaginął. Projekty kolonialne okazały się dzieleniem skóry na niedźwiedziu. Dymitriady zaś można uznać za główne źródło rosyjskiej polonofobii. Ich awanturnictwo i wyraźne podporządkowanie partykularnym interesom możnowładców pozornie nie odzwierciedlały oficjalnej polityki polskiego państwa. Jednakże Zygmunt III Waza, który nie tylko chciał być królem polskim, szwedzkim i rosyjskim, ale i obrońcą prawdziwej wiary, czyli katolickiej formy chrześcijaństwa, pogubił się w swych rachubach. Wyjście poza awanturniczy kadr Dymitriad próbował znaleźć hetman Żółkiewski, który po świetnym zwycięstwie pod Kłuszynem w 1610 roku wynegocjował porozumienie oferujące Polsce unię personalną z Rosją w osobie królewicza Władysława. Niestety zamysły wielkiego męża stanu i patrioty Żółkiewskiego zostały zniweczone przez jezuickie otoczenie Zygmunta III, a i on sam nie był bez winy, pragnąc korony carskiej dla siebie. W efekcie Polska odniosła klasyczne pyrrusowe zwycięstwo. Co prawda poniżyła Rosję obligując cara Szujskiego do hołdu i w rezultacie pokoju w Dywilinie osiągnęła największy zasięg terytorialny prawie 1 mln km kwadratowych. Jednakże była to wielkość fasadowa i pół wieku później terytorium Rzeczypospolitej stało się miejscem konfliktów tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych, które doprowadziły nasz kraj do stanu porównywalnego z rosyjską Wielką Smutą. No może nie była to tak Wielka Smuta, bo nie przeżyliśmy klęski głodu, ale co do reszty – tj. słabości instytucjonalnej, konfliktów w ramach kręgów władzy, powstań ludowych i interwencji zewnętrznych – to wypisz wymaluj Rosja między 1600 a 1613 rokiem. Rzecz w tym, że Rosja przezwyciężyła trudności, podczas gdy my pod fasadą skorumpowanej demokracji doprowadziliśmy się do samozniszczenia. Dodam, iż niestety nietolerancyjna polityka wyznaniowa, całkowicie sprzeczna z kompozycją  religijną (liczba prawosławnych mieściła się w przedziale 25-40%) była ważną przyczyną polskiej anarchii. Jeżeli o chodzi o generalne spojrzenie Zachodu na Rosję, to okres Wielkiej Smuty tylko pogłębił poczucie własnej wyższości nad pozbawioną zdolności do samoorganizacji barbarzyńską Rosją. Trzeba pamiętać, iż XVI wiek to kontynuacja tzw. wielkich odkryć geograficznych, które początkując procesy kolonizacyjne niewiarygodnie wzbogaciły państwa zachodniej Europy i  – jak widzieliśmy – dały idee polskim strategicznym marzycielom, by podobny proceder zastosować w stosunku do Rosji. Pozytywną percepcję Rosji miało dopiero przynieść panowanie Piotra Wielkiego, podczas gdy niestety Polska staczała się coraz bardziej.

Polskie konflikty społeczne i  coraz trudniejsze stosunki z Rosją

Do szczególnego znaczenia urastają tutaj konflikty społeczne wynikające z przyłączonych Unią Lubelską, ale nie zintegrowanych z nami terytoriów ex-Rusi Kijowskiej, czyli dzisiejszej Ukrainy. Najbardziej znane pośród nich powstanie Bohdana Chmielnickiego było tragedią i kompromitacją Rzeczypospolitej. Dla Rosji zaś stanowiło okazję, by stać się arbitrem w sporze, który powinien być sporem wewnętrznym, polskim. Gdy zaś spróbujemy dokonać retrospektywy między wojnami północnymi, zwycięskimi dzięki Batoremu, Dymitriadami, propozycjami Żółkiewskiego, sukcesem Dywilina, kolejną wojną z Rosją i pokojem w Polanowie 1634 – obserwujemy, iż konflikt ten, geograficznie rozpoczęty na północy sporem o dostęp do Bałtyku, stopniowo przesuwał się na południe w kierunku Morza Czarnego, by zaowocować IV wojną polsko-rosyjską z lat 1654-1667, w sumie jednym z najdłuższych konfliktów w historii I Rzeczypospolitej. Wprowadzeniem do niego było właśnie powstanie Chmielnickiego. Źródłami tegoż powstania były między innymi następstwa Unii Brzeskiej, represje społeczne i kulturowe dyskryminujące prawosławnych. Powstanie stało się potężnym ruchem, z którym Rzeczpospolita nie była w stanie sobie poradzić, zwłaszcza iż Chmielnicki zdobył międzynarodowe poparcie i zawarł w 1654  roku porozumienie z Rosją, tzw. ugodę perejeslawską. Ugoda ta otwiera nowy rozdział w dziejach Ukrainy, która przestaje być sprawą wewnętrznie polską. By się zabezpieczyć przed represjami polskimi i finalną militarną klęską z silniejszą Rzeczpospolitą, Chmielnicki i Rada Kozacka zwrócili się do Rosji z prośbą o sojusz, który miał chronić prawa i wolności Kozaczyzny. W zamian za ochronę prawosławia i zachowania autonomii Kozacy zobowiązali się do militarnej współpracy z Moskwą. W sumie trudno wyobrazić sobie silniejszy stymulant dla i tak już potężnej polskiej rusofobii. Oczywiście kolejna wojna polsko-rosyjska wybuchła, jakby po potopie szwedzkim tych konfliktów było mało, i należała do jednych z najdłuższych  wojen w naszej historii. Nie przyniosła definitywnego rozstrzygnięcia. Pokój w Andruszowie, który ją zakończył, doprowadził do podziału Ukrainy, biorąc pod uwagę bieg głównej ukraińskiej rzeki Dniepru, na polską-prawobrzeżną i rosyjską-lewobrzeżną. Ponadto międzynarodowa pozycja Rosji umocniła się, zaś Polski znacznie ucierpiała. Biorąc pod uwagę  przyczyną zaistniałej sytuacji, próbowano Kozaków zjednać nową polityką społeczną, której sztandarowym aktem miała być unia hadziacka zawarta w 1658 roku między Polską a Kozaczyzną, której celem była poprawa sytuacji wyznaniowej i narodowej społeczeństwa ruskiego poprzez utworzenie Wielkiego Księstwa Ruskiego i przekształcenie Rzeczypospolitej Dwojga Narodów w Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Jednakże przy całej swej pompatyczności oportunizm nowej unii szybko po perejasławskiej ugodzie następującej nie wskrzesił społecznego, tak polskiego, jak i ukraińskiego poparcia. Tak jakby siły polonofobiczne i rusofobiczne podjęły skoordynowany wysiłek, by ją odrzucić. Unia hadziacka pozostaje więc przykładem sterylnego polskiego patosu, którego wielkość werbalna nie znajduje odbicia w rzeczywistości. I tak zbliżamy się do punktu, który historiograficznie można uznać za punkt zwrotny w relacjach polsko-rosyjskich. Tym wydarzeniem jest tzw. pokój grzymułtowski z 1686 roku, którego nazwa pochodzi od nazwiska szefa polskiej delegacji Krzysztofa Grzymułtowskiego na rozmowy w Moskwie. Pokój ten, deklaratywnie widziany jako wieczny, co nie po raz pierwszy w relacjach polsko-rosyjskich miało miejsce (tego typu pokojem był też pokój z 1503 roku zawarty w Moskwie), otwiera okres w dziejach, w których Polska nie tylko traci pozycję dominującą w relacjach z Rosją, ale staje się stroną wyraźnie słabszą. Polska przegrywa walkę o hegemonię w Europie Wschodniej, traci kontrolę nad dużą częścią Ukrainy, diametralnie osłabia swą pozycję międzynarodową i popada w coraz większy chaos wewnętrzny. Oczywiście nie jest to bez znaczenia dla polskiej rusofobii, która nasilając się, zmienia swój charakter. Z triumfującej, bazującej na zachodnim kompleksie wyższości („my będziemy kolonizować i cywilizować barbarzyński Wschód”) przyjmuje stopniowo charakter martyrologiczny („cierpimy, ponieważ wschodni barbarzyńca jest silniejszy”). Mimo iż poczucie cierpienia jest niezasłużone, generuje ono nasilający się kompleks niższości, który doprowadzi w dalszym ciągu do mniej lub bardziej sensownych gwałtownych reakcji w formie np. powstań nie mających niestety szans powodzenia. Jednakże zanim ta forma rusofobii („cierpimy, mimo tego że jesteśmy lepsi”) w polskiej mentalności historycznej okrzepnie, pojawia się okres zawieszenia. Panowanie Jana III Sobieskiego podnosi międzynarodowy autorytet Polski. Natomiast śmierć drugiego cara Aleksego I w 1676 roku z linii Romanowów pogrąża Rosję w kolejnym konflikcie walki o władzę. Interesujący fakt: o władzę walczą dwie frakcje rodziny Romanowów, którym przewodzą kobiety, obie byłe żony zmarłego cara i obie matki carewiczów. Konflikt prowadzi do buntu elitarnej jednostki militarnej tzw. strzelców, którzy wymuszają polityczny kompromis doprowadzający do władzy Zofię, starszą siostrę przyszłego Piotra Wielkiego, która jako regentka będzie miała sprawować władzę w imieniu dwóch nieletnich carewiczów Iwana V i Piotra I. Mimo relatywnej skuteczności (jako regentka Zofia funkcjonowała siedem lat), została ona odsunięta od władzy, zaś po pełnym przejęciu władzy przez Piotra I strzelcy jako siła polityczna zostali zniszczeni. Tak więc sytuacja polityczna Rosji pod koniec XVII wieku, w przeciwieństwie do Polski, została uporządkowana. Generalnie rzecz biorąc, cały wiek  XVIII, wiek Oświecenia i końca feudalizmu w Europie, jest konstrukcją potęgi Rosji i dekonstrukcją Polski. Piotr Wielki, od którego ten wiek w Rosji się zaczyna, wie, iż Rosja w stosunku do Zachodu jest ciągle krajem zacofanym. By nadrobić to zacofanie, postanawia zmodernizować swój kraj na wzór zachodni. Słynna jest jego podróż po zachodniej Europie, tzw. Wielkie Poselstwo z lat 1697-1698, w której, biorąc udział incognito, uczy się szkutnictwa, zdobywa wiedzę na temat nawigacji i studiuje zachodnie instytucje. Chcąc wyrwać Rosję z jej konserwatyzmu, daje jej nową stolicę – Sankt Petersburg, który w miejsce Moskwy staje się nową witryną Rosji. Dalej za jego czasów dobiega końca konflikt ze Szwecją, Rosja definitywnie osiąga swoje geopolityczne cele związane z Bałtykiem. Wreszcie – i to jest niesłychanie ważne – w okresie Oświecenia zmienia się zachodnia percepcja Rosji. Oświecenie to jeden z niewielu momentów w historii, w którym Zachód spogląda na Rosję przychylnie. Zaczyna się od Wilhelma Leibniza, który aczkolwiek postrzegał Rosję jako kraj słabiej rozwinięty niż Zachód, to dostrzegał jej ekonomiczny i intelektualny potencjał, który może się rozwinąć, gdy odpowiednie reformy zostaną wprowadzone. Innymi myślicielami i filozofami Oświecenia, którzy mieli pozytywny stosunek do Rosji, byli François Voltaire i Denis Diderot. Obaj podziwiali Piotra Wielkiego jako reformatora Rosji, zaś Katarzyna Wielka (1729–1796), która zakończyła wyjątkowy dla Rosji okres Oświecenia, była postrzegana jako archetyp oświeconego absolutyzmu. 

Bezradność I Rzeczypospolitej. Początki rusofobii martyrologicznej

Jeżeli chodzi o Polskę, to aczkolwiek w sensie kulturowym i edukacyjnym okres ten wniósł szereg postępowych zmian, to chaotyczna sytuacja społeczno-polityczna nie pozwalała na efektywną modernizację kraju. Słabość militarna Polski uczyniła nas przedmiotem gry geopolitycznej czołowych graczy tego okresu, tzn. Szwecji i Rosji. Każdy z nich mający swoją wizję polskiego porządku politycznego. Zaangażowanie Augusta II, saskiego króla Polski, po stronie rosyjskiej, spowodowały działania Karola XII na terytorium Polski. W efekcie, mimo iż Polska nie była stroną w Wielkiej Wojnie Północnej, jej terytorium było okupowane i działaniami wojennymi niszczone. Ponadto społeczeństwo się podzieliło w swoim poparciu polskich protagonistów tego konfliktu. Część, która popierała Augusta II, popierała Rosję; ci zaś, którzy byli za kandydatem szwedzkim Stanisławem Leszczyńskim, opowiadali się za Karolem XII. W oczywisty sposób Polska stała się przedmiotem gry mocarstw i straciła wpływ na własne losy. Z chwilą zaś, gdy w 1709 roku Piotr I pokonał pod Połtawą Szwedów, znaleźliśmy się pod kontrolą rosyjską. W 1717 roku miał miejsce tzw. Sejm niemy, który taką nazwę uzyskał, ponieważ odbył się pod kontrolą wojsk rosyjskich i posłowie mieli zakaz zabierania głosu. Z ważniejszych decyzji: August II został potwierdzony jako król Polski, prawo do prywatnych oddziałów magnaterii zostało zniesione, ustanowiono sposoby finansowania armii, liberum veto pozostało w mocy i Rosja została gwarantem tej niby reformy państwa polskiego. W sumie Polska coraz bardziej formalnie znalazła się pod kontrolą wschodniego sąsiada, zaś Sejm niemy stał się symbolem zmian, których celem była lepsza kontrola zewnętrzna i utrzymywanie naszego państwa w stanie permanentnej słabości. W ten sposób dochodzimy do ostatniego akordu w dziejach I Rzeczypospolitej, jakim były rozbiory likwidujące Polskę jako samodzielny byt państwowy/. Oceniając rolę Rosji, Prus i Austrii w zniszczeniu państwowości polskiej, siłą motoryczną pierwszego rozbioru był król Prus Fryderyk Wielki. Dla Prus, których rodowód wynikał z krucjat północnych i które z arcykatolickiego Zakonu Krzyżackiego w pierwsze państwo luterańskie się oportunistycznie przepoczwarzyli, zniszczenie Polski było uzasadnieniem ich kontrowersyjnego utworzenia. Dla Rosji istnienie Polski, w przeciwieństwie do Prus, nie było egzystencjonalnym zagrożeniem, chociaż porachunki historyczne tytułem chociażby Dymitriad mogły nie być całkowicie w ich poczuciu rozliczone. Ponadto Rosja podporządkowała sobie na tyle polskie instytucje, iż kto wie czy utrzymywanie rodzaju niezależnego państwa polskiego nie było dla niej lepszym geopolitycznym rozwiązaniem. Co do Habsburgów, to ci mający wobec nas dług z powodu wiktorii wiedeńskiej w 1683 roku nie mieli w stosunku do nas konfliktowych zaszłości. W gronie zaborców znaleźli się dla korzyści terytorialnych i celem zmniejszenia wzrostu potencjału, tak rosyjskiego, jak i przede wszystkim ich głównego konkurenta w świecie niemieckojęzycznym – Prus. Z punktu zaś interesującego nas problemu rusofobii w wyniku rozbiorów to ona właśnie, nie zaś bynajmniej germanofobia, mimo iż dwa państwa niemieckie uczestniczyły w procesie rozbiorowym, szczególnie się nasiliła. Twierdzenie pośrednio potwierdza fakt, iż terytoria wschodnie Rzeczypospolitej są miejscem największego nasilenia się najrozmaitszych wzajemnie się zwalczających ruchów społecznych, które dezorganizują i tak już anarchiczną sytuację. Z jednej strony wskazuje to na słabość struktur państwowych, ale z drugiej na rosnącą frustrację społeczną, która przejawia się w każdej dziedzinie społecznego życia. Konfederacje barska, targowicka, protesty chłopskie, rzeź humańska z tłem narodowo-religijnym, próby reform edukacyjnych, no i oczywiście witryna wysiłku modernizacyjnego w postaci Konstytucji 3 Maja, niezdecydowane stanowisko króla, który z siły unowocześniającej państwo polskie przechodzi na pozycję zwalczającą reformy, nie poprawia sytuacji próba wciągnięcia chłopstwa w walkę o wyzwolenie narodowe z powstaniem Tadeusza Kościuszki i jego Uniwersałem Połanieckim. Interesujące, mimo iż problemy pańszczyzny i wolności chłopskiej dotyczyły całego terytorium Rzeczypospolitej, wysiłek walki o wyzwolenie narodowe w oparciu o chłopstwo dotyczył jedynie Rosji i ona też jedyna z powstańcami walczyła. Podkreślam w ten sposób nasilanie się uzasadnionej argumentacji rusofobicznej. Ponieważ zaś praktyczne skutki wszystkich usiłowanych zmian były żadne, pomijając nasilanie się dezorganizacji społecznej – państwa zaborcze doszły do wniosku, że likwidacja państwowości polskiej doprowadzi do pokoju społecznego, co w jakimś stopniu okazało się słuszne. Ponadto tak Komisja Edukacji Narodowej, Konstytucja Majowa oraz powstanie kościuszkowskie stały się ponadczasowymi symbolami polskości i niesłusznego w sensie moralnym losu, który spotkał Polskę. Polska martyrologiczna rusofobia zdobyła racjonalne uzasadnienie.

Polski gambit w grze napoleońskiej

Oświeceniowe odejście Zachodu od rusofobii miało w sumie krótkotrwały charakter. Okres ten dał intelektualne podstawy Rewolucji Francuskiej 1789–1799, która wywołała energiczną reakcję monarchistycznej Europy. Do koalicji antyfrancuskiej przystąpiła też Rosja, wysyłając wojska oraz najwybitniejszego dowódcę, Aleksandra Suworowa, do walki z nią. W efekcie we Francji postrzeganie Rosji zaczynało ulegać zmianie, zaś przechwycenie władzy przez Napoleona i jednoznacznie wrogie wobec niego stanowisko Rosji wzmacniało wzajemne negatywne nastawienie. W czasach napoleońskich dwa państwa uporczywie sprzeciwiały się dominacji francuskiej. Były nimi Anglia i Rosja. Napoleon, budując swój nowy, postfeudalny porządek społeczny, uciekał się do pomocy krajów, takich jak np. Polska, które w ramach poprzedniego porządku zostały zniszczone. W ten sposób na scenie historycznej pojawiają się Legiony Polskie Henryka Dąbrowskiego. Napoleon, walcząc z wszystkimi zaborcami Polski, którzy oprócz Anglii byli głównymi obrońcami monarchicznej Europy, tak jakby walczył o wolność Polski. Piszę „tak jakby”, ponieważ legioniści i Józef Wybicki w swoim Mazurku Dąbrowskiego, przypisywali Bonapartemu propolskie intencje, których nie miał. Sprawa polska była dla niego argumentem propagandowym, by mobilizować żołnierza do walki z monarchiczną Europą. Jednoznacznie ujawniło się manipulatorskie nastawienie w kwestii kolonii francuskich na Haiti, gdzie nasze Legiony zostały wykorzystane do walki z powstańcami zwalczającymi pod kierunkiem Toussainta Louverture’a (1743–1803) zależność od Francji. Nie miało to oczywiście żadnego związku ze sprawą polską, ani z walką o wolność naszą i waszą, jak lubimy o sobie mówić. W jakimś sensie nasze Legiony stały się modelem dla francuskiej Legii Cudzoziemskiej powstałej około 30 lat później. Ta zaś jest narzędziem par excellence francuskiego kolonializmu. Jednak mimo wszystko trzeba Napoleonowi przyznać, że w pewnym stopniu wywiązał się z obietnic, tworząc w 1807 roku namiastkę państwa polskiego w postaci Księstwa Warszawskiego, które miało dla niego wartość szachowego pionka gambitowego, którego można poświęcić, by uzyskać lepszą pozycję. By zmienić Europę, Napoleon musiał zniszczyć zarówno Anglię, jak  i Rosję. Gospodarcza blokada kontynentalna Anglii z uwagi na współpracę tej ostatniej z Rosją była nieskuteczna. Jeśli więc główny odbiorca towarów brytyjskich – Rosja zostanie zniszczona tym samym gospodarka Wielkiej Brytanii zostanie osłabiona w perspektywie da  to Francji pozycję hegemona. Tym przesłankami się kierując, Napoleon rozpoczął przygotowania do wielkiej inwazji na Rosję. Oprócz zbudowania wielkiej siły militarnej, tzw. Grande Armee, podjął on wielki wysiłek propagandowy, w którym na nowo pojawił się obraz barbarzyńskiej i zacofanej  Rosji. Oświeceniowa odwilż się skończyła. XVIII wiek, w którym fundamenty potęgi rosyjskiej zostały zbudowane, dobiegł końca i wraz z jego upływem Francja i generalnie Zachód powrócili na drogę rusofobii. I tutaj wielką pomocą okazał się Napoleonowi polski generał Michał Sokolnicki, który opracował tzw. testament Piotra I, czyli dokument przedstawiający imperialne cele Rosji, tak jak je w swej rzekomo ostatniej woli przedstawił twórca nowoczesnej Rosji. Dokument ten przedstawiał rosyjski ekspansjonizm jako zagrożenie dla całej Europy, zaś powołanie się na niego miało uzasadnić prewencyjne uderzenie Napoleona na Rosję. Mimo iż fałszerstwo dokumentu zostało już w drugiej połowie XIX wieku wykazane, prawie 150 lat później – jak pisze Mettan – potrafił się na niego powołać ówczesny prezydent USA Harry Truman, by uzasadnić politykę powstrzymywania (containment) wobec ZSRR. Realizując ekspansjonistyczne cele Napoleona, małe Księstwo Warszawskie wystawiło pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego jak na swe możliwości olbrzymią 100-tysięczną armię, stanowiącą 1/6 sił francuskiej wielkiej armii. Interesujące, że w czasach przedrozbiorowych wystawienie 30-tysięcznej armii stanowiło dla ponad siedmiokrotnie większej Rzeczypospolitej problem. Jak wiadomo, udział polskiego wojska w tej podobno także w interesie polskim prowadzonej agresji na Rosję nie przyniósł spodziewanych rezultatów. Wyprawa zakończyła się klęską, a w trzy lata później został Napoleon I pozbawiony władzy. Związane z Francją polskie nadzieje wolnościowe straciły rację bytu. 

Królestwo Polskie jako paradoksalna rosyjska próba zwalczenia polskiej rusofobii i jej konsekwencje

Zorganizowany w 1815 roku Kongres Wiedeński dokonał restauracji poprzedniego porządku. Co warto podkreślić, mimo udziału Polski w siłach napoleońskich, status naszego kraju nie tylko nie ucierpiał, ale co ciekawe poprawił się. Kongres Wiedeński, za akceptacją głównego zwycięzcy napoleońskiej Francji – cara Aleksandra I, utworzył na terenie zaboru rosyjskiego Królestwo Polskie, a więc organizm o statusie wyższym niż napoleońskie Księstwo Warszawskie. Uogólniając, mamy dwa przypadki zewnętrznych prób odtwarzania polskości. Jasne, że obie formy – nazwijmy je – państwa polskiego są marionetkami ich twórców i są powołane do istnienia, by służyć ich interesom, tj. Francji w przypadku Księstwa i Rosji – w przypadku Królestwa. To, co jest ciekawe, to porównanie co się kryło pod obydwoma fasadami i która lepiej odpowiadała ich polskiej społecznej substancji. W istocie rzeczy podobieństwa między obydwoma formami państwowości były duże. Oba posiadały liberalną konstytucję. W przypadku Księstwa była ona nadana przez Napoleona, w przypadku Królestwa opracowana przez księcia Adama Czartoryskiego, polskiego ministra spraw zagranicznych cara Aleksandra I. W obydwu władza była zorganizowana według monteskiuszowskiej zasady trójpodziału władz i obydwa miały ograniczoną swobodę na polu polityki zagranicznej. Różniły je powiązania zewnętrzne. Księstwo było wolą Napoleona związane z monarchią saską Wettynów, Królestwo miało stanowić unię personalną z Rosją. Językiem urzędowym w obydwu przypadkach był język polski. Kodeksem, który regulował kwestie cywilne w Księstwie był słynny napoleoński Kodeks Cywilny w dużym stopniu zachowany w Królestwie. Gospodarczo obydwa organizmy rozwijały się nieźle. Może skuteczna polityka Franciszka Druckiego-Lubeckiego, ministra skarbu Królestwa, była szczególnie efektywna, ale w obydwu przypadkach był to okres stabilnego rozwoju. Dodam, iż w 1816 roku został założony Uniwersytet Warszawski historycznie stanowiący czwarty uniwersytet po jagiellońskim, wileńskim i lwowskim, utworzony na ziemiach polskich. Podsumowując zaś próbę porównania obydwu form niby-państwowości polskiej, trzeba stwierdzić, iż nie różniły się nadmiernie. To, co budzi zdziwienie, to zestawienie nowoczesnych rozwiązań legislacyjnych w Polsce z samodzierżawiem Rosji, która na pierwszą swą konstytucję musiała do 1905 roku czekać. Jak widać, przynajmniej w ponapoleońskim okresie Rosja usiłowała się liczyć z tradycją polityczną Rzeczypospolitej. Interesującym jest także spojrzenie, jak w innych zaborach prawa polityczne, obywatelskie, kulturalne i gospodarcze na tle rosyjskiego wypadały. Otóż w analizowanym okresie, tzn. w 15 latach po zakończeniu epopei napoleońskiej do 1830 roku, a więc do wybuchu powstania listopadowego, sytuacja społeczeństwa polskiego w zaborze rosyjskim była nieporównanie lepsza niż w dwóch germańskich zaborach. Królestwo Polskie miało własną konstytucję, władzę ustawodawczą w postaci Sejmu, własny rząd w postaci Rady Stanu, własny system monetarny oparty na polskim złotym, własny bank dzięki ministrowi skarbu Druckiemu-Lubeckiemu, no i rzecz w sumie niesłychana – własną świetnie wyszkoloną armię opartą na oficerach, weteranach wojen napoleońskich, np. generał Józef Zajączek, namiestnik Królestwa i przyszły dyktator powstania listopadowego, generał Józef Chłopicki robili swą karierę wojskową w Legionach, walcząc m.in. z Rosją, której wydawało się, że nie przeszkadza ich antyrosyjska przeszłość. Ponadto język polskim był językiem urzędowym, zaś konstytucja gwarantowała wolność słowa. Podsumowując, najwięcej konstytucyjnych praw i tym samym największą niezależnością cieszyła się ludność Kongresówki, przynajmniej do roku 1830, i tym samym na paradoks zakrawa, iż właśnie w zaborze rosyjskim nienawiść do zaborcy była największa i że właśnie na terytorium Królestwa Polskiego wybuchło największe powstanie przeciwko zaborcom, powstanie listopadowe. Szukając przyczyn tego zrywu niepodległościowego, jakim stało się powstanie, trudno je znaleźć w prześladowaniach rosyjskich, takowych po prostu nie było. Królestwo było skrawkiem wolności nie tylko w porównaniu do innych zaborów, ale i Rosji, która w najlepsze funkcjonowała wedle zasad samodzierżawia. W tym sensie rozwiązania polityczne przyjęte w Polsce stanowiły wyraźny ukłon w stosunku do oczekiwań Polaków. Tak jakby Rosjanie podjęli wysiłek zwalczenia polskiej rusofobii. Jednakże siły, które doprowadziły do wybuchu powstania opierały się na dążeniu Polaków do uzyskania pełnej niepodległości. Wolności, które przyniosło Królestwo były niewystarczające. Najpoważniejszym zaś czynnikiem, który uniemożliwiał racjonalną ocenę sytuacji, była nasza rusofobia. Polska, kraj o wyższej demokratycznej, zachodniej kulturze nie może być zależna od wschodniego barbarzyńcy, który jedynie sile swoją pozycję zawdzięcza. Jednakże generalnie rzecz biorąc, przynajmniej w początkowym okresie, a już na pewno w przeciągu osławionej nocy listopadowej z 29 na 30 listopada 1830 roku rusofobiczne nastawienie społeczeństwa miało trudności, by się zmaterializować. Korzyści z panującej sytuacji były zbyt duże, by podejmować straceńczą walkę. Spójrzmy jak spisek się zawiązał. Źródłem jego była założona przez ks. Konstantego Romanowa, brata cara Aleksandra I, Szkoła Podchorążych kształcąca na potrzeby polskiej armii niższych oficerów. Jego przywódcą, lepiej powiedzieć w oparciu o późniejsze zachowania spiskowców – prowodyrem, był porucznik Piotr Wysocki, który kierując się tym, co nazywano patriotyzmem, doprowadził do wybuchu powstania. Zadziwiające, iż organizatorzy spisku nie mieli żadnej personalnej ani instytucjonalnej wizji powstania.  Nie wiedziano kto ma powstaniem kierować i w jakich formach instytucjonalnych mają jego władze funkcjonować. Następstwem tego zdumiewającego nieprzygotowania było chaotyczne poszukiwanie przywódcy rebelii w noc jej wybuchu. Przywódcy nie znaleziono, zaś znajdujący się pod wpływem patriotycznej frenezji spiskowcy – a jest to pochlebiające im przypuszczenie, pokrywające się z praktykowaną linią historiograficzną – zamordowali (brzmi kryminalnie, a więc może lepiej zastrzelili) sześciu generałów i jednego półkownika, którzy odmówili akcesu do ich przedsięwzięcia. Zastrzeleni oficerowie wcześniej byli zaangażowani w wojnach napoleońskich i trudno ich podejrzewać o rusofilstwo. Po prostu albo widzieli, że operacja nie ma sensu, albo odmawiali działania pod przymusem. W nocy z 29 na 30 listopada zostali w akcie „patriotycznej” (ponieważ taki wydźwięk próbuje się temu nadać, co jest ewidentnym nadużyciem) ekstazy zastrzeleni generałowie Stanisław Potocki, Stanisław Trębicki, Maurycy Hauke, Józef Nowicki, Ignacy Blumer i Tomasz Siemiątkowski, zabito także pułkownika Filipa Meciszewskiego. Zamordowanym wadze carskie zbudowały na placu Saskim w Warszawie pomnik. Generała Haukego zamordowano na oczach rodziny i w jego ciele znaleziono 19 ran od kul i bagnetów.  Po postawieniu im pomnika początkowa kwalifikacja zabitych oficerów, którzy w walce z carską Rosją jako kościuszkowcy i legioniści zbudowali kariery z lojalistów została zmieniona na łajdaków. Krążył wiersz nawiązujący do konstrukcji pomnika „Osiem lwów i czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków”.  Wygląda, iż martyrologiczna  rusofobia stała się nie do opanowania i dla dania jej ujścia z braku argumentów uciekano się do wyzwisk. Niemniej nastawienie społeczne było rusofobiczne i w konflikcie między zdrowym rozsądkiem a frenezją patriotyczną, emocje zwyciężyły. Przeciwnik powstania gen. Chłopicki został jego dyktatorem i stworzona przez Rosjan polska armia podjęła walkę z tymi, którzy ją do życia powołali. Mimo, iż armia polska była świetnie wyszkolona i miała doświadczoną kadrę oficerską, wynik konfliktu nie mógł być inny niż klęska. Zastanawiając się nad przyczynami powstania i dlaczego zmanipulowana młodzież je zainicjowała, odnoszę wrażenie, iż celem jego wywołania było zlikwidowanie instytucji liberalnych Królestwa i zastąpienie ich tworami bardziej kompatybilnymi, tak z cesarstwem rosyjskim, jak i pozostałymi konserwatywnymi zaborcami. Do Wiosny Ludów było jeszcze daleko i chciano w Europie utrzymać niezagrożony porządek monarchiczny. Wybuch powstania był okazją, by modernistyczny polsko-rosyjski eksperyment społeczny w formie Królestwa po prostu zlikwidować. Zwłaszcza gdy carem po śmierci Aleksandra I został Mikołaj I, który w przeciwieństwie do swego brata ani nie był propolski, ani prospołeczny. I tak się stało. Konstytucja została zastąpiona tzw. Statutem Organicznym, rola Sejmu i Rady Stanu została osłabiona, wojsko polskie zlikwidowane, wzmocniona została cenzura i nadzór policyjny. To w sferze instytucjonalnej, w sferze społecznej zaś po upadku powstania wielu skazano na karę śmierci, tysiące zesłano na Syberię, nastąpiły konfiskaty majątków szlachty nie będącej w stanie legitymować szlacheckiego pochodzenia no i Wielka Emigracja, oprócz intensyfikacji polskiej działalności politycznej w skali międzynarodowej, w kraju przyniosła drenaż wykształconych elit, co negatywnie wpływało na życie społeczne i gospodarcze. 

Kolejna odsłona rusofobii martyrologicznej. Powstanie styczniowe

Jak by było mało smutnych listopadowych doświadczeń, pokolenie później znowuż się Królestwo Polskie zrywa do walki. 22 stycznia 1863 roku tzw. Tymczasowy Rząd Narodowy proklamował wybuch powstania, zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie chłopów, których planowana emancypacja miała zapewnić powstaniu rekruta. Niestety chłopstwo nie za bardzo wierzyło władzy, która miała cechy samozwańczej, w dodatku niezbyt zdolnej do egzekucji swych deklaracji i chłopi nie poszli za wezwaniem. Woleli poczekać na „prawdziwe” zniesienie pańszczyzny, którego rok później dokonał ukaz cara Aleksandra II. Dobrze jest podkreślić, iż chłopstwo ukraińskie przyjęło inicjatywę uwłaszczeniową z wrogością, a w przypadku ziem etnicznie polskich możemy mówić o obojętności. Otóż na ziemiach ukraińskich reforma rolna Tymczasowego Rządu Narodowego przyjęła formę tzw. Złotej Hramoty, której próby materializacji doprowadziły do tragicznych następstw. Jak podaje Wikipedia, we wsi Sołowiejówka (okolice Żytomierza) próba objaśnienia i wcielenia w życie reformy doprowadziła do krwawego samosądu chłopów na około 20 emisariuszach Tymczasowego Rządu przybyłych z misją agitacyjną. Dwunastu emisariuszy zostało zamordowanych, a resztę ciężko rannych wydano władzom rosyjskim. Jak widzimy, najliczniejsza warstwa społeczeństwa polskiego – chłopstwo – miała do powstania stosunek albo obojętny, albo wrogi. Pozostała zasobna w wiedzę, ale nie kapitały inteligencja, oraz – jak ją się intencjonalnie postrzega – ostoja polskości, czyli szlachta. Ostoja pamiętała jednak  represje po powstaniu listopadowym, zwłaszcza konfiskaty majątków i jej stosunek do powstania aczkolwiek pozytywny, był przesiąknięty obawą o skutki. W konsekwencji siłą motoryczną powstania była inteligencja, nowa formująca się warstwa, którą niedawna Wiosna Ludów ideami sprawiedliwości społecznej wypełniła, i której o tyle łatwo było pozwalanie sobie na radykalizm, że z racji niewielkiego stanu posiadania nie obawiali się strat majątkowych.  Innymi słowy, stosunek społeczeństwa do powstania nie był jednoznacznie pozytywny. Gdy zaś na powstanie spojrzymy przez pryzmat militarny, a on przecież miał zadecydować, to zobaczymy całkowitą nieadekwatność zamierzeń, którymi dla przypomnienia było wyzwolenie Polski, do posiadanych środków. Artyleria była nieistniejąca, kilka lekkich dział zdobytych w potyczkach było niewystarczających do poprowadzenia regularnych działań polowych, broń palna długa po pierwsze nikła ilościowo, po drugie – zbyt zróżnicowana, by mogła stanowić uzbrojenie liczniejszych oddziałów, amunicji jak na lekarstwo, zaś zróżnicowanie broni palnej stanowiło koszmar logistyczny. W jakimś sensie broni białej było dużo, zwłaszcza kos sztorcem ustawionych, jak Racławice ponad pół wieku wcześniej dowiodły, stanowiących pewien militarny potencjał, ale tych, co mieliby tych kos te ponad półwieku później używać, chłopów, zabrakło… Ujmując sprawę liczbowo, ilość bojowo aktywnych powstańców znajduje się w przedziale 10 000 – 30 000. Biorąc pod uwagę, iż naprzeciw znajdowała się regularna armia dysponująca siłą ponad 300 000 żołnierza, pojawia się pytanie dlaczego my w ogóle dyskutujemy problem sukcesu militarnego powstania, które nie miało żadnych możliwości, by wyjść z tej walki zwycięsko. Spójrzmy teraz całościowo na oba zrywy. To co je łączy, to fakt, że oba miały miejsce na terenach zaboru rosyjskiego. To, co odróżnia, to fakt, iż powstanie listopadowe miało środki w sensie uzbrojoną i wyszkoloną armię, ale nie miało w momencie wybuchu ani społeczno-politycznych celów (poza życzeniem „my chcemy być wolni”), ani władzy, która miałaby te cele realizować. W przypadku powstania styczniowego sytuacja była dokładnie odwrotna: władza oraz polityczne zamierzenia przed powstaniem były określone, jednakże nie było środków. Upraszczając, powstanie listopadowe z racji wskazanych braków nie wiedziało jak wykorzystać posiadane środki, zaś powstanie styczniowe nie wiedziało jak zrealizować zamierzone cele. W pierwszym więc przypadku powstanie było bezcelowe, natomiast w drugim – nie miało możliwości realizacji. Uogólniając, tak powstanie listopadowe, jak i te 30 lat później podjęte nie mają żadnych zalet, prócz wspominkowych, w znaczeniu, iż przyszłym pokoleniom przypominały, iż ich przodkowie walczyli o Polskę niepodległą i w ten sposób zachowała się idea niezależnej Polski. Zakładając, iż pamięć narodowa przechowuje się dzięki walce zbrojnej, pozostaje mimo wszystko pytanie dlaczego walczono przede wszystkim w zaborze rosyjskim, zaś pruski jak i austriacki zaznały jedynie symbolicznych zrywów. I nie można powiedzieć, że w tych zaborach wygasła pamięć o Polsce, jak tego dowodzi chociażby walka z bismarckowskim Kulturkampfem czy Hakatą w zaborze pruskim.  Jeżeli zaś chodzi o zabór austriacki, to walka o polskość była prowadzona metodami politycznymi, kulturowymi czy ekonomicznymi (np. Stańczycy, Towarzystwo Szkoły Ludowej, ruch spółdzielczy czy też patriotyczno-sportowy Sokół). W 1867 roku Galicja uzyskała własny Sejm Krajowy. Język polski stał się językiem urzędowym w administracji i szkolnictwie. Notabene takie uprawnienia uzyskali Polacy w zaborze rosyjskim 50 lat wcześniej, plus własna armia i kto wie czy z tego właśnie powodu nie wybuchło to potrzebne jedynie polskiej romantycznej narracji historycznej powstanie. Poświęcam obu powstaniom wiele uwagi, ale sądzę, że ich podłożem była ukształtowana historycznie rusofobia, zaś ich klęski wzmocniły te negatywne uczucia, czyniąc z nas cierpiętniczych rusofobów, których dążeniem stało się odegranie się na wschodnich „barbarzyńcach”. I niewiele zmienia, jak wcześniej napisałem, iż polska rusofobia nie jest rodzimego chowu, że ten rasistowski sentyment w skomplikowanym procesie budowy katolickiej i protestanckiej Europy został u nas zaimplantowany. 

Czarnomorska polityka Rosji. Wojna krymska

Jak próbowałem pokazać, w okresie Oświecenia rusofobia straciła sporo na agresywności. Jednakże skuteczne dążenie Katarzyny Wielkiej do Morza Czarnego doprowadziło w 1783 roku do opanowania Krymu. Rosja stała się potęgą na Morzu Czarnym, a nadto Turcja zaakceptowała status Rosji jako protektora prawosławia. W Turcji z racji podporządkowania sobie Bałkanów żyła duża grupa ludzi wyznania prawosławnego. Status ich obrońcy pozwalał Rosji wpływać na sytuację wewnętrzną Imperium Osmańskiego. Prawo do opieki nad prawosławnymi stało się elementem polityki zagranicznej Katarzyny, a także narzędziem, które mogło być wykorzystane do legitymizacji ekspansji. Ten wzrost potęgi geostrategicznej Rosji, a także umocnienie się jej statusu dyplomatycznego wywołały reakcję Zachodu, dla którego oznaczało to  umniejszenie własnej, dominującej świat pozycji. Rosja zbyt skutecznie sobie na wiele pozwalała. W efekcie napoleońska Europa podjęła bezowocny wysiłek degradacji pozycji Rosji, uzyskując jak wiadomo efekt przeciwny do zamierzonego. Wpływy Rosji rosły. Kto wie czy temuż właśnie faktowi nie należy przypisać wyjątkowo korzystnego statusu uzyskanego przez Królestwo Polskie, które na nieszczęście nie został poważnie przez Polaków potraktowany. Tak czy inaczej, zachodnia rusofobia zaczęła narastać. Rosja okazała się bardzo zręcznym graczem, naturalnie łącząc ochronę interesów prawosławnych chrześcijan z celami geostrategicznymi uzyskania kontroli nad cieśninami Dardanele, Morzem Marmara i Bosforem. Te dwa wątki, geostrategiczny i ochrony prawosławia, przeplatały się w polityce zagranicznej Rosji, prowadząc między innymi do militarnego i dyplomatycznego poparcia powstań w Grecji i Serbii doprowadzających do uzyskania w 1830 roku niepodległości przez Grecję i autonomii przez Serbię. Wzrost wpływów i statusu Rosji na Bałkanach, a także przybliżanie się jej do strategicznego celu, jakim były cieśniny, co wynikało między innymi ze słabnącej siły Turcji, zaniepokoił mocarstwa zachodnie, których odpowiedź przybrała charakter rusofobicznej propagandy. Jednakże propaganda to było za mało, by powstrzymać Rosjan, którzy w 1853 roku przekonywująco zniszczyli pod Sinope flotę turecką. Fakt ten przekonał Francję i Anglię przy poparciu Austrii do militarnego zatrzymania Rosjan. Wojna nazwana krymską zmaterializowała się. Jej uzasadnieniem medialnym było prawo Zachodu do humanitarnej interwencji oraz walka przeciw rosyjskiej tyranii. Czy ktoś wątpi, że osmańska Turcja była oazą demokracji i praw człowieka? Wojna krymska zakończona w 1856 roku zwycięstwem wojsk francusko-brytyjskich jest postrzegana jako pierwszy nowoczesny konflikt militarny w sensie logistycznym (użycie jako transportu parowców i kolei), techniki militarnej (użycie artylerii strzelającej pociskami wybuchowymi),  informacyjnej i propagandowej (użycie powszechne telegrafu i po raz pierwszy fotografii dla budowania zautentyzowanej narracji medialnej). W wyniku porażki Rosji jej ekspansja została zahamowana. Dla Zachodu sukces ten był potwierdzeniem własnej supremacji. Dla Rosji stał się zaś zimnym prysznicem, który pobudził ją do reform. 

Praca organiczna i jej wpływ na treść rusofobii

W tymże kontekście międzynarodowym trzeba widzieć powstanie styczniowe. Kolejny nieudany zryw wygenerował strategię pracy organicznej. Społeczeństwo utraciło animusz bojowy, ale znalazło motywację do aktywności gospodarczej i kulturalnej. Jednymi z ważniejszych były reformy agrarne, które nie tylko zmieniły strukturę własności ziemskiej, ale też zwiększyły wydajność pracy rolnej i poprawę życia wiejskiego. Ponadto poprzez rozwój przemysłu tekstylnego w Łodzi z olbrzymim rynkiem zbytu w Rosji oraz wydobywczego w Zagłębiu Dąbrowskim, Królestwo, chociaż nazywane też Nadwiślańskim Krajem, wkroczyło na drogę industrializacji. Ta zaś przyniosła rozwój transportu kolejowego i drogowego. Generalnie rzecz biorąc, wzmocniła się tkanka społeczna. Powstały towarzystwa naukowe i kulturalne, które wspierały tak działalność naukową, jak i kulturalną. Należy też podkreślić rozwój literatury, malarstwa i muzyki, która to działalność podejmowała tematy związane z polską historią i tożsamością. W tamtym okresie powstało wiele dzieł stanowiących dzisiejszy kanon polskiej sztuki. Reasumując, strategia pracy organicznej okazała się o wiele efektywniejszą metodą dbania o polską tożsamość narodową niż powstania. Jednakże nie oznacza to, iż rusofobia zniknęła. Wręcz przeciwnie – przybrała jednak inny charakter, ciągle martyrologiczna, przedstawiała się w dwóch formach: pozytywistycznej i niepodległościowej. Ruch pozytywistyczny, aczkolwiek krytyczny wobec powstań i starający się nie przejawiać niechęci wobec Rosji, nieoficjalnie, np. w prywatnych rozmowach, hołdował rusofobii. Jeżeli chodzi o sztukę, to można tu wskazać na Bolesława Prusa, który w Lalce dość ośmieszająco wypowiadał się o instytucjach carskich, a także na Stanisława Moniuszkę, który w swojej operze Straszny dwór nawiązywał do przebrzmiałej wielkości Rzeczypospolitej, w czym cenzura odczytała nacjonalistyczne i antyrosyjskie przesłanie i zdjęła ją z afisza. W duchu zawoalowanej krytyki caratu wypowiadał się także Aleksander Świętochowski. No i trudno tutaj nie wspomnieć Romana Dmowskiego, który był dość interesującą syntezą rusofobii i rusofilii. Jego rusofobia wyrażała się w poczuciu, iż Rosja jest niższa kulturalnie, zaś rusofilia w przekonaniu, że strategicznie jest lepiej z Rosją współpracować i jest to znacznie mniej niebezpieczne niż tworzyć coś z Niemcami, których postrzegał jako historycznych wrogów Polski. Nurt drugi – nazwijmy go niepodległościowym – wyrażał swoją rusofobię w sposób o wiele bardziej otwarty i radykalny. Dla przykładu do celów, które sobie stawiał, należało np. obalenie caratu. Ponadto, mimo iż nie widziano możliwości powstania w bliskiej przyszłości, ciągle widziano jego potrzebę celem odzyskania niepodległości i w tym celu rozwijano działalność konspiracyjną. Wreszcie w narracji niepodległościowców Rosja była największym wrogiem Polski i jedynie jej pokonanie mogło zwrócić wolność. Do reprezentantów tego typu myślenia można zaliczyć Ludwika Waryńskiego, Józefa Piłsudskiego oraz Stanisława Brzozowskiego, literata, dla którego carat był systemem zniewolenia społecznego. Wyrażał on opinię, iż autokracja jest sprzeczna z ideą społeczeństwa obywatelskiego i że kultura rosyjska nie służy wolności człowieka, ale reprezentuje ideologię państwową. Mam też wrażenie, iż mimo pokojowej formalnie rusofobii pracy organicznej, to właśnie w drugiej połowie XIX wieku zainstalowała się ona na trwałe w polskiej mentalności. I trzeba powiedzieć, iż rusyfikacyjna polityka Rosji wyraźnie się do niej przyczyniła. Jakby dwa powstania wystarczyły, by zakończyć próby znalezienia wspólnego języka z Polakami. Ciekawe, że w sumie dość ograniczone reformy w zaborze austriackim, prowadzące do jego autonomii począwszy od 1867 roku, w sumie wygenerowały wrażenie, iż był to zabór, w którym Polacy czuli się najlepiej. Obraz, a z czasem mit Franciszka Józefa (1848–1916) jako surowego, ale sprawiedliwego cesarza, budził sympatię w Galicji i mimo, iż dużym stopniu był kształtowany przez propagandę, pozwalał lepiej niż w innych zaborach znosić ograniczenia wolności. 

Rusofobia i germanofobia porównawczo

Biorąc pod uwagę, iż okres zaborów zmierza ku końcowi, interesujące jest odpowiedzenie sobie na pytanie, w którym z trzech zaborów polityka zaborcy była najbardziej antypolska i tym samym generowała uczucia rusofobiczne lub germanofobiczne. Jak powyżej zasygnalizowano, nasilenie procesów zwalczania polskości w drugiej połowie XIX wieku było relatywnie słabe w zaborze austriackim i bardzo nasilone w pruskim i rosyjskim. Spójrzmy na zabory pruski / niemiecki oraz rosyjski. Stosowane w nich metody rusyfikacyjne i germanizacyjne były bardzo różnorodne. Różnice zaś dotyczyły m.in. tego, kto realizował daną politykę, dlaczego ona była wcielana w życie, jakimi metodami i jakie były jej krótkoterminowe oraz dalekosiężne skutki. Pierwszy z postawionych problemów dotyczy kwestii kto realizował germanizację i kto realizował rusyfikację. Za rusyfikację były odpowiedzialne instytucje państwa rosyjskiego, natomiast w zaborze pruskim germanizacja była realizowana tak przez administrację państwową, jak i organizacje społeczne. Dla Rosjan celem była mniej lub bardziej forsowna asymilacja społeczeństwa polskiego; dla Niemców  – tworzenie społeczeństwa niemieckiego na terenach polskich, za cenę wyparcia polszczyzny.  W związku z tym spektrum germanizacji było znacznie szersze niż spektrum rusyfikacji. Bismarckowski Kulturkampf była to walka z katolicyzmem. Komisja Osadnicza utworzona w 1886 roku dążyła do podważania statusu ekonomicznego społeczeństwa polskiego poprzez wykup ziemi. Praca Polaków w służbie państwowej była ograniczana, zaś organizacja społeczna Hakata (oficjalnie nazywająca się Niemiecki Związek Marchii Wschodniej, działała od 1894 roku, nieformalnie jej nazwa pochodziła od inicjałów nazwisk jej założycieli  Ferdinanda von Hansemanna, Hermanna Kennemanna i Heinricha von Tiedemanna; jest najbardziej znanym przykładem jak społeczeństwo niemieckie wspierało państwo niemieckie w wale z żywiołem polskim. Inne przykłady to Grenzschutz Ost oraz Bund Deutscher Osten) budowała propagandowo pozytywny obraz społeczeństwa niemieckiego i degradujący obraz Polaków. W efekcie germanizacja miała charakter zarazem perspektywiczny i systemowy. Dla swej efektywności uciekała się do metod tak twardych, jak i miękkich, a to celem uniknięcia wrażenia, iż jest brutalna. Takiej charakterystyki nie można zastosować wobec rusyfikacji, która, w przeciwieństwie do polityki niemieckiej, była nie tyle systemowa, ile akcyjna. Pojawiał się problem i trzeba było go rozwiązać. Po drugie, organizacji społecznych zwalczających polskość nie było, po trzecie, aczkolwiek prawosławie było promowane, to katolicyzm nie był zwalczany. Wreszcie, w przeciwieństwie do zaboru niemieckiego, nie było rosyjskiej akcji kolonizacyjnej na ziemiach polskich. Rusyfikacja opierała się na represjach i była o wiele bardziej brutalna. Germanizacja zaboru pruskiego  opierała się na degradowaniu statusu polskości i promowaniu niemczyzny. Rusyfikacja była bardziej dolegliwa w sensie natychmiastowym, ale germanizacja, aczkolwiek mniej brutalna, na dalszą metę w związku ze swym planowym i globalnym charakterem była o wiele bardziej skuteczna. Rusyfikacja rodziła sprzeciw, germanizacja, naturalnie rodząc sprzeciw, z uwagi na podcinanie korzeni polskiej tożsamości perspektywicznie przynosiła poważniejsze depolonizacyjne skutki. Odmiennie od tych dwóch twardych polityk prezentuje się  system austriacki. Jako, że od Wiosny Ludów polityka ta nie była twarda, skąd płynął mit dobrego cesarza Franciszka oraz austriackiej tolerancji; wypracowała sobie model inżynierii społecznej, stosując metodę „dziel i rządź”. Imperium Habsburgów było konglomeratem narodowości i klas społecznych. Jego władcy zauważyli, że odgórne, siłowe reagowanie na przejawy buntu społecznego przynosi jego radykalizację i gdy przybierze on zbyt wielkie rozmiary potrzebna jest zewnętrzna interwencja. Tak jak się stało w przypadku powstania węgierskiego 1848–1849, co jednak mocno obniża prestiż międzynarodowy, zaś w przypadku Austrii musiała się ona jeszcze liczyć z konkurencją Prus o prymat w związku państw niemieckich. Tak więc Habsburgowie doszli do wniosku, iż w konflikcie lepiej być arbitrem niż stroną. Zróżnicowanie społeczne i narodowe ich monarchii otworzyło Habsburgom nieskończone możliwości manipulacji społecznej, w której arbitraż konfliktu był narzędziem podstawowym. Przykładem niechaj będzie tzw. rabacja galicyjska (nazwa rabacja wywodzi z słowa niemieckiego „rauben” oznaczającego „grabić”. Kto pierwszy użył tej nazwy – nie wiadomo, podobno tak się nazywali sami chłopi uczestniczący w zajściach). W 1846 roku w Galicji szykuje się zryw niepodległościowy, tzw. powstanie krakowskie. Do walki z nim Austriacy nie używają wojska, wykorzystują natomiast nastroje antyszlacheckie wśród chłopstwa, które sami stworzyli. I tak chłopi dowiedzieli się, że szlachta chce przywrócenia pańszczyzny i powrotu do zniewolenia. Zachęcano więc je do ataków na dwory szlacheckie, obiecując wynagrodzenie. W efekcie powstanie można powiedzieć w ogóle nie doszło skutku. Podobno trwało dziewięć dni, co wystarczyło, by pozbawić Kraków statusu wolnego miasta nabytego podczas Kongresu Wiedeńskiego. Innym obszarem inżynierii socjalnej Habsburgów była religia. Uporczywie, by pomniejszać rolę katolicyzmu i prawosławia, wspierano unitów, którzy po rządami austriackimi nabyli nobliwą nazwę Kościoła greckokatolickiego. Bolesnym przebudzeniem było przerodzenie się unitów najpierw w nacjonalistów ukraińskich, a później w faszystów. Kolejnym obszarem była polityka narodowościowa, która starała się faworyzować Rusinów kosztem Polaków. Przez cały okres zaborów Lwów był stolicą Galicji, co ewidentnie pomniejszało rolę dawnej stolicy Polski, Krakowa. Uogólniając, manipulacyjna polityka austriacka nie była represyjna jak rosyjska, nie była na tyle niszcząca tożsamość kulturową i ekonomiczną jak pruska, ale była uniemożliwiająca odtworzenie się lub powstanie poczucia więzi narodowej między Polakami. Austriacy nie chcieli mieć do czynienia z jedną, zjednoczoną grupą narodową, a takich efektów doczekali się Rosjanie i Prusacy. Oni woleli podsycać partykularyzmy, rozwijać je do poziomu konfliktu, a później  dokonywać korzystnego dla siebie arbitrażu. Mistrzowie divide et impera. W sumie mamy paradoks: polityka rosyjska jawi się jako najmniej skuteczna i wręcz do odwrotnych skutków prowadząca. W jej wyniku polskość się umacnia. Czyżby Rosjanie nie zdawali sobie sprawy, iż represyjna polityka przyniesie takie właśnie skutki? Królestwo Polskie w latach 1815-1830 pokazało, iż są w stanie bardzo „miękką” politykę prowadzić, z opłakanymi dla siebie zresztą skutkami.  Czy też Rosjanie żadnej polityki wynaradawiającej nie mieli, zaś ich akcje miały porządkowy, z ich punktu widzenia, charakter? W konsekwencji taka policyjno-represyjna polityka przynosiła skutki odwrotne od zamierzonych, umacniając poczucie tożsamości narodowej i rusofobii. W przeciwieństwie do zaborcy rosyjskiego, austriaccy i pruscy zaborcy prowadzili politykę o konsekwencjach poważniejszych dla polskiej tożsamości. Niemniej była ona lepiej przyjmowana, w przypadku Austrii nawet akceptowana. Pytanie: dlaczego? Myślę, że niezbyt krytyczny odbiór ich zachowań przez społeczeństwo polskie wynika z ich przynależności do podziwianego Zachodu.

Koniec koncertu mocarstw. Nadzieje niepodległościowe Polski

Koniec wieku przyniósł poważne naprężenia między zaborcami, które zaowocowały ich podziałem i w konsekwencji stworzeniem antagonistycznych sojuszy militarnych (Ententa w której znaleźli się Rosjanie, i blok Państw Centralnych, którego osią był sojusz Niemiec i Austrii). Była to zmiana, która Polakom dała szansę wygrywania sprzecznych interesów państw wcześniej reprezentujących jednolity front wobec sprawy polskiej. Jest jednakże charakterystycznym, iż w zaborowej Polsce nie pojawiła się żadna siła polityczna, która by chciała niepodległość wygrywać w oparciu o Rosję. I działo się to w sytuacji, gdy państwa zaborcze podjęły wysiłek – nazwijmy to – uwodzenia Polaków. Rozpoczęli Rosjanie; tuż po wybuchu wojny naczelny wódz armii rosyjskiej 14 sierpnia 1914 roku wydał manifest, w którym zapowiadał zjednoczenie ziem polskich w ramach Imperium Rosyjskiego z własnym samorządem, wolnością języka i kultury. Na odzew Państw Centralnych nie trzeba było długo czekać: 5 listopada 1916 roku ogłosiły one utworzenie samodzielnego państwa polskiego z dziedziczną monarchią i konstytucją. Co do terytorium – był problem, bo miało ono zaistnieć na ziemiach odebranych Rosji, nie zaś na terenach ich zaborów. Zdobycie władzy przez komunistów w Rosji w sensie deklaratywnym nie zmieniło podejścia rosyjskiego, a nawet poszli oni dalej niż carat, bowiem w sierpniu 1918 roku bolszewicy wydali dekret o niepodległości Polski, w którym formalnie uznali niezależne państwo polskie. Dwaj czołowi politycy tego okresu, Piłsudski i Dmowski, aczkolwiek reprezentowali odmienne podejścia do tego jak odzyskać niepodległość i jak ma Polska po odzyskaniu tejże wyglądać, to nie robili tego we współpracy z Rosją. Piłsudski wcielał swoje koncepty walki konspiracyjnej i militarnej w oparciu o Austrię i Niemcy, zaś Dmowski realizował swoje zamysły na drodze dyplomatycznej, negocjując z Francją i Anglią. W odróżnieniu od Piłsudskiego, który postrzegał Rosję jako główne zagrożenie dla niepodległości Polski, Dmowski uważał, że to Niemcy są podstawowym niebezpieczeństwem dla naszego bytu narodowego. W efekcie był zorientowany na Ententę i tym samym nie wykluczał współpracy z Rosją. Jednakże jego spojrzenie na Rosję uległo zasadniczej zmianie po rewolucji bolszewickiej, która generalnie rozpaliła ponownie nastroje rusofobiczne, tak na Zachodzie, jak i w Polsce. Niepodległość Polski i jej usankcjonowanie przez traktat wersalski były przede wszystkim następstwem klęski państw zaborczych. Idee terytorialnego, historycznego odtworzenia państwa polskiego reprezentowane przez odmienne koncepcje Piłsudskiego i Dmowskiego posiadały swoje następstwa polityczne. Wyobrażenia Piłsudskiego bazowały na wazowskim, wschodnim i północnym imperializmie. Wbrew temu co się sądzi o Jagiellonach i ich wschodnim imperializmie, trzeba podkreślić, iż to Jagiellonowie powstrzymali ekspansję niemczyzny na nasze ziemie. Bitwa pod Grunwaldem, wojna trzynastoletnia, hołd pruski – to dzieła ich polityki. Ponadto to za ich panowania została wygenerowana osławiona polska tolerancja, która później na fali jezuickiej kontrreformacji, której nasilenie przypadło na okres Wazów została zniszczona, co ewidentnie przyczyniło się do zwiększenia intensywności konfliktów na linii polski katolicyzm – ruskie prawosławie. Tymczasem  idee Dmowskiego nawiązywały do państwa piastowskiego w znaczeniu etnicznie czystej Polski. Niemniej on i jego idee, zwłaszcza po zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza, zostały politycznie zmarginalizowane. W konsekwencji Piłsudski chciał Polski mniej lub bardziej odtwarzającej Rzeczpospolitą Obojga Narodów, co w jakimś stopniu mu się powiodło po traktacie ryskim wieńczącym zwycięską wojnę polsko-bolszewicką oraz akcji tandemu Piłsudski-Żeligowski siłowo przyłączającej Wilno z przyległościami do Polski. Problem w tym, że odtworzona neojagiellońska Rzeczpospolita o granicach jak sprzed drugiego rozbioru, była państwem wielonarodowym i wielokulturowym. Trudności zarządzania takim państwem, z którymi I Rzeczypospolita nie potrafiła sobie poradzić, w II Rzeczypospolitej powróciły ze zwielokrotnioną siłą. U ich źródła zaś stała rusofobia Piłsudskiego, pod wpływem którego odtwarzała się ona jako państwo antyrosyjskie. Wynikało to z faktu, iż obszary, które w jego koncepcji powinny stanowić odtworzone państwo polskie, oprócz tego, że były przedmiotem zainteresowania Rosji, to przede wszystkim posiadały własne dążenia państwowotwórcze. Tymczasem Piłsudski funkcjonował jakby okres zaborowy nie zaistniał i Rzeczpospolita miała prawa do terytoriów, nad którymi niegdyś panowała. Piłsudski zdawał sobie jednak sprawę, że jego wizja nie spotka się z aprobatą Rosji, nieważne czy Czerwonej czy Białej, i w związku z tym konstruował antyrosyjskie projekty geopolityczne, takie jak Federacja Międzymorza, czy też prometeizm. Federacja Międzymorza miała połączyć Polskę z państwami leżącymi w pasie Bałtyk-Morze Czarne, czyli Estonię, Łotwę, Białoruś, Ukrainę i Rumunię, w rodzaj obronnego, sfederowanego sojuszu o praktycznym ostrzu antyrosyjskim i teoretycznie antyniemieckim. W stosunku do znaczenia Polski była to koncepcja zbyt ambitna, a ponadto państwa objęte nią miały podejrzenia, iż jest ona przykrywką polskiego imperializmu. W przypadku Litwy akcja Żeligowskiego potwierdziła te podejrzenia, a w przypadku Ukrainy, jedynego państwa, z którym Rzeczpospolita podpisała stosowny układ, skończyło się tak, jak powiedział Piłsudski wizytując internowanych w Kaliszu żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej, tzw. petlurowców – po naszej stronie w wojnie z bolszewikami walczących: „Ja was przepraszam, Panowie, to nie tak miało być”. A jak miało być? Ukraina i Polska miała utworzyć sojusz dwóch niezależnych państw. A wyszło, że Polska i Rosja Radziecka traktatem ryskim dokonała rozbioru Ukrainy, którego efektem był m.in. straszny los Polaków osiedlonych w podobno polskiej części Ukrainy, no i oczywiście zbliżenie ukraińsko-niemieckie. Prometeizm był konceptem wynikającym z postrzegania Rosji jako imperium, które swą państwowość na swoim olbrzymim terytorium zbudowało wbrew woli społeczeństw, które weszły w jego skład. Tym samym ofensywna obrona przeciw imperialnym skłonnościom rosyjskim powinna polegać na osłabianiu Rosji poprzez rozbudzanie instynktów narodowych społeczeństw ją tworzących. Powstające konflikty narodowe mogą tak osłabić Rosję, że nie tylko nie będzie miała siły do dalszej ekspansji, ale może ulec autodestrukcji. No cóż, można jedynie stwierdzić bez wchodzenia w szczegóły, że od czasu do czasu lokalnie jakiś problem narodowościowy się pojawia, ale jak do tej pory nigdy nie osiągnął masy krytycznej zagrażającej całości.

Międzywojenny nawrót rusofobii triumfalistycznej

Jak widzimy, w swych najbardziej dopracowanych, co nie oznacza skutecznych, konceptach geopolitycznych II Rzeczpospolita była rusofobiczna. I po raz pierwszy od chyba ponad 200 lat ta rusofobia nie była martyrologiczna. Tak jak w okresie jagiellońskim i Wazów, znowu stała się arogancka, oparta na kompleksie wyższości. Ta arogancja wynikała nie tylko z faktu, iż carska Rosja została zniszczona, zaś powstała na jej gruzach bolszewicka Rosja stanowiła nowość, której przetrwanie nie było oczywiste, ale przede wszystkim z mitu konstytutywnego II Rzeczypospolitej, którym była szczęśliwie zwycięska bitwa warszawska. Bitwa była rezultatem agresywnego wcielania w życie koncepcji Międzymorza i w zamyśle Piłsudskiego pierwszym elementem tej geopolitycznej układanki miał być sojusz z Ukrainą. W tym celu wojska polskie podjęły ofensywę na Kijów, by pomóc w utworzeniu przyjaznej Polsce (czyli wrogiej Rosji) Ukrainy i w rezultacie zacząć wcielać w życie jakąś formę Federacji Międzymorza. Trudno uznać Kijów za staropolskie miasto, chociaż po Unii Lubelskiej przez ponad 100 lat nim władaliśmy, niemniej w stanie (teraz by się powiedziało) pomroczności jasnej poszliśmy w kwietniu 1920 roku na Kijów, w maju zdobyliśmy go, podefilowaliśmy i w tym samym maju w wyniku radzieckiej kontrofensywy pośpiesznie opuściliśmy go, by zatrzymać się pod Warszawą i tam stawić opór. Piłsudski lubił politykę faktów dokonanych. Dowodzi tego akcja Żeligowskiego na słabej Litwie. Niemniej w przypadku silniejszego przeciwnika takie przedsięwzięcie mogło doprowadzić do tragicznych skutków. No i tak się prawie stało. Los Polski zależał od jednej bitwy. W wyniku awanturnictwa Piłsudskiego Polska była o włos od ponownej utraty niepodległości. W dużym stopniu przypadkowe zwycięstwo pozwoliło Polsce kontynuować niezależne istnienie. Tym samym fakt wiktorii miał olbrzymie znaczenie dla kształtowania się tożsamości narodowej i dumy z bycia Polakiem. Taki był plus, minusem zaś była arogancka rusofobia i faktyczne osamotnienie w relacjach międzynarodowych. Przyjaznym nam krajem była jedynie Rumunia, pozornie przyjazna Francja postrzegała nas jak zwykle w kategoriach, czy będziemy jej przydatni. Mówienie o bitwie, iż powstrzymała Rosję przed zaatakowaniem Europy nie odpowiada poczuciu teoretycznie zagrożonych państw. Tak Niemcy, jak i Czechosłowacja, tak się obawiały inwazji rosyjskiej, że odmówiły dostarczania śmiertelnie zagrożonej Polsce broni. Jeżeli chodzi o Niemcy, to rok wcześniej rozbiły one komunistyczny ruch Spartakusa w sposób, który nawiasem mówiąc chwały im nie przynosi. Tym samym kolejna na wzór październikowej proletariacka rewolucja raczej nie miałaby miejsca. Co gorsza dla Rosji radzieckiej, jej zwycięstwo pod Warszawą doprowadziłoby do tym razem zdecydowanej akcji państw Ententy zmierzającej do zniszczenia komunistycznej Rosji. Innymi słowy, najważniejszym efektem bitwy było uratowanie państwa polskiego z opresji, w której nie powinno się ono znaleźć. Ponadto zwycięstwo rozwija poczucie, iż Polska jest jak niegdyś przedmurzem  chroniącym cywilizowany zachodni świat przed tym razem komunistycznym zagrożeniem. W sumie rusofobia identyfikuje się z patriotyzmem i dezorientuje na tyle społeczeństwo, że to ma trudności z wyobrażeniem sobie, iż egzystencjonalne zagrożenie przyjdzie z Zachodu. Stalinowskie okrucieństwa odwracają uwagę od otwarcie głoszonych aryjskich teorii mówiących o niższości rasowej Słowian i konieczności zdobycia przestrzeni życiowej dla Herrenvolk, czyli niemieckiej rasy panów. Co gorsza, gdy Adolf Hitler poprzez konferencję monachijską w 1938 roku, przy akceptacji Francji i Anglii doprowadza do włączenia czeskich Sudetów pod pretekstem, iż są zamieszkane przez Niemców, oportunistycznie bierze II Rzeczpospolita udział w demontowaniu Czechosłowacji, używając tego samego argumentu w inkorporacji Śląska Cieszyńskiego. Ponadto, gdy Stalin, widząc w przechwyceniu Sudetów niebezpieczne Niemców wzmocnienie, proponuje interwencję militarną w obronie Czechosłowacji, Polska uniemożliwia przejście wojsk radzieckich. Oczywiście, iż Rosja Radziecka nie posiadała wystarczająco silnej armii, by w tamtym czasie rozpocząć wojnę z Niemcami, ale wspólna akcja z Francją i Anglią, przypuszczalnie by zatrzymała Hitlera. Te jednak nie miały zamiaru szukać sojuszu z komunistycznym krajem i przy sprzeciwie Polski w użyciu jej terytorium rosyjska idea spaliła na panewce. Z perspektywy historycznej krótkowzroczność polityki Polski tamtego czasu, jak i zresztą całej  polityki zachodniej, jest zdumiewająca. W niecały rok później Niemcy podobny argument o prześladowaniu mniejszości niemieckiej zaczęły używać w stosunku do naszego kraju. Tak jak w przypadku Czechosłowacji, był to jedynie pretekst. W rzeczywistości była to materializacja starej niemieckiej idei Drang nach Osten celem zdobycia przestrzeni życiowej, jak mówili Lebensraum. Jednakże tym razem Rosja i Niemcy stanęłyby twarzą w twarz i Hitler chciał mieć pewność, że Armia Czerwona nie zainterweniuje. Zaproponował więc Stalinowi pakt, w którym za cenę udziału w rozbiorze Polski i innych korzyści terytorialnych Związek Radziecki nie zainterweniuje w wojnie niemiecko-polskiej. Jak wiadomo,  izolowana Rosja poszła na to krótkowzroczne i niemoralne rozwiązanie, ponieważ po pierwsze pozwoliło to jej uzyskać czas, by poprawić stan swojej armii i przemysłu przed oczekiwaną wojną, a po drugie – uzyskiwała korzyści terytorialne. Pakt miał miejsce zaledwie tydzień przed niemiecką inwazją Polski. Mimo posiadanych porozumień z Anglią i Francją, te jak wiadomo zrobiły ze swej pomocy phoney war czyli dziwną wojnę i osamotniona Polska została literalnie zgnieciona przez atak pochodzący z zachodu i wschodu. Przegrana kampania wrześniowa rozpoczęła najczarniejszy okres naszej historii. Niemcy budowali na naszym terytorium obozy koncentracyjne, Rosjanie zrobili Katyń i organizowali wywózki w głąb swego olbrzymiego kraju. Wyniszczenie substancji polskiej było zatrważające. Jako Polacy byliśmy niszczeni także przez Ukraińców, a nawet przyjaciele Litwini zorganizowali nam obóz koncentracyjny w Ponarach. Trudno o bardziej ponure podsumowanie dwudziestolecia międzywojennego. Koszmar grożącemu narodowi polskiego biologicznego unicestwienia dzięki zwycięstwu ZSRR w gigantycznym starciu z hitlerowską Rzeszą się nie zmaterializował.

Pax Russiana i buntowniczo-martyrologiczna rusofobia Polski Ludowej

Jednakże pokój który przyniosła Rosja Radziecka to Pax Russiana, czyli pokój na ich warunkach. Eufemistycznie mówiąc, w społeczeństwie polskim entuzjazmu on nie wzbudził. Ustanowiony komunistyczny system, mimo początkowych sukcesów, takich jak alfabetyzacja społeczeństwa i zapewnienie prawa do bezpłatnego wykształcenia oraz realizacja prawa do zatrudnienia poprzez dynamiczną industrializację, dość szybko wytracił swą atrakcyjność. Nie była to może słabość systemu jako takiego, ale fakt, że był i jest on postrzegany jako narzędzie zniewolenia narodowego. Dla przykładu na Kubie i Wietnamie system ten się utrzymuje, a w Wietnamie gospodarka jest kwitnąca, zaś problemem Kuby są historycznie biorąc najdłużej na świecie trwające amerykańskie sankcje gospodarcze, ale w przeciwieństwie do Polski, tam komunizm się połączył z wyzwoleniem narodowym, co przesądziło o jego społecznej akceptacji. Oprócz poczucia zniewolenia, mimo relatywnych sukcesów gospodarczych na polu przede wszystkim przemysłu ciężkiego, nasze społeczeństwo w porównaniu do zachodnich żyło w stanie podkonsumpcji. Nasz rynek dóbr konsumpcyjnych nie zaspakajał oczekiwań zrodzonych na gruncie porównania z ofertą rynkową krajów zachodnich. Spostrzeżenie prowadziło do diagnozy, iż winien jest system socjalistyczny, ponieważ w krajach odnoszących sukcesy gospodarcze w sensie generującym satysfakcjonującą konsumpcję panował system kapitalistyczny, a kto jest odpowiedzialny za wprowadzenie nie tylko zniewalającego, ale i nieefektywnego sposobu gospodarowania? Ano Rosja radziecka. To wystarczyło, by rusofobia poczęła powracać, bezpośrednio po wojnie nieco przygaszona („w sumie od zagłady nas uratowali”), ale w miarę, gdy niedostatki Polski Ludowej coraz mocniej dawały się odczuwać, coraz bardziej nasilona w swej początkowo cierpiętniczej formie, jednakże w miarę podupadania PRL coraz bardziej triumfująca. No a w 1989 roku, jak powszechnie wiadomo dzięki Francisowi Fukuyamie, historia się skończyła i miało być tylko lepiej. Triumfująca rusofobia przybrała wyzywające zdrowy rozsądek formy. No ale jak mówiono był: to czas oszołomów. Czyż nie najlepiej potwierdzają to pierwsze prezydenckie wybory tzw. III Rzeczypospolitej, w której legenda NSZZ „Solidarność” Lech Wałęsa o pseudonimie „Bolek” starł się w drugiej, a więc decydującej rundzie z przybyłym  z Zachodu Stanem Tymińskim, który wiedział, ale nie powiedział jak zostać bogaczem. I nie pochodzi to raczej komiczne wydarzenie z książki Bertolda Brechta, nieżyczliwie przedstawiającego kapitalizm w Operze za trzy grosze czy też z  absurdalnego Paragrafu 22 Josepha Hellera. Nie, to wszystko było śmiertelnie poważne, jak o tym świadczą niewyjaśnione do tej pory zabójstwa w 1992 roku premiera Piotra Jaroszewicza z małżonką, szefa NIK prof. Waleriana Pańko w 1991 roku, komendanta głównego policji Marka Papały w 1998 roku, czy też Andrzeja Leppera, przewodniczącego Samoobrony w 2011 roku.  

III Rzeczypospolitej transformacyjno-triumfalistyczna rusofobia oszołomów

Niewątpliwym, wedle modnego określenia, dodatnim minusem tegoż okresu było tzw. transformacja ustrojowa. Jej podstawowym narzędziem były prywatyzacje prowadzące do zawłaszczania zysków i uspołeczniania strat, co jak wiadomo doprowadziło do wielkiego bezrobocia i wymuszonej rzeczywiście Wielkiej Emigracji zarobkowej. Dodatkowo komisarz polityczny kapitalizmu prof. Leszek Balcerowicz nie tylko niszczył gospodarkę socjalistyczną, uzasadnieniem czego było twierdzenie, że własność społeczna to własność niczyja, ale i dodatkowo odmówiono PRL prawa do istnienia jako formy państwa polskiego. Prawie 50 lat istnienia tej formy Rzeczypospolitej uznano za niebyłe, ponieważ  podobno było to 50 lat sowieckiej okupacji. Nonsens tego twierdzenia jest oczywisty, gdy się zestawi okupację hitlerowską, podczas której zginęło około 6 milionów Polaków, czyli około 1 milion rocznie, z rzekomą okupacją radziecką, podczas której nasz przyrost demograficzny wynosił około 0,5 miliona rocznie. Tak więc po międzywojennej Polsce pojawia się od 1990 Deus ex machina III Rzeczpospolita… Jest jednak szersza perspektywa. A ta perspektywa pozwala nam dostrzec, że upadek systemu monarchicznego w Europie potwierdzony traktatem wersalskim był głównym czynnikiem powstania II Rzeczypospolitej, zaś okiełznanie nieporządku tymże traktatem stworzonego doprowadziło do kolejnego jałtańsko-poczdamskiego porządku, który nam podmiotowość międzynarodową i spójność terytorialno-etniczną przywrócił. Można powiedzieć, że z pewną nadwyżką zrealizowana została piastowska koncepcja terytorialna. Jeżeli chodzi zaś o trwałość tego porządku, to okazał się trwalszy od wiedeńskiego koncertu mocarstw, bowiem trudno znaleźć tak długi okres pokoju w historii Europy. Określony mianem Long Peace (1945–2022) jest po Pax Romana (między 27 p.n.e. do 180 n.e.) drugim najdłuższym okresem pokoju w Europie. Wracając zaś do naszych korzyści, otrzymaliśmy olbrzymi dostęp do morza, dusząca obecność niemczyzny na północy, z którą przez 700 lat nie potrafiliśmy sobie poradzić, zniknęła, Ziemie Zachodnie stały się częścią Polski, zaś po ponad 500-letniej nieobecności Polski na Śląsku został on nam przywrócony. Dziwne, że mimo tak dużego dorobku geopolitycznego PRL, nie ma ona prawa do miejsca w katalogu Rzeczypospolitych. Podstawowym elementem eksplikującym tą aberrację nie jest wydumana okupacja, ale zinternalizowana, utrwalona rusofobia. Przecież nie jest trudnym wyobrażenie sobie, iż gdyby ZSRR chciał, to nasze odzyskane ziemie zachodnie pozostałoby wschodnimi ziemiami najpierw radzieckiej strefy okupacyjnej, a później NRD. I żadne teorie o kompensacji naszych utraconych Kresach nie zmieniają tej możliwości. Przecież podobno polskie Kresy to obecnie terytoria niezależnych państw, powstałych po I i II wojnie światowej. Fakt polskiej  obecności na tamtych ziemiach nie jest nam dobrze pamiętany.  Ponadto trudno sobie wyobrazić, że bez aprobaty ZSRR niechlubna, ale chyba konieczna akcja „Wisła”, która zakończyła insurekcję bieszczadzką, byłaby możliwa. Piszę to, by podkreślić, iż polityka Związku Radzieckiego nie była dla Polski niekorzystna; wręcz przeciwnie – wiele zostało zrobione, by powstało duże i silne polskie państwo ludowe, jak to się niegdyś mówiło i pisało. Reasumując, porządek jałtańsko-poczdamski, wbrew społecznej percepcji, nie był dla Polski niekorzystny, a wręcz przeciwnie.

Zakończenie

Powinno być także oczywistym że zmiany przez niego wprowadzone nie wszystkich uszczęśliwiają i że są siły, które dążą do jego zmiany. Ponieważ gwarantem tegoż porządku jest Rosja, jej osłabienie będzie prowadziło do rewizji wschodnioeuropejskiej sytuacji geopolitycznej. Wojny, które doprowadziły do dezintegracji Jugosławii, a także aksamitne, wbrew woli społecznej, zlikwidowanie Czechosłowacji są tego przykładem. Oba państwa, stworzone porządkiem wersalskim i podtrzymane jałtańskim, zostały rozbite w latach 1990. ubiegłego wieku, a więc w momencie największego osłabienia Rosji. Ewentualna klęska Rosji na Ukrainie otworzy puszkę Pandory zmian geopolitycznych w Europie Wschodniej, które będą w jakiejś kolejności dotyczyć też Polski. Aczkolwiek, jak pokazuje najnowsza historia porozumienia Rosji i Niemiec potrafią być bardzo szkodliwe dla Polski, nasz antyrosyjski sojusz z Niemcami i generalnie Zachodem wcale nie musi przynieść pozytywnych rezultatów. Ukraińska klęska Rosji to otwarcie drogi do geopolitycznego chaosu, którego ofiarą padną słabsi członkowie (a więc my) zwycięskiego zachodniego sojuszu. I wbrew temu co mówią rusofobowie, zwycięstwo Rosji utrzyma europejski status quo, a także pomoże przeformułować młodą państwowość Ukrainy w respektujący tenże status organizm. Ukraina jest ciągle państwem w trakcie samookreślania się i w tymże procesie na pewno nie może ignorować swych sąsiadów. Wracając do polskiej rusofobii, jest ona intelektualno-emocjonalnym filtrem, który blokuje zdrową ocenę sytuacji. Zdrową, tzn. opartą na analizie zysków i strat, które dane zachowanie przynosi. Gdy ta analiza jest oparta na schematach, uprzedzeniach i stereotypach, przestaje być adekwatna do rzeczywistości, a jest wyrazem utrwalonych kulturowo i przyswojonych ocen, które po prostu przesłaniają obraz rzeczywistości. Efektem są nie tylko błędne decyzje, ale i stany lękowe generowane przez niezrozumienie zawsze bogatszej od schematycznie ujętej rzeczywistości. Dynamika niesprawnych procesów poznawczych oraz przez nie tworzonych obaw prowadzi do ucieczek w rytuał oraz posługiwanie się siatką pojęciową niezdolną do opisu problemu, który przed nami staje. Rusofobia nas ogranicza, bowiem w miejsce szukania rozwiązania szukamy potwierdzenia tego, co sądzimy, że wiemy. Uniemożliwia, a na pewno utrudnia dialog tak kultur, jak i zwykłą kulturę dialogu. I niezależnie od tego czy jest przeżywana triumfalistycznie, jako wyraz kompleksu wyższości, czy martyrologicznie – jako wyraz kompleksu niższości jest niestety wyrazem infantylizmu.

Andrzej Nowak-Klucznik

Redakcja