W momencie, gdy zaawansowane są rozmowy amerykańsko-rosyjskie w sprawie pokoju na Ukrainie, gdy zdyskredytowaniu uległa unijna koncepcja kradzieży rosyjskich aktywów – nazwana eufemistycznie wykorzystaniem na rzecz Kijowa – przechowywanych w Belgii, zaś prezydent Francji prosi Moskwę o dialog – przedstawiciele polskich władz i wspierające ich media uporczywie kontynuują ataki na Rosję.
Polska nadal prowadzi nie tylko polityczną i ekonomiczną wojnę z Rosją, ale również militarną – na etapie przegrywanej przez Zachód wojny na Ukrainie, zaopatrując jej zdziesiątkowaną armię we własne oraz amerykańsko-natowskie uzbrojenie. Bezsens podtrzymywania tej wojny najdobitniej odzwierciedlają ataki polskich polityków na Rosję, powielane często wielokrotnie przez media głównego nurtu. Tak było np. z odwołaniem przez prezydenta Karola Nawrockiego spotkania z premierem Viktorem Orbanem z powodu ostatniej wizyty węgierskiego przywódcy w Moskwie. Dla opętanych rusofobią inspiratorów tego odwołania nie są bowiem ważne jego negatywne konsekwencje dla relacji polsko-amerykańskich, a także tych obejmujących grupę wyszehradzką, dzięki której Polska może wygrywać w Brukseli interesy naszych rolników.
Dla nich najważniejszy jest poklask w mediach transatlantyckich globalistów, którzy – co widać gołym okiem – przegrywają nie tylko na Ukrainie, ale również w zderzeniu z ogłoszoną 4 grudnia 2025 roku NSS (National Security Strategy) Donalda Trumpa. W tej najnowszej strategii amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego centralną rolę odgrywa rezygnacja USA z funkcji zarówno gwaranta, jak i beneficjenta postzimnowojennego status quo, nazwane zostały nowe – nade wszystko azjatyckie – priorytety geograficzne Ameryki, zredukowaniu uległy relacje transatlantyckie i wiodąca w nich rola NATO. W świetle tych zmian detronizacja Sojuszu Północnoatlantyckiego to klęska geopolityczna transatlantyckiej Europy, a w niej – klęska Polski. Establishment polityczny UE – owładnięty ideą jej totalnej militaryzacji i wojny z Rosją – nie był na to przygotowany czy też nie docenił nowej polityki D. Trumpa. Amerykański prezydent wprawdzie w sposób chwiejny ją wciąż deklaruje, ale też konsekwentnie realizuje.
Intelektualne zaplecze polskich ośrodków władzy zachowuje się identycznie – jest nieprzygotowane na taką zmianę, powtarza archaiczne, pochodzące z czasów zimnej wojny komunały na temat Rosji, reprezentując jednocześnie nędzną swoją wiedzę o jej współczesności. Na przykładzie odwołanego spotkania Nawrockiego z Orbanem widać prowadzącą do tragifarsy niespójność i nieadekwatność polskiej polityki proamerykańskiej. Krótko można ją ująć w następującym schemacie: gdy amerykański prezydent pragnie ponownie (po Ancorage) spotkać się z rosyjskim, polski „karze” za takie spotkanie węgierskiego. To polska kwadratura koła – geopolityczna i cywilizacyjna. Z dwóch, w tym wypadku pozytywnych, przesłanek otrzymujemy negatywną konkluzję. To nawet nie jest substytut Arystotelesowskiego sylogizmu, to parodia logiki, na której opiera się zarówno ośrodek prezydencki, jak i rządowy – dowodzony przez zgrany już duet: Donald Tusk – Radosław Sikorski. Na kwadraturze koła nie można zbudować solidnych fundamentów polskiej polityki wschodniej, obejmującej nie tylko Rosję, ale również Białoruś, Litwę i Ukrainę.
Umysły zamknięte
To jest polityka irracjonalizmu, inspirowanego historycznym resentymentem antyrosyjskim, który budzi negatywne emocje i chęć odwetu. Wszystkie te czynniki stanowią główne determinanty polskiej rusofobii, która jest nie tyle piętą Achillesa współczesnej Polski, ile jej przekleństwem. Ono bowiem sprawia, że polscy politycy zamkniętego układu post-okrągłostołowego są niezdolni do dialogu z Rosją. Dlatego trafniejsza wydaje się teza o braku zdolności do dialogu aniżeli o braku gotowości. Niegotowość oznacza bowiem określone w czasie nieprzygotowanie do spotkania w polu minimalnej wzajemności, akceptacji innego Ja, w tym wypadku innego podmiotu politycznego jako partnera dialogu. Niezdolność jest natomiast postawą zamknięcia na takie spotkanie, wynikającą z fundamentalnej niemocy czy też niemożności – intelektualnej, emocjonalnej, moralnej – uznania Rosji za partnera.
Politycy niezdolni do dialogu to zniewolone rusofobią umysły, poddane kontroli „starszego brata” – ideologów liberalnego globalizmu transatlantyckiego, zakładającego nie tylko upadek Federacji Rosyjskiej, ale również jej rozpad na kilkadziesiąt małych państewek. Polska rusofobia odgrywa w tym planie niemałą rolę. To zaś rodzi pytanie: czy została przez nich zainspirowana czy tez wykorzystana jako nieodłączna cecha charakteru narodowego polskich polityków. W świetle istniejących świadectw tego zniewolenia można się pokusić o jego odniesienie do opisu procesu podporządkowania ludzi dehumanizującym ideologiom, jaki przedstawia z jednej strony Czesław Miłosz w zbiorze 9. esejów, zatytułowanych „Zniewolony umysł” – z drugiej Allan Bloom w książce „Umysł zamknięty”. Polski autor przedstawia proces niewalania inteligencji na gruncie ideologii komunistycznej. Amerykański – mechanizm rugowania ze świadomości młodzieży akademickiej w USA końca ubiegłego wieku wysokich wartości duchowych i etycznych w ramach narzucanej jej politycznej poprawności. W rezultacie takiej edukacji absolwenci amerykańskich uniwersytetów stali się intelektualną armią, która wepchnęła ówczesne społeczeństwo na drogę rewolucji kulturalnej.
Ukąszenie dekomunizacyjne
Na umysłach zamkniętych dodatkowe piętno wywarł resentyment dekomunizacyjny. Idea dekomunizacji podtrzymywana jest od 1989 roku do czasów obecnych – nade wszystko w polityce historycznej PiS, grantach wybranych grup badawczych czy wreszcie w działalności IPN, legitymizowanych „Ustawą z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki”.
W polskim przekazie dekomunizacyjnym ofiarą totalitaryzmu komunistycznego był jedynie nasz naród i inne narody państw bloku socjalistycznego. W wydanych przez IPN pracach „dekomunizacyjnych” nie znajdziemy wyczerpującej informacji o cierpieniach i heroizmie narodu rosyjskiego, poddanego represjom totalitaryzmu komunistycznego – wielokrotnie cięższym od tych, przez które przeszedł naród polski – systematycznie wycieńczanego we wszystkich miejscach GUŁagu. Ukazywanie wyłącznie polskiej martyrologii, bez odniesienia do rosyjskiej jest wysoce niesprawiedliwe, podobnie jak przedstawianie żołnierzy Armii Czerwonej – której pomniki zostały w Polsce wyburzone – jako tych, którzy ginęli na naszej ziemi setkami tysięcy nade wszystko po to, aby ją i jej mieszkańców poddać sowieckiej okupacji – a „po drodze” walczyć z wojskami hitlerowskimi. Polscy politycy zaprogramowani dekomunizacyjnie zamanifestowali nie tylko nową odmianę patriotyzmu, ale również poczucie wyższości i pogardę nie tylko wobec poległych w Polsce czerwonoarmistów (w ogromnej większości Rosjan), ale również współczesnych nam ich potomków. I to im odbiera zdolność do dialogu.
Sami zaś Polacy jako naród nie potrzebowali dekomunizacji – na wzór denazyfikacji Niemiec – ponieważ nie ulegli sowietyzacji. „Ideowi” komuniści i podporządkowane im służby stanowili pośród nas kilka procent. Reszta tworzyła całość – wraz z tymi, którzy mieli książeczki partyjne w kieszeni. W systemie totalitarnym byliśmy bezprecedensową jednością narodową, dzięki której uczyniliśmy wyłom w pojałtańskim porządku światowym w postaci Solidarność. Jednością przyjaźnie nastawioną do narodu rosyjskiego – nie jego władzy – do przeciętnego Rosjanina. Mury między naszymi narodami wyrosły dopiero wtedy, gdy staliśmy się częścią Zachodu i jego struktur.
W ramach tych struktur dokonał się proces odcinania od Rosji – nie tylko polskiego państwa, ale również narodu. Nie tylko od instytucji Federacji Rosyjskiej, ale także od samych Rosjan. To, czego nie dokonał w duszy polskiej komunizm, stało się za przyczyną „przeklętych” – tak by je nazwał najwybitniejszy chrześcijański pisarz Fiodor Dostojewski – idei zachodnich.
Nadzieja spoza układu
Politycy niezdolni do dialogu boją się pokoju. Dlatego ten brak moralny, intelektualny i psychologiczny zaprowadził ich do polskiej partii wojny. Jej trzon stanowi niezwykle niebezpieczny dla pokoju w Polsce duopol PO-PiS z jego przystawkami – PSL i różnymi odmianami lewicy. To ci ludzie ze strachu przed dialogiem z Rosją i pokojowym z nią współistnieniem uczynili z naszego państwa podżegacza i propagandystę wojennego, zaopatrzeniowca w broń dla rozpętanych walk, think tank przygotowujący kolejne ich eskalowanie. To do nich odnosi się słynne określenie przyczyn wojny z Rosją, sformułowane przez papieża Franciszka w czerwcu 2022 roku: „Szczekanie NATO pod drzwiami Rosji”. Najgłośniej bowiem szczekała polska partia wojny, domagając się wschodniej flanki Sojuszu Północno-Atlantyckiego na naszym terytorium, co stało się faktem. I choć powszechnie wiadomo było, że Moskwa, rozwiązując Układ Warszawski i wycofując swoje wojska z Europy, m.in. z Polski, otrzymała od Sojuszu obietnicę niepowiększania swego terytorium w stronę rosyjskich granic, Warszawa uporczywie torpedowała te ustalenia, domagając się nieustannie coraz większej „obecności” NATO na naszym obszarze. Jednym z elementów tej „obecności” stała się funkcjonująca już wycelowana w Rosję amerykańska baza tarczy antyrakietowej w Redzikowie, pod którą kamień węgielny położył rząd Beaty Szydło w maju 2016 roku.
Jakby tego było mało, polska partia wojny zaangażowała nasz kraj w realizację programu włączania Ukrainy do NATO, rozpoczętego euromajdanem w Kijowie, gdzie przedstawiciele Polski skandowali banderowskie hasło: „Sława Ukrainie”. Przypomniany ich wkład w rozpętaną wojnę i jej nieustanną eskalację powinien stanowić drugie – obok niezdolności do dialogu – negatywne kryterium w procesie sprawdzania kompetencji polityków do rządzenia Polską w czasie pokoju. Polityków z prowojenną biografią już teraz należy skreślać z grona przyszłej władzy.
W nowej dla naszego państwa polityce pokoju potrzebni są ludzie ze środowisk pozasystemowych, ugrupowań spoza panującego w Polsce duopolu PO-PiS z partiami-przystawkami. W obecnej sytuacji politycznej przestrzeń dla ich jednoczenia tworzą jedynie dwie partie: Konfederacja oraz Konfederacja Korony Polskiej.
Prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 1-2 (4-11.01.2026)



