KulturaRecenzjeJeszcze o „Białej odwadze”

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

8 marca bieżącego roku miała miejsce premiera kinowa filmu „Biała odwaga” w reżyserii Marcina Koszałki.

Ze względu na podjęty temat film wywołał masę niepotrzebnych kontrowersji jeszcze na długo przed wejściem do kin, a Internet zalała masa wypowiedzi ludzi, którzy nierzadko opierali się nawet nie na krótkich wycinkach ze zwiastunów, co na własnych wyobrażeniach. Niektórzy posuwali się nawet do bezsensownego żądania „rozliczenia” górali.

Tymczasem „Biała odwaga” zaskoczyła wszystkich, gdyż nie jest filmem ani wrogim góralom, ani ich usprawiedliwiającym. Swojego rodzaju symbol stanowi zabieg polegający na ukazaniu przeciwnych postaw – kolaboracji i walki z okupantem – za pomocą postaci dwóch braci, będących głównymi bohaterami filmu. W scenie, w której społeczności góralskiej zostaje przedstawiona propozycja wyrzeczenia się polskości i podjęcia współpracy z Niemcami ukazany jest wyraźny brak jednomyślności.

Z mitem zdrady górali film rozprawia się dość bezpośrednio, kiedy w jednej ze scen niemiecki oficer wrzeszczy na filmowego inicjatora Goralenvolku, iż miał to być ruch masowy, a ostatecznie poparcie dla tej idei jest marginalne. Z drugiej strony, ukazane są też budzące wstręt motywacje niektórych spośród tych górali, którzy zdecydowali się opowiedzieć po stronie III Rzeszy, takie jak przejmowanie sklepów opuszczonych przez Żydów. Jedynym momentem, który przy niemałej ilości złej woli można by uznać za antypolski, jest scena rozstrzelania przez polskich partyzantów kolaboranta, jednak osadzenie go w szerszym kontekście wyklucza możliwość uznania takiej interpretacji za słuszną. Obraz wielokrotnie daje nam do zrozumienia, że opowiedzenie się jednego z braci przeciw kolaboracji i zaangażowanie w ruch oporu było mimo wszystko postawą właściwą, chociaż jednocześnie wyborem niełatwym.

Film dość swobodnie podchodzi do kwestii rzetelności historycznej, czasem odwołując się do faktów, a czasem ukazując wątki zupełnie fikcyjne. Zobaczymy tu zatem nawiązanie do wyprawy do Tybetu zorganizowanej przez niemiecką organizację Ahnenerbe czy wątku spinki góralskiej przypominającej swoje gockie odpowiedniki, na czym w pewnym stopniu oparta została idea Goralenvolku. Zupełnym zaprzeczeniem faktom jest natomiast formowanie przez Niemców kolaboracyjnej jednostki wojskowej. Wiadomo, że szkolenie ukończyło jedynie dwóch górali, natomiast w filmie widzimy grupę kilkunastu lub kilkudziesięciu z nich ubranych w niemieckie mundury. Interesujące jest podejście do osoby Wacława Krzeptowskiego, który w filmie został niejako rozbity na dwie postaci – młodego Andrzeja Zawrata i starszego, jego niedoszłego teścia Skorusa Wetulę. Pierwszy z nich ustanawia kontakty z Niemcami i spotyka się z generalnym gubernatorem na Wawelu, natomiast drugi angażuje siebie i swoje otoczenie w kolaborację, odnosząc w ten sposób korzyści materialne. Pozytywnym zaskoczeniem jest brak niemal już obowiązkowego we współczesnym polskim kinie wątku rusofobicznego. Ukazani pod koniec filmu żołnierze radzieccy nie rabują i nie dopuszczają się żadnych innych zbrodni wobec górali, biorą natomiast udział we wspólnej zabawie, radośnie tańcząc z nimi przy góralskiej muzyce.

Tym, co w filmie zasługuje na szczególną pochwałę, jest strona wizualna. Bohaterowie obrazu jako górale umieją się wspinać i poruszać po terenach górskich, co stanowi pretekst do umieszczenia w nim licznych pejzaży. W poszczególnych momentach oglądamy majestatyczne, pokryte śniegiem góry. Na osobną uwagę zasługują tu sceny wspinaczek, które wypadają przekonująco, pozwalając widzowi na dzielenie z bohaterami dreszczyku emocji. Nie mniej interesująco wypadają sceny wprowadzające, ukazujące góralskie zabawy, zwyczaje ślubne, życie codzienne w gospodarstwach domowych. Grozę budzi natomiast widok flag III Rzeszy rozmieszczonych na ulicach Krakowa czy ujęcia ukazujące ofiary niemieckich zbrodni. Całość komponuje się harmonijnie, pozwalając widzowi poczuć atmosferę wydarzeń i miejsc akcji filmu.

Niestety obraz cierpi też na pewne bolączki, które są typowe dla naszej kinematografii ostatnich lat. W filmie zobaczymy zatem sceny wprowadzające napięcie, z których ostatecznie nic nie wynika, jak choćby dynamiczna scena jazdy konnej, która zostaje nieoczekiwanie urwana, a następne ujęcie ukazuje już bawiących się górali. Rażą też niestety powszechne w polskich filmach ostatnich lat sceny erotyczne. O tyle, o ile można usprawiedliwić pierwszą z nich, gdyż informuje nas o silnej więzi emocjonalnej między bohaterami, o tyle druga jest już zupełnie niepotrzebna, ponieważ widz został już uprzednio uświadomiony o płomiennym charakterze związku bohaterów, zatem kompletnie nic nie wnosi ona do fabuły. Czasem zawodzi też montaż – nierzadko poszczególne ujęcia są zdecydowanie zbyt krótkie, co utrudnia wczucie się w niektóre momenty filmu.

„Biała odwaga” nie jest filmem wybitnym, przyznanie takiej oceny uniemożliwiają wspomniane problemy techniczne i merytoryczne. Jest natomiast obrazem dobrym i wartym obejrzenia. Dla osób zainteresowanych poruszoną w nim tematyką może stanowić dobry wstęp do niej, jednakże przy zachowaniu dystansu do kwestii rzetelności historycznej. Jednakże tych, którzy zainteresowali się filmem ze względu na pragnienie zobaczenia Polaków idących walczyć na wschodzie u boku Niemiec odsyłam do znakomitego tekstu Konrada Rękasa zatytułowanego „Legion Durnia Białego” oraz suplementu do tegoż artykułu.

Marcel Gralec

fot. materiały prasowe filmu „Biała odwaga”

Myśl Polska, nr 17-18 (21-28.04.2024)

Redakcja