PolskaBiernacki: Wybory widziane z powiatu

Redakcja4 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

„…albowiem jak ci, którzy rysują kraje, umieszczają się nisko na równinie, gdy chcą przypatrzyć się naturze gór i miejsc wyniosłych, a stają wysoko na górze, gdy chcą przypatrzyć się naturze miejsc niskich, podobnie trzeba być księciem, by poznać naturę ludów, a trzeba należeć do ludu, by dobrze poznać naturę książąt.”

Niccolo Machiavelli, Książę

Nasi kandydaci do parlamentu oczywiście książętami nie są, choć wielu z nich za takich się uważa. Mimo to warto jednak spojrzeć na spektakl wyborczy z dołu, z optyki powiatowych partyjnych żołnierzy i lokalnego elektoratu , a nie jak zawsze przez pryzmat partyjnych oficerów i generałów.

Iluzja struktur terenowych

Skupienie uwagi tylko na partyjnych centralach, daje nieprawdziwy obraz rzeczywistości. Patrząc na szefów partii podczas wyborczego teatrzyku, wszystkie konkurencyjne strony wyglądają podobnie. Jest wódz i dobrze zorganizowany sztab. Jeżdżą po Polsce, spotykają się z ludźmi i obiecują im najczęściej rzeczy niemożliwe do spełnienia. Od czasu do czasu zrobią jakiś większy show. Głównym wojownikiem jest zawsze wódz, a sztab to jego wsparcie. Taki przekaz widzimy w dziennikach telewizyjnych i głównych prasowych relacjach. To centra partyjne walczą o rząd dusz i próbują przekonać wyborców do swoich poglądów. Próbują też wmówić wyborcom, że oprócz partyjnych liderów mają w swoich szeregach członków, którzy tworzą terenowe struktury. Bo przecież trudno głosować na partię, która składa się tylko z kilku szefów mających jeden cel – bycie posłem, by przez cztery lata pobierać niezłe wynagrodzenie. Podstawową metodą tworzenia iluzji posiadania terenowych struktur są długie listy kandydatów. Ludzie którzy na co dzień nie interesują się polityką, a takich jest większość, są przekonani, że kandydaci umieszczeni na listach wyborczych to poważni lokalni politycy i działacze, którzy na co dzień wykonują partyjną robotę. Oczywiście w znakomitej większości tak nie jest. To ludzie przypadkowi którzy jedynie zgodzili się by umieścić ich nazwiska na liście. W większości nie prowadzą potem żadnej kampanii, poza rytualną prezentacją, czy symbolicznym rozdawaniem ulotek.

Anonimowa Nowa Lewica

Idealnym tego przykładem jest lista kandydatów Nowej Lewicy w moim okręgu nr 18. Ani aktywność w terenie, ani lewicowość tych ludzi nie jest znana. W Wyszkowie, gdzie od wielu lat nie ma żadnych struktur tej partii, wystawiono prawie siedemdziesięcioletnią kandydatkę. Z ulotki wyborczej można wywnioskować, że jest dziarską emerytką, aktywnie działającą w różnych organizacjach, między innymi w Wyszkowskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Kocha muzykę i kwiaty, lubi gotować i piec ciasta. Oczywiście ta pani żadnej kampanii nie prowadziła. Jej potencjalni wyborcy nie wiedzą, czy kandydatka trzy lata temu uczestniczyła w dwóch marszach w obronie praw kobiet, największych demonstracjach w Wyszkowie od ponad trzydziestu lat, co bez wątpienia potwierdziłoby jej lewicowość. Wystawianie takich kandydatów jest kpiną z wyborców. To czytelny znak, że liderzy partii lekceważą ten region. Gdyby było inaczej, wystawiono by kogoś o połowę młodszego, perspektywicznego, kogoś kto mógłby zostać lokalnym liderem. Prowadząc taką politykę Nowa Lewica osiągnęła w okręgu 18 regres. Cztery lata temu otrzymali 29 235 głosów, a w 2023 – zaledwie 26 149 głosów. Oczywiście posła z tego okręgu nie mają.

Skonfliktowana Konfederacja

W innych partiach sytuacja wygląda lepiej, choć nie tak jakby się to mogło wydawać. Wyszkowska struktura Konfederacji to w rzeczywistości jeden fanatyczny korwinista i lokalny szef Ruchu Narodowego, który w ostatnich wyborach kandydował do Senatu. Skonfliktowani politycznie. Popierali dwóch różnych kandydatów do Sejmu z jednej listy. Szef RN popierał „jedynkę”, korwinista oczywiście popierał korwinistę, „czwórkę”. Ostatecznie w okręgu nr 18 mają progres. Cztery lata temu otrzymali 29 390 głosów, w 2023 mieli już 44 299 głosów i wprowadzili jednego posła, oczywiście „jedynkę”.

POPiS i ludowcy

Platforma Obywatelska teoretycznie posiada tu jakieś struktury. Mają szefa i aktyw. W rzeczywistości od wielu lat nic nie robią. Trochę mobilizują się podczas wyborów, ale tak na „¼ etatu”. Jeśli aktywność kadrowa PO w całej Polsce wygląda podobnie jak w Wyszkowie, to znaczy, że lepszy niż cztery lata temu wynik wyborczy osiągnął sam Donald Tusk ze stosunkowo niewielkim sztabem, a nie partia jako taka. Mimo, iż od dawna krytykowałem, że przyjęli taktykę totalnej opozycji i zamknęli się na nowe środowiska, co ograniczyło im poparcie do „szklanego sufitu” na poziomie przewidzianych przeze mnie 30% i w rezultacie porażkę z PiS, to jednak rozumiem dlaczego podjęli taką decyzję. Bo mając nieaktywne kadry, Tusk musi robić wszystko sam, jedynie przy wsparciu swojego sztabu. Na długotrwały i subtelny proces otwierania się na nowe środowiska nie było „mocy przerobowych”.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w PiS. Tu wódz też walczy osobiście w terenie, ale główną robotę wykonują jego ludzie. Świetnie wynagradzane wyszkowskie i okoliczne „tłuste koty” prawie utrzymały w okręgu 18 wynik sprzed czterech lat. 262 236  głosów w 2023 do 270 641 głosów z 2019 co można zaakceptować.

Tradycyjnie PSL od lat posiada dobre i aktywne struktury terenowe. W tym przypadku trudno dokonać prostego porównania z poprzednimi wyborami, bo dziś PSL było częścią 3D. Jednak poszczególni kandydaci PSL, ci sami od lat, uzyskali znacznie więcej głosów niż cztery lata temu. Oczywiście podczas kampanii byli aktywni i z okręgu 18 wprowadzili  dwoje posłów.

Partie bez ludzi

Przypuszczam, że w tzw. Polsce powiatowej sytuacja wygląda podobnie. Podstawowym problemem jest brak kadr. Precyzyjnie ujął to jeden z internautów: „Głosujemy w okręgach, a w okręgach jest ch*jnia z grzybnią. Zbieranina, łapanka, odpady. Stare dziady umizgujące się do młodych. Brak kadr i nic tego nie przeskoczy”. Ten sam komentator w innym miejscu ocenił swojego lokalnego kandydata z Konfederacji: „Jak zobaczyłem kandydata Konfy, u mnie na wsi, to jakbym na PiS zagłosował. To nie przegrała sama idea. Przegrali ludzie w terenie. Zderzenie marzeń z rzeczywistością”. Można domniemywać, że umieszczenie na listach dobrych kandydatów to minimum 1% głosów więcej dla partii w skali ogólnopolskiej. Jeśli partie polityczne w Polsce już dziś nie zaczną przygotowywać się do kolejnych wyborów, budując lokalne struktury, to podczas kolejnego głosowania boleśnie odczują skutki swojego lenistwa.

Sukces Konfederacji?

Żaden z komentatorów analizujących „porażkę” Konfederacji, która nie jest żadną porażką (ale o tym za chwilę), nie uwzględnił jakości kandydatów umieszczanych na listach wyborczych. Większość z nich nie jest po to by zdobyć mandat, tylko głosy dla pierwszych na liście. Jest oczywiste, że kandydat wysokiej jakości ma szansę na więcej głosów niż kandydat słaby, „z łapanki”. Ta zasada dotyczy oczywiście każdej partii. Komentujący wynik Konfederacji przyjęli jako punkt wyjścia 15% poparcie, które Konfederacja miała przez 2-3 miesiące, dlatego „spadek” do 7,16% wszyscy uznali za  porażkę. W rzeczywistości przez ostatnie cztery lata poparcie dla Konfederacji wahało się między 6-9%, a te 15% było czymś wyjątkowym. Konfederacja odniosła duży sukces, bo wprowadziła do Sejmu 50% posłów więcej niż cztery lata temu i weźmie 8,4 mln zł subwencji za wynik wyborczy. Może ten jęk zawodu młodych liderów Konfederacji podczas wieczoru wyborczego, nie wynikał z tego, że będą mieć za mało posłów, by „wywrócić stolik”, tylko dlatego, że mogli wziąć dwa razy tyle pieniędzy. Analizując motywy działań posłów i liderów Konfederacji, nie można taktownie nie zauważać, że wszyscy oni, poza Januszem Korwin-Mikke i Grzegorzem Braunem, to homo novus w czystej postaci – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najważniejsza jest dla nich osobista „ścieżka zaszczytów” i pieniądze, a ewentualne „wywracanie stolika” jest na dalszym planie. Znakomicie to potwierdza błyskotliwa kariera Krzysztofa Bosaka. Ponad cztery lata temu miał status zbliżony do bezrobotnego. Potem został posłem i jednym z liderów Konfederacji. W międzyczasie się ożenił i został ojcem. Kilka dni temu „wprowadził do Sejmu” swoją żonę. Tym samym zrealizował PiS-owskie hasło „Rodzina na swoim”. Jako polityk jest tak elastyczny, że ma wielką osobistą „zdolność koalicyjną”. Drugim przykładem niech będzie świeżutki poseł z lubelskiego, zięć Korwin-Mikkego, Bartłomiej Pejo. „Ma 38 lat, jest  wicestarostą świdnickim. Dorabia na 1/3 etatu w Starostwie Powiatowym w Łęcznej (rządzonej przez PiS) jako specjalista od bhp i ochrony przeciwpożarowej. W 2018 r. wszedł do rady powiatu z list Prawa i Sprawiedliwości (dostał 865 głosów)” – czytamy na portalu Jawny Lublin. Dlatego przypuszczam, że poza Grzegorzem Braunem nikt z posłów Konfederacji nie będzie się rwał do „wywracania stolika”.

Opozycyjna koalicja bezprogramowa

W niedawno zakończonych wyborach na Słowacji osią sporu była polityka zagraniczna, która wyzwalała wielkie emocje. W naszej kampanii wyborczej, całkowicie pozbawionej treści, wielkie emocje wyzwalała nienawiść do strony przeciwnej. To pokazuje jak nisko upadliśmy, zarówno klasa polityczna i wyborcy. Brak jakichkolwiek programów wyborczych za chwilę „odbije się czkawką”. Mimo, że trzy partie opozycyjne mają sejmową większość, to trudno im będzie stworzyć koalicję. Do tego potrzebne jest określenie kierunków działań, i choćby ramowy program polityczny. Programy te będą teraz pisane „na kolanie”, a to przy tworzeniu antypisowskiej koalicji niczego dobrego nie wróży – jeśli oczywiście do prób jej tworzenia dojdzie. Już 19 października na łamach „Gazety Wyborczej” Jacek Żakowski słusznie pytał: „Spuściliśmy im łomot i co dalej?”. Skoro tzw. siły demokratyczne nie miały czasu by przez 8 lat, by napisać jakiś program polityczny, bo wystarczył im antypisizm, to zapewne ten, który będzie sklecony w pośpiechu nie stanie się trwałym spoiwem ewentualnej koalicji.

Libertariańskie ofiary darwinizmu

Mimo ogólnej degrengolady, nasza kampania miała kilka pozytywnych wydarzeń. Wolny rynek polityczny pozbył się kilku postaci bezużytecznych, amoralnych czy groteskowych. Najbardziej cieszy, że niejako na ich własną prośbę pozbyto się kilku apostołów libertarianizmu i darwinizmu społecznego. Jest to wyraz najwyższego uznania i szacunku dla ich poglądów. Albowiem zgodnie z ich „mądrościami” jednostki nieprzydatne, stanowiące obciążenie są eliminowane. Oto kilka przykładów.

Najbardziej spektakularną jest porażka wyborcza Korwin-Mikkego. To nie spisek Mentzena i Bosaka pozbawił Korwina mandatu posła, tylko wola wyborców. Elektorat Konfederacji uwierzył, że zwycięstwo tej partii stworzy warunki, by każdy człowiek posiadał dom, dwa samochody i grilla. Pozbawienie praw wyborczych kobiet i zrównanie ich z inwentarzem domowym, czy seks z nieletnimi w żaden sposób nie wpłynie na poprawę bytu materialnego Polaków. Dlatego pozbyli się człowieka, który mówił nie na temat i przeszkadzał w realizacji ich marzeń.

Czerwona kartka dla pseudolewicy

Identycznym przypadkiem jest porażka lewicowego kandydata Macieja Gduli, który tak jak Korwin będąc jedynką, nie został ponownie posłem, bo kandydatka z drugiego miejsca uzyskała 2,5 razy tyle głosów co on. Gdula dał się poznać z sejmowego lenistwa, głosowania za podniesieniem wynagrodzeń poselskich podczas pandemii i pseudopostępowego bełkotu. Jego sztandarowym osiągnięciem było zdemaskowanie i potępienie bohaterów powieści Henryka Sienkiewicza W pustyni i w puszczy Stasia i Nel jako okropnych rasistów, którzy co prawda pomagali Kalemu, ale traktowali go protekcjonalnie. Bardzo cieszy, że wyborcy, bez względu na poglądy polityczne, bacznie obserwują poczynania swoich posłów i nawet biorąca „jedynka” nie gwarantuje tym bezużytecznym politykom reelekcji.

Napawa optymizmem, gdy pozbywamy się parlamentarnych miazmatów jak chociażby posłanki Moniki Pawłowskiej, która w poprzedniej kadencji, z lewicy przeszła do PiS. Na szczęście w tych wyborach pisowscy wyborcy pokazali jej środkowy palec. Niestety pozostało jeszcze wielu posłów pozbawionych elementarnej przyzwoitości i zasad honoru.

Wolnorynkowi prekariusze

Nie ma też przypadku w tym, że Dobromir Sośnierz z Konfederacji nie jest już posłem. Przez cztery lata miał szansę zostać politykiem, a pozostał performerem i kabareciarzem politycznym, specjalizującym się w „oraniu lewaków”. Zaorany lewak ani trochę nie przyczynia się do stworzenia w Polsce warunków, by każdy miał dom, dwa samochody i grilla, dlatego wyborcy mu podziękowali. Pan Dobromir pomógł wyborcom pozbawić się mandatu posła, bo niedawno z drugim korwinistą Arturem Dziamborem, wierząc w swoją wielkość, próbowali założyć własną partię i wyszli z Konfederacji. Ci „wybitni znawcy” wolnego rynku, zostali przez wolny rynek polityczny zdruzgotani. W akcie desperacji tuż przed wyborami pan Artur ubłagał „wodza Hołownię”, by dostać miejsce na liście, a pan Dobromir wrócił do „partii – matki” i ukorzył się przed „wodzem Mentzenem”, dlatego jako „spadochroniarz” startował z mojego, 18 okręgu. Oczywiście obaj panowie są już byłymi posłami. Najczęściej jest tak, że wolnościowcy apoteozujący wolny rynek, sami na tym rynku radzą sobie kiepsko. Gdybym był złośliwy, to zapewniłbym czytelników, że o takiego specjalistę od wszystkiego jak Sośnierz, polscy i zagraniczni przemysłowcy będą walczyli do ostatniej kropli krwi, proponując mu wielokrotnie lepsze warunki finansowe niż ma polski parlamentarzysta. Jednak wiem, że tak nie będzie i przypuszczam, że ów na swój sposób sympatyczny mężczyzna zasili szeregi prekariatu, klasy społecznej będącej naturalną bazą dla lewicy. Może jakaś lewicowa posłanka się zlituje i da byłemu koledze z ław sejmowych pracę w swoim biurze poselskim.

Cezary Michał Biernacki

Redakcja