HistoriaPolskaŚmiech: Ukraińskie refleksje po latach (2)

Redakcja11 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

W 2013 r. – roku wielkiego sukcesu marszu w Warszawie upamiętniającego 70 rocznicę symbolicznego rozpoczęcia ludobójstwa i jeszcze większego sukcesu w skali międzynarodowej w postaci przyjazdu deputowanego do ukraińskiej Rady Najwyższej Wadima Kolesniczenki (na zdjęciu podczas Marszu pamięci 11 lipca 2013).

Przywiózł on ze sobą apel 148 parlamentarzystów ukraińskim o uznanie w Polsce przez Sejm zbrodni UPA za ludobójstwo – rozpoczął się jednocześnie okres schyłkowy ruchu kresowego. Marsz stał się symbolem zwycięstwa i zaczynem porażki. Najpierw osoby z PiS, na czele z Antonim Macierewiczem twierdzącym, że za zbrodnie OUN/UPA odpowiada Rosja i innymi, nieznanymi z działalności na polu walki o prawdę, ustawiły się na czele marszu. Potem fanatyczny zwolennik Ukrainy antyrosyjskiej, a więc siłą rzeczy tej odwołującej się do tradycji banderowskiej, pod czerwono-czarnym sztandarem z okrzykami „Sława Ukrainie, hierojam sława!” – Tomasz Sakiewicz – prowadził koncert pamięci ofiar UPA. Rok później otrzymał medal od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy za zaangażowanie w walkę o wolność narodu ukraińskiego: „Sakiewicz odebrał medal w Krakowie, gdzie 11 listopada obchodzono uroczystości z okazji Święta Niepodległości. Odznaczenie wręczył Andrij Grabow, wiceszef Samoobrony Majdanu”. („Gaz. Pol.” 12.11.2014)

Przyszedł rok 2015

– na początku którego odszedł płk Jan Niewiński – rok, który przyniósł trwającą do dziś władzę PiS. Władzę, która miała przez osiem lat niezliczoną ilość możliwości wymuszenia na stronie ukraińskiej ustępstw, ale nie zrobiła literalnie nic, co przyniosłoby jakikolwiek efekt. Zamiast tego, mamy traktowanie nas z góry przez Ukrainę, której rząd PiS uchylił nieba z pieniędzy Polaków, mamy pogardę. Ze strony PiS zaś puste słowa, puste gesty, które nie znaczą nic. Mamy bowiem Andrija Melnyka, byłego ambasadora Ukrainy w RFN, który bronił i wychwalał Stepana Banderę po czym został wiceministrem spraw zagranicznych Ukrainy. PiS pobiadolił nad tym faktem i co? Właśnie nic – Melnyk jest nadal wiceministrem. Szef ukraińskiego IPN Anton Dobrowycz posunął się do szantażu żądając  zawieszenia w Polsce tablicy upamiętniającej zbrodniarzy z UPA, jako warunku ekshumacji ofiar tych zbrodniarzy na Ukrainie. Panowie Melnyk i Dobrowycz mają się dobrze. U nas stanowisko traci Łukasz Jasina, rzecznik MSZ, bo powiedział o zdanie za dużo, które mogło urazić „naszych ukraińskich przyjaciół”. Traci pomimo wcześniejszej nadgorliwej uległości wobec interesu Ukrainy, kiedy ogłaszał Polskę sługą narodu ukraińskiego.

Dzieje się tak dlatego, że PiS żyje w politycznej schizofrenii. Chcieliby osiągnąć cele nawzajem się wykluczające, co jest oczywiste dla wszystkich poza nimi samymi. Ta schizofrenia to część chorej polskiej tradycji „wiary ukrainnej” i choroby na Moskala. Jedno z drugim jest ściśle związane. PiS ma dwie drogi – może stanąć w prawdzie i zakończyć politykę niańczenia neobanderowców z Kijowa albo zgodzić się na hołubienie banderowskiej tradycji przez tychże, co zresztą dzieje się pod parasolem amerykańskim, gdyż w innym wypadku każde państwo odwołujące się do quasi-hitlerowskiej ideologii, a także do tradycji współdziałania z nazistowskimi Niemcami (SS Galizien, Nachtigall, Roland, Ukraińska Armia Narodowa w 1945), zostałoby zmiażdżone przez tych samych Amerykanów.

Schizofrenia PiS ma swoje miejsce w historii polskich ruchów prometejsko-mesjanistycznych, do których PiS się odwołuje. Sanacja z jednej strony próbowała układać się z ZSRR, z drugiej, popierała w Polsce środowiska prometejskie dążące do rozbicia ZSRR. Na Wołyniu popierała eksperyment Henryka Józewskiego będący w istocie postępującą ukrainizacją tego regionu, a w tym samym czasie zamiast karać faktycznych winnych za terrorystyczne zamachy działaczy ukraińskich, rozbudzała nienawiść do Polski wszystkich Rusinów/Ukraińców ślepo uderzając w nich pacyfikacjami. Paranoja nie może być programem politycznym poważnego państwa. PiS sam się zapędził w kozi róg. Od początku związywał sobie ręce bezsensownymi oficjalnymi deklaracjami o bezalternatywności polityki popierania antyrosyjskiej Ukrainy. Ukraina przeciwnie, takich deklaracji nie składała.

Zgoda na neobanderowską Ukrainę to dla Polski śmiertelne zagrożenie i klęska. Dla Amerykanów, to tylko rozgrywka polityczna z Rosją. Koncesja na wychowanie w kulcie zbrodniarzy, to pozwolenie na moralną degenerację młodego narodu ukraińskiego. Pozwolenie na organiczną patologię. Amerykanom jest wszystko jedno, tak jak obojętne jest im utrzymywanie podziału narodu koreańskiego od 70 lat. Dla nas to także świadomość tego, że soborna Ukraina szowinistycznych marzeń zawiera w sobie dużą część ziem obecnego państwa polskiego.

Polska ma realizować cele polskie. Fakt bycia członkiem NATO nie oznacza obowiązku realizacji hegemonicznych celów USA. Najlepiej pokazuje to przykład Węgier. Jednak, aby prowadzić politykę podobną do tego, co robi Viktor Orban trzeba mieć właściwe zrozumienie własnego interesu i poczucie proporcji. Interes Polski nie jest tożsamy z interesem żadnej Ukrainy, a z interesem Ukrainy neobanderowskiej rozchodzi się zupełnie. Uczuciowe gesty oddawania się Ukrainie w całej rozciągłości nie budzą podziwu, ale zachęcają do postawy roszczeniowej. Polska sama odbiera sobie wszelkie argumenty, bo wciąż wokół gorących głów jej władców o pozycji pionków, krąży marzenie o pokonaniu Rosji i rozbiciu jej na szereg państewek marionetkowych.

Czy naprawdę rządzący nie zdają sobie sprawy, że kiedyś za tak agresywnie nienawistne stanowisko wobec rosyjskiego sąsiada, który przecież nie zniknie w uskoku San Andreas – a które jest przez tego sąsiada skrzętnie notowane, przyjdzie nam wszystkim zapłacić? Polska PiS-u dała niejednokrotnie dowody na to, że nie jest w stanie myśleć ani kategoriami poważnej polityki narodowej ani rozpoznawać długofalowe zagrożenia płynące z własnych działań. PiS napędza imperatyw uzewnętrznienia nienawiści wobec dyżurnych wrogów – Rosji, czy bliżej nieokreślonych komunistów, jak i do przeszłości. Czy jakiekolwiek państwo byłego bloku wschodniego ogłasza ustami swoich najwyższych przedstawicieli, że nie istniało, że była to tylko sowiecka okupacja względnie kolonia? Czy ktokolwiek ujawnia wobec świata i niszczy służby specjalne na złość mitycznym komunistom? Czy ktoś ujawnia dyplomatyczne szyfrogramy, żeby „udowodnić” agenturalność opozycji? Trudno spodziewać się, że ci ludzie zrozumieją zagadnienie ukraińskie, jeśli nie pojmują elementarnych kwestii racji stanu własnego państwa.

Jak zatem powinna wyglądać hipotetyczna polityka Polski oparta na fundamencie interesu narodowego, krótko- i długofalowego?

Po pierwsze

– należy natychmiast porzucić bezalternatywną wersję polityki wschodniej. Od głębokiego zaangażowania w wojnę przejść do zaangażowania na poziomie minimalnym. Żeby powiedzieć obrazowo – powinno to być, ze względu na położenie Polski, zaangażowanie mniejsze/równe zaangażowaniu Portugalii. Wzorem są tu oczywiście Węgry. To nie jest nasza wojna. Intensyfikacja zaangażowania Polski może doprowadzić do tego, że wojna stanie się naszą. Zamiast eskalacji, Polska powinna dążyć, w miarę swoich możliwości, do ustanowienia pokoju. Porzucić politykę popierania tworzenia, kosztem w tym wypadku Ukraińców, przyczółków amerykańskiej polityki hegemonicznej. Trudno oczywiście nawet komentować jakiekolwiek pomysły tworzenia wspólnego państwa z jakąkolwiek Ukrainą, a z Ukrainą neobanderowską w szczególności. Tego typu pomysły mogą rodzić się tylko w umysłach szalonych. To wszystko nie są opowieści z mchu i paproci. Można prowadzić politykę inaczej. Tak postępują Węgry kierując się własnym, a nie ukraińskim, czy amerykańskim interesem narodowym. Polska klasa polityczna – i władza i opozycja – niewiele różniąca się między sobą, nie jest jednak zdolna do dokonania wolty w kierunku węgierskim. W każdym razie, jak się wydaje, oczekiwanie na taka woltę może być poczytane za naiwność a nawet zuchwałość. Dziś nasza nadzieja na pokój musi być zatem umiejscowiona poza Warszawą.

Po drugie

– długofalowo – Polska powinna budować koalicję, która wymusi na Ukrainie porzucenie kultu Bandery ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wbrew pojawiającym się zarzutom, że to oznacza dyktowanie z zewnątrz jak ma wyglądać narracja historyczna Ukrainy, a tego przecież nie chcemy, jeżeli chodzi o nas itd., tak wydaje się tylko na pierwszy rzut oka. Faktycznie wychodzimy jednak w tym miejscu z uniwersalnego założenia, że społeczność międzynarodowa odrzuciła ideologię hitlerowską i jej pokrewne, dlatego, skoro społeczność ta nie pozwala Niemcom na renesans NSDAP i pomniki Hitlera, to my mamy prawo na tej uniwersalnej podstawie domagać się od Ukrainy porzucenia ideologii, która w swej nienawiści i chęci eksterminacji „obcych” wzorowała się i była bardzo podobna do hitlerowskiej.

Co więcej, jest to nie tylko ideologia istniejąca teoretycznie, ale ideologia par exellence, która ma na sumieniu bardzo konkretną zbrodnię ludobójstwa. Dlatego w interesie Polski leży upadek każdej władzy ukraińskiej, która na ideologii szowinizmu chce budować tożsamość i przyszłość Ukrainy. Jak zauważył wspomniany Wadim Kolesniczenko w 2013 r.: „potępienie zbrodni OUN i UPA, w naszym najgłębszym przekonaniu, nie tylko ich [stosunków polsko-ukraińskich] nie pogorszy, ale wręcz przeciwnie – polepszy. My stoimy na stanowisku, że ta zbrodnia nie dotyczy państwa ukraińskiego i narodu ukraińskiego, tylko konkretnej organizacji przestępczej, jaką była OUN-UPA. Temu służył nasz apel, chcieliśmy dać czytelny sygnał do polskiej opinii publicznej, ale i do polskich polityków, że Ukraina nie ma nic wspólnego ze zbrodnią ludobójstwa na Wołyniu”. W tym miejscu należy dodać, że Ukraina budująca na fundamencie Stepana Bandery nie tylko bierze odpowiedzialność za zbrodnie OUN/UPA, ale zrzuca brzemię tych zbrodni na państwo i naród ukraiński. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Tertium non datur.

Wadim Kolesniczenko z Krzyżem Kresowym 

Cała reszta narracji historycznej ukraińskiej jest nam w zasadzie obojętna, bo wiemy, że tam, gdzie ścierają się odmienne wizje, uzgodnienie jest niemożliwe. Na historyczne konfabulacje o przedwiecznej Ukrainie, na legendy o narodzie ruskim z nasienia jafetowego, na oceny Chmielnickiego, czy nawet Szeptyckiego, nie musimy zwracać uwagi, zachowując naturalnie własne zdanie. O wiele bardziej niebezpiecznym jest w tym wypadku zjawisko koniunkturalnego zachowania niektórych polskich historyków przyjmujących z entuzjazmem ukraińskie konfabulacje za prawdę objawioną. A przecież już dawno w bynajmniej nie antyukraińskiej książce „Świadomość narodowa szlachty ukraińskiej i kozaczyzny od schyłku XVI do połowy XVII wieku” (Warszawa 1985), autorka, Teresa Chynczewska-Hennel pisała: „Nie bez wpływu [na historię Ukrainy] pozostaje także brak własnej państwowości ukraińskiej. Często więc historia stawała się argumentem w rękach polityków wpływających pośrednio na prace historyków. A tam gdzie brakuje dowodów źródłowych pierwszeństwo przejmuje mit, legenda, domysły i dowolna interpretacja”.

Po trzecie

– Polska, także ta hipotetycznie odmawiająca poparcia neobanderowskiej Ukrainie, wciąż ma obowiązki wobec Polaków tam mieszkających i wobec istniejącego tam dziedzictwa kulturowego polskiego. To wymaga elementarnej współpracy z każdą Ukrainą w imię ochrony wyższych wartości w oparciu o prawo bilateralne i międzynarodowe.

Mając to wszystko na uwadze pamiętajmy, że wojna, która toczy się wciąż na szczęście poza Polską, nie dzieje się wg prostego schematu zerojedynkowego – agresor-napadnięty. Terytorialnie Ukraina jest tworem sztucznym, stworzonym przez ZSRR, także drogą podbojów terytoriów należących wcześniej do innych państw. Jeśli chodzi o duchową stronę tożsamości, to mamy do czynienia z co najmniej trzema tradycjami, które nie znalazły dotąd wypadkowej z prawdziwego zdarzenia – z kreacją polską w postaci grekokatolicyzmu, przejętego za czasów Andrzeja Szeptyckiego przez nurt szowinistyczny, jako wehikuł nowego narodu opartego na nienawiści i negacji; – z tradycją prawosławnej Rusi/Rosji jako historycznego continuum; – i z kreacją radziecką w postaci Ukraińskiej SRR, najpierw rozbudowanej o tereny wschodnie, na których obecnie toczy się wojna, potem o ziemie odebrane Polsce, Czechosłowacji, Węgrom, Rumunii, wreszcie obdarzonej prezentem w postaci Krymu w 1954 r.

To wszystko bez oglądania się na wielowiekowe tradycje zasiedlenia miejscowego, dzisiaj wciąż żywe najmocniej właśnie na wschodzie. To, co dzieje się tam dzisiaj, to wojna z opóźnionym zapłonem, podobna do wojen jugosłowiańskich z lat 90-tych, dla których gruntem były również sztucznie wytyczone granice, poczucie niesprawiedliwości i obawa przed szowinizmem. Wtedy Zachód uznał za winną wszystkiego Serbię, swojego wiernego sojusznika z dwóch wojen światowych. Dzisiaj wrogiem jest Rosja, zaś sojusznikiem Zachodu neobanderowska Ukraina. Polska wbrew pozorom ma wybór. I dokonuje wyboru przeciwnego polskiemu interesowi narodowemu w oparciu o obsesje i idee powstałe i podyktowane niewolą zaborów, chociaż mogłaby wybrać inaczej. Jak Węgry. Ale, żeby móc dokonać „węgierskiego” wyboru, trzeba go najpierw chcieć.

Adam Śmiech

Myśl Polska, nr 31-32 (30.07-6.08.2023)

 

Redakcja