FelietonyOpinieLasecki: Jerzy Urban nie „umarł”

Redakcja4 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Urbana czytałem jeszcze w podstawówce „Alfabet” i „Jajakobyły” („hurtem” wtedy ze Stanem Tymińskim i „Anastazją Potocką”). Do dziś pamiętam, że napisane sprawnie, „z jajem” że tak powiem. Poza rzeczywiście zabawnymi niekiedy plotkami obyczajowymi, zupełnie mnie jednak jego pisarstwo nie porwało tematycznie.

Podobnie, jego „Nie” kupiłem może że dwa razy w życiu. Zboczono-sadystycznego „Złego” Daniszewskiej, który miał chyba prześcignąć w „transgresji” tygodnik samego Urbana – ani razu. W latach 1990., gdy byliśmy jeszcze społeczeństwem bardziej kulturalnym a mniej liberalnym, te wszystkie jego sensacyjki – seks, wulgaryzmy, antyklerykalizm, jakieś ploty wyciągane z archiwów PRL-owskiej bezpieki – robiły i może wrażenie, szczególnie na młodym chłopaku. Szybko to wszystko jednak straciło posmak zakazanego owocu, a stało się banalną codziennością.

Bo właśnie Urban jest istotnym autorem naszej demoliberalnej współczesności; jako typowy liberalny zgniłek „żydowskiego pochodzenia”. Zawsze wróg państwa, patriotyzmu, moralności, władzy, religii, nacjonalizmu, porządku, propagator permisywizmu, indywidualizmu i hedonizmu.

Jako publicysta od lat 1950. angażował się w liberalnych tytułach typu „Po Prostu”, „Szpilek”, „Polityki” i bodajże „Przeglądu”. Zwalczał w PRL nacjonalizm, katolicyzm, antysemityzm i „ideologię partyzancką”. Był uczestnikiem zdegenerowanej obyczajowo „bohemy” ówczesnej elity artystyczno-pisarsko-dziennikarskiej. Jako szef Radiokomitetu truł społeczeństwo soft-pornografią różnych Borowczyków i podobnych fascynatów francuskiego Oświecenia. Po ’89 dalej demoralizował dość pruderyjne jeszcze wówczas społeczeństwo na łamach swojego pisemka bluźnierstwami, wulgarnością i nieobyczajnością. W latach 2000. otwarcie poparł propagatorów zboczeń seksualnych i wszelkiej innej zgnilizny.

W żargonie Realkomunizmu można by powiedzieć, że zawsze reprezentował „zdegenerowany, burżuazyjny styl życia”. Zdarzało mu się z sentymentem wspominać czasy walk KBW z podziemiem antykomunistycznym ale zaraz dodawał, że „dziś już inne czasy”. Był typowym dla polskiego realkomunizmu oportunistą – w stalinizmie popierał „wbijanie Polakom do łbów modernizacji kolbą karabinu”, ale sam zawsze żył postawą zdegenerowanego żydowskiego kosmopolity o naleciałościach „burżuazyjno-inreligenckich”. W latach 1980. świetnie umościł się w dyktaturze Jaruzelskiego. Gdy jednak pojawiła się szansa, bez oporu przeszedł do III RP – korzystając z kapitału wyniesionego z dawnego systemu (dostęp do teczek, z których wywlekał różne obyczajowe sensacyjki, do tego kontakty w biznesie). W sumie, był pewnym symbolem (może już ostatnim?) „uwłaszczenia się nomenklatury”.

Jeśli odegrał jakąś pozytywną rolę, to prowokując – to zaś zawsze pobudza i ożywia. Ale jego prowokacje zmierzały do rozkładu kultury do dennego poziomu najbardziej zwulgaryzowanych popędów i odruchów. Nie miały mobilizować do lepszego, tylko pogrążać w patologii. Owszem więc, wyśmiewanie bogoojczyźnianego patriotyzmu, Solidarności i kleru bywało pobudzające. Realizowane jednak w imię kosmopolityzmu, „róbta co chceta” i żerujące na niezdrowej fascynacji sensacjami, było „łatwe”. I – niestety – łatwo zwyciężyło, bo ludzie zawsze biorą chętnie to, co najmniej wymagające i dostarczające najbardziej prymitywnych przyjemności.

Jerzy Urban, niestety, więc wcale nie „umarł”. On historycznie „zwyciężył” zarażając nas wulgarnością, bezwstydem, odrzuceniem wszystkiego co ogranicza ekspresję jednostki (tradycji, wspólnoty, kultury, dobrych obyczajów, poczucia przyzwoitości, autorytetu, patriotyzmu itp.), choćby ta przybrała najbardziej patologiczną formę. Jerzy Urban wciąż niestety „żyje” w nas i we współczesnej nam demoliberalnej rzeczywistości. Musimy go jeszcze w sobie „zabić”. A o tym zmarłym „osobowym” Urbanie – zapomnieć.

Ronald Lasecki

 

Redakcja