KulturaGorlicka: kultura narodowa Polaków

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Urodziny najjaśniejszej bodaj gwiazdy legendarnego Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze” – Ireny Santor, skłoniły mnie do refleksji na temat zagadnienia tzw. polskiej kultury narodowej. Czym właściwie ona jest, a raczej co wchodzi w jej skład? Jak ją sobie wyobrażamy i jaki jej obraz wpaja się w polskich szkołach i domach od dziecięcych lat? Okazuje się, że otrzymujemy jej niepełny zbiór, wynikający prawdopodobnie z jednej z naszych cech narodowych, z której częstokroć szydzą Białorusini, Ukraińcy i Rosjanie, tj. poczucia wyższości kulturowej i moralnej wobec innych narodów (szczególnie tych zza naszej wschodniej granicy). W rezultacie prezentowana jest nam jedynie polska sztuka wysoka i tylko o takiej chcemy pamiętać jako „typowo polskiej”.

Ograniczony zasięg kultury wysokiej

Przez cały niemal okres edukacji obowiązkowej, szczególnie na lekcjach języka polskiego, program MEN ustami naszych nauczycieli prezentuje nam ponoć esencję polskiej kultury narodowej, w składzie której są przede wszystkim wybitne dzieła artystyczne. Zapoznawani jesteśmy z kanonem naszej narodowej literatury, muzyki czy malarstwa, z sylwetkami najwybitniejszych pisarzy i poetów m.in. Jana Kochanowskiego, Stefana Żeromskiego, Bolesława Prusa, Adama Mickiewicza (w jego przypadku toczymy spór z Białorusinami), Juliusza Słowackiego, Bolesława Leśmiana, Cypriana Norwida itd. Wszystkie te, wspaniałe niewątpliwie, postaci stworzyły wiekopomne dzieła oddziałujące na ducha narodowego Polaków. Podnosiły morale w trudnych momentach historii, przemycały najważniejsze symbole i alegorie, zrozumiałe tylko nam, oddawały charakter narodu polskiego i edukowały.

Nie ujmując wieszczom niczego, należy zadać sobie pytanie o zasadność uznawania wyłącznie tzw. kultury wysokiej za element dystynktywny dla naszego narodu i w pełni go definiujący w warstwie zarówno tożsamości, jak i w celu „eksportu” polskości. Czy Mickiewicz i Kochanowski albo Chopin i Moniuszko (o tę postać również toczymy spór z Białorusinami) byli doświadczani przez cały polski naród (na potrzeby niniejszego wywodu nie będę w tym miejscu oddawała się rozważaniom kiedy możemy mówić o ukształtowanym narodzie polskim)? Czy Polacy lub „proto-Polacy” żyli trenami Kochanowskiego w jego epoce? Czy Polacy w zagrodach nawet w XIX wieku cytowali fragmenty ballady Romantyczność? A może nucili podczas żniw któryś z chopinowskich nokturnów? Pytania te są zasadne, gdyż przeważająca większość naszych pradziadów należała do warstwy chłopskiej i nie potrafiła ani pisać, ani czytać. Nie miała również dostępu do kultury wysokiej, nie mogła nie tylko wybrać się na koncert fortepianowy czy spektakl do teatru, ale nawet wyjechać swobodnie poza swoją wioskę. Ponadto również część szlachty polskiej pozostawała na wiele pokoleń analfabetami.

Kultura ludowa

Nie wynika jednakże z powyższego, iż ok. 90% naszych przodków żyła samą pracą, modlitwą i snem. Na wsi w różnych regionach Polski kwitła kultura ludowa: stroje regionalne, tradycja, kuchnia, pieśni, poezja, muzyka, legendy, podania, rytuały, gwara i cała reszta ludzkich wytworów. Istniały od epoki bajecznej, opierały się czasowi, hermetycznie przechowane mimo, że nikt przez wieki nie zechciał tego wszystkiego spisać i udokumentować. Przetrwały i kwitły w umysłach i sercach żywych nośników, jakimi byli nasi przodkowie i raczej nie stykały się ze swymi epokowymi odpowiednikami z tzw. wyższych sfer.

Problem jednakże polega na tym, iż kultura ludowa nie cieszy się w naszym kraju należytym szacunkiem. Mimo żywionego przez Polaków uwielbienia dla kultury amerykańskiej, której elementem eksponowanym i eksportowanym jest muzyka country wraz ze strojami kowbojskimi, nie bierzemy z Amerykanów pod tym względem przykładu. Podobnie Niemcy i Austriacy promują swoje tradycyjne stroje regionalne np. sukienki Dirndl (noszone w Bawarii i Austrii), a nawet udostępniają je w sprzedaży w niemieckich sklepach wysyłkowych, popularnych również w Polsce. Przykładów umasowienia kultury ludowej w różnych krajach podawać można bez końca, niestety nasza ojczyzna jakby wstydziła się własnej kultury ludowej.

Antyludowa postsolidarność

Statystyczny (szczególnie młody) Polak uznaje własną kulturę ludową za przaśną, bezwartościową, „wiejską” a więc nieprzystającą do „cywilizowanych” standardów. Najczęściej niechęć do niej łączy się w naszym kraju z niskim poziomem znajomości ludowej kultury materialnej, zaś dzieci i młodzież nie wiedzą jak wyglądają nasze stroje regionalne ani z jakimi tradycjami łączą się ich poszczególne elementy (każdy wszak ma swoje głębsze znaczenie). Większość Polaków doszukuje się w swoich korzeniach raczej herbu szlacheckiego niż pamięci o pieśniach, tańcach i obyczajach funkcjonujących niegdyś w ich rodzinach.

Zaprawdę jest ten trend niezwykle zasmucający, a nawet groźny z punktu widzenia tożsamości narodowej Polaków. Kiedy wiele innych narodów stale pielęgnuje swoje tradycje ludowe, a nawet stara się je prezentować zagranicą jako atrakcyjne i godne naśladowania, Polacy jakby próbowali zamknąć na klucz w jakiejś wspomnieniowej piwnicy 90% własnej kultury i duchowości. Nie sprzyja renesansowi kultury ludowej kształtowaniu pamięci historycznej naszego narodu wedle upodobań tzw. elit postsolidarnościowych, które postanowiły zrównać ludowość z PRL i wręcz krytykować pod właśnie tym kątem wiele ciekawych inicjatyw promujących polski folk. Kultura ludowa pozostaje jedynie w takiej warstwie, w jakiej przydatna wydaje się politycznie (vide uroczyste dożynki z uczestnictwem polityków i członków rządu). Przyczyną tego jest fakt, iż to właśnie w dobie PRL podjęto próby wskrzeszenia polskiej kultury ludowej. Spowodowane było to choćby marginalizacją społeczno-gospodarczą osób pochodzenia herbowego oraz systemowego wspierania klasy chłopsko-robotniczej, lecz w rezultacie miało to korzystny wpływ na odżywienie tożsamości narodowej Polaków.

Fenomen „Mazowsza”

Za najbardziej bodaj spektakularny projekt należy uznać utworzenie w 1948 roku przez Tadeusza i Mirę Sygietyńskich Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Było to coś znacznie więcej niż zespół muzyczno-teatralny czy instytucja artystyczna. „Mazowsze” stało się najpopularniejszym zespołem tego typu w całym bloku wschodnim, wprawiało w zachwyt również publikę zachodnią. Do samego zespołu niełatwo było dołączyć, gdyż selekcja, której dokonywał Tadeusz Sygietyński opierała się zarówno na ocenie zdolności wokalno-tanecznych jak również wyglądu przyszłego artysty lub artystki. Lecz nie to było najważniejsze w całym przedsięwzięciu. Esencją była praca wręcz etnograficzna Sygietyńskich, bowiem jeździli oni po Polsce i spisywali, nagrywali i obserwowali regionalne kultury ludowe. Następnie zebrali i uczynili z owego zbioru wspaniały repertuar taneczno-wokalno-teatralny.

Same stroje zespołu „Mazowsze” są kompilacją elementów z różnych polskich strojów regionalnych. Chodziło przede wszystkim o utworzenie prawdziwie polskiego, ludowego zespołu, przygotowanego zarówno na potrzeby krajowe jak również eksportowe. Sygietyńscy osiągnęli sukces, a ich „dziecko” istnieje do dziś i stanowi rodzaj naszego skarbu narodowego, zaś bycie jego częścią jest dla prawdziwego młodego artysty zaszczytem i powodem do dumy. Częścią owego zespołu była wspomniana wspaniała polska artystka Irena Santor. Obecnie należy być świadomym zarówno tego czym jest i było „Mazowsze” wraz z jego twórcami, jak również faktu, że współcześnie niesłusznie tego typu twórczość stała się marginesem, a nawet czymś mało szanowanym.

Folklor tak, ale cudzy

Pojawiają się rozmaite projekty nawiązujące do polskiego folkloru w sensie artystycznym takie jak (niestety krótko istniejący) projekt Donatana i Cleo czy wyjątkowo – moim skromnym zdaniem – udany, choć mniej znany zespół Tulia, specjalizujący się w nagrywaniu folkowych coverów znanych utworów. W obu przypadkach pojawia się stylistyka ludowa zarówno w warstwie melodycznej, jak również wizualnej. Niestety Polacy nadal niechętnie odnoszą się do reklamowania własnego folkloru, zatem i takie inicjatywy znikają równie szybko jak się pojawiają.

Zjawiska powyższe są tym bardziej komiczne, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że polski rząd wspiera politycznie i finansowo promocję kultury białoruskiej na samej Białorusi. Polscy politycy twierdzą bowiem, iż współczesna Białoruś jest za mało białoruska (czytaj: ludowa, gdyż język białoruski i kultura białoruska zasadniczo najlepiej utrzymuje się na obszarach wiejskich), a za bardzo rosyjska. Polski prezydent częściej mówi po białorusku niż po polsku (co z uciechą dostrzegł szereg białoruskich działaczy opozycyjnych wobec prezydenta Aleksandra Łukaszenki). Wprawdzie osobiście nie żywię najmniejszych uprzedzeń wobec narodu białoruskiego, ale poniekąd pojawia się w moim sercu zazdrość, a wraz z nią oczekiwania jako Polki. Oczekiwanie, że prezydent Andrzej Duda zacznie mówić wreszcie w języku ojczystym i zacznie promować polską kulturę, w tym kulturę ludową.

Sylwia Gorlicka

Redakcja