OpinieWojna totalna czy też operacja specjalna?

Redakcja4 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

W nawale codziennych newsów z Ukrainy i idącej wraz nimi walce informacyjnej obu stron zatarciu ulegają dotychczasowe znaczenia różnych pojęć, a wiele zdarzeń, które mają tam miejsce nie ma jeszcze swoich nazw. Bo jak nazwać konflikt zbrojny, który nie jest wojną energetyczną pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi, a jak określić to, co dzieje się na Ukrainie pomiędzy Ukrainą i Rosją, gdzie trwają starcie zbrojne, giną ludzie, ale Rosja nie nazywa tego wojną?

Zostawmy na razie analizowanie istoty sporu geopolitycznego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Rosją a przyjrzyjmy się konfliktowi, który ma miejsce tuż za naszymi granicami. Rosja cały czas używa pojęcia „operacja specjalna”, Ukraińcy zaś mówią o „totalnej wojnie” i eksterminacji narodu ukraińskiego. A jak jest w rzeczywistości? Co tak naprawdę dzieje się na Ukrainie?

Porównując ten konflikt do innych toczonych w XXI wieku widzimy, że nie możemy zdecydowanie mówić o jakiejś totalnej wojnie, porównywalnej na przykład z II Wojna Światową, albo operacją „Pustynna Burza” w Iraku, czy też z wojną w Wietnamie. Konflikt jest zdecydowanie lokalny, ograniczony do terytorium wschodnich obwodów Ukrainy. Rosjanie, jak widać, nie traktują go w kategorii walki na śmierć i życie, ale jako interwencję zbrojną na przyległych do Rosji terenach zamieszkiwanych przez ludność posługującą się językiem rosyjskim.

Aby lepiej uchwycić istotę problemu powiedzmy, czego Rosjanie nie dokonują na terytorium Ukrainy.
Nikt nie atakuje ukraińskich elektrowni- Ukraińcy mają prąd do zasilania pralek i telewizorów.
Nikt nie niszczy ukraińskich wodociągów- Ukraińcy mogą pić i kapać się do woli.
Nikt nie odcina Ukrainy od telefonów i Internetu, Ukraińcy mogą łączyć się z całym światem, a prezydent Zelensky może paradować on-line na lekkim rauszu w parlamentach krajów tzw. „demokratycznych” pragnących poznać ukraińskiego Leonidasa.
Nikt nie niszczy zakładów pracy, chyba że są wykorzystywane militarnie.
Bankomaty wypłacają hrywny, urzędy pracują, dzieci i studenci uczą się bez przeszkód.
Nikt nie niszczy ukraińskich dróg i kolei (na razie), a do modnego w mediach Kijowa, co rusz udają się przedstawiciele wiernych USA państw, aby tam zdobywać laury w walce z perfidnym moskiewskim „tyranem”. Trzeba odnotować już obecność prezydenta Dudy, marszałka polskiego Senatu, a także ostatnią podróż sekretarz stanu USA – Blinkena. Praktycznie codziennie jakiś oficjel z UE lub z Ameryki lansuje się w Kijowie. Rosja z reguły nie przeszkadza tym wygłupom.

Andrzej Duda w Kijowie. Fot. Kancelaria Prezydenta

Powiedzmy sobie uczciwie – gdyby to była poważna wojna na śmierć i życie – Ukraina już pierwszego dnia nie miałaby ani łączności, ani prądu, ani wody, ani transportu a jej kluczowa infrastruktura zostałaby starta z powierzchni ziemi w przeciągu paru godzin. Rosję stać na zadanie natychmiast druzgocących ciosów, stać na zniszczenie natychmiast wszystkiego, czym jeszcze dysponuje Ukraina jako państwo. Ale jednak, jak widzimy, nie zadaje tych ostatecznych razów swojemu zachodniemu sąsiadowi.

Rosja nie przeprowadza dywanowych nalotów, jak za czasów II Wojny Światowej, ani nie atakuje sieci telefonii komórkowej, co widzieliśmy w czasie wojny w Zatoce Perskiej, nie zrzuca chemikaliów na wioski jak USA w Wietnamie. W białych rękawiczkach stara się robić wszystko, aby straty wśród ludności cywilnej były jak najmniejsze, oraz aby nie uszkodzić portów, ani dróg, czy też osiedli mieszkaniowych.

Zatem czy możemy mówić, że Rosja prowadzi na Ukrainie wojnę totalną? Na pewno nie. To operacja specjalna ograniczona terytorialnie i rzeczowo -poprzez wyraźne określenie celów. Nie są nimi unieszkodliwianie ludności Ukrainy, czy też niszczenie infrastruktury, ale zmiana porządku politycznego, który zdaniem Rosji jest zagrożeniem dla jej bezpieczeństwa. Dlatego nieprzyjaciółmi Rosji – wskazanymi przez prezydenta Putina – są przedstawiciele nielegalnej – jej zdaniem – tzw. junty kijowskiej. Są to środowiska oligarchiczne, które zawłaszczyły sobie władzę na Ukrainie po zamachu stanu w 2014 roku, oraz terroryści z nazistowskich batalionów ochotniczych, którzy narzucili swoją faszystowską ideologię armii i administracji.

Rosja uważa, że przewrót dokonany w 2014 na Majdanie z inspiracji USA spowodował nieodwracalne konsekwencje geostrategiczne, które naruszają ład w Europie i grożą państwu unicestwieniem. Ukraina, bowiem stała się od czasów tzw. Majdanu z 2014 forpocztą i bastionem zaplanowanej dużo wcześniej antyrosyjskiej dywersji. Prowadzona od dziesięcioleci przez zachodnie media podmiana tożsamości cywilizacyjno-kulturowej Ukraińców, nachalne propagowanie wytrzebionego wcześniej ukraińskiego nacjonalizmu odwołującego się do ludobójczych praktyk UPA – spowodowały spustoszenia w percepcji ideowo-tożsamościowej wśród młodzieży na Ukrainie. Manipulacje medialne szły w parze z pomniejszaniem i wyśmiewaniem wspólnego ukraińsko-rosyjskiego dziedzictwa.

„Hodowla” wyalienowanych kulturalnie pokoleń nałożyła się na permanentny kryzys państwa i narastającą biedę. Ubodzy, „oczyszczeni” z tradycji i uformowani antyrosyjsko Ukraińcy stali się doskonałym materiałem dywersyjnym dla zachodnich służb i korporacji. Godzili się na najbardziej poniżające i „brudne” zajęcia, o których nie godzi się tutaj wspominać. Ukraina była niewątpliwie prymusem zachodniego wyuzdania kulturowego na wschodzie. Państwo oddawało się z lubością różnym formom narzucanej z zewnątrz „prostytucji”. Bo jak można inaczej nazwać na przykład fakt utrzymywania na swoim terytorium dziesiątek laboratoriów, w których testowano najgroźniejsze patogeny i broń biologiczną? Które państwo cywilizowane pozwala z obywateli robić obcym pastwom i korporacjom- tzw. „króliki doświadczalne’?

Nic, więc dziwnego, że upadłe państwo ukraińskie stało się śmiertelnym zagrożeniem dla wszystkich sąsiadów. Zagrożeniem kulturowym, epidemiologicznym i militarnym, etc., Dlatego też konflikt z Rosją lub z innym sąsiadem był tylko kwestią czasu. Ale to tylko Rosja, – jako państwo silniejsze – mogła upomnieć się o prawa swoje i milionów Rosjan mieszkających na Ukrainie, tylko ona mogła powiedzieć: nie – prześladowaniom ludności w Donbasie. Inni sąsiedzi są za mali i za słabi.

W narracji Rosjan operacja specjalna jest próbą tzw. „sanacji” zachodniego sąsiada, próbą „oczyszczenia” ideowego – z naleciałości neofaszystowskich, oczyszczenia militarnego – z tysięcy ton różnej broni dostarczanej tutaj przez wywiady całego świata w celu „powstrzymywania” Rosji. Ale, o czym się nie mówi – jest także próbą uwolnienia mieszkańców rosyjskojęzycznych z nieznośnego niewolniczego statusu darmowej siły roboczej dla ukraińskiej oligarchii finansowo-urzędniczej i wielką szansą na włączenie ich – przecież braci krwi i języka – w struktury nowoczesnego państwa. Bo tak naprawdę tylko Rosja interesuje się losem Ukrainy i tylko ona może dać jej mieszkańcom szansę modernizacyjną, tak jak to miało miejsce wielokrotnie wcześniej w historii. Nikt inny tego nie dokona.

Dlatego w oczach Rosjan decyzja prezydenta Putina i jej poczynania armii są godne i w pełni usprawiedliwione. To po prostu rosyjska misja dziejowa. Będziemy, zatem świadkami – nie wojny totalnej, jak chciałyby to widzieć „jastrzębie” z USA, ale właśnie ograniczonej „operacji specjalnej” oszczędzającej ludność cywilną i infrastrukturę. Ciekawe czy otumanieni zachodnią propagandą i mirażami Ukraińcy będą w stanie samodzielnie przeprowadzić rachunek korzyści i strat i zrozumieć, że wojna z Rosją im się nie opłaca i nie ma sensu wysyłać na zatracenie kolejnych roczników młodzieży, bo dawno już ta wojnę przegrali. Najgorszy pokój zawsze jest lepszy od wojny.

Piotr Panasiuk

Teksty w dziale „opinie” stanowią odzwierciedlenie poglądów autorów, które nie musza być zbieżne z poglądami redakcji.

Redakcja