ŚwiatPolska wobec konfliktu ukraińskiego

Redakcja5 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Gdy piszę te słowa, mija szósty dzień inwazji Rosji na Ukrainę. W kręgach eksperckich dają się obecnie słyszeć (nie w polskiej infosferze jednak) opinie, że Rosja zmierza do zwycięstwa w tej wojnie. Wśród co bardziej wnikliwych obserwatorów wskazuje się (nie w polskiej infosferze jednak), na coraz bardziej propagandowy a coraz mniej rzeczowy przekaz ukraińskich władz oraz narastanie trudności z zaopatrzeniem ludności na Ukrainie.

Przedwczesne byłoby jednak stawianie kategorycznych tez co do dalszego rozwoju wypadków. Po pierwsze, nie doszło jeszcze do starcia głównych sił rosyjskich i ukraińskich. Po drugie, o niepowodzeniu Rosji w Afganistanie w latach 1980. zadecydowało przekazanie Afgańczykom 2500 Stingerów i gospodarcza izolacja ówczesnej Rosji przez blok demoliberalny. Obecnie USA i ich wasale podejmują wobec Ukrainy i Rosji identyczne działania jak wówczas wobec Afganistanu i ZSRR. Podobne opinie formułuje się obecnie na temat jakoby spadającego morale Rosjan i rosnącego morale Ukraińców – w latach 1980. takie procesy psychosocjalnej dezintegracji Rosjan a konsolidacji Afgańczyków przyczyniły się do niepowodzenia interwencji rosyjskiej i rozpadu ówczesnej postaci państwa rosyjskiego. Wówczas jednak Chiny były umiarkowanym sojusznikiem USA i zdecydowanym przeciwnikiem Rosji. Dziś zaś jest odwrotnie.

Rozważając przeciwne scenariusze rozwoju sytuacji na Ukrainie, możemy już dziś pokusić się o pierwsze rekomendacje polityczne – zarówno dla naszego własnego środowiska, jak i dla całej polskiej wspólnoty politycznej. Przy czym, te ostatnie określać powinny do pewnego stopnia treść tych pierwszych, należy jednak mieć świadomość, że, szczególnie w obecnej sytuacji, możliwości oddziaływania naszego środowiska na rozwój wydarzeń w naszym kraju zmalały w zasadzie do zera – orientacja na rzecz normalizacji z Rosją jest u nas na długie lata martwa.

„Negocjacje pokojowe”

W pierwszej kolejności, odrzucić należy, powracające też często w naszym środowisku postulaty zaangażowania się Rosji w negocjacje pokojowe z Ukrainą. Swoje cele wojenne Rosja wskazała w ostatnich dniach kilkukrotnie ustami najpierw Putina, następnie Ławrowa, dziś też także Szojgu. Te cele można sprowadzić do pełnego i bezwzględnego pokonania Ukrainy i jej geopolitycznego unieszkodliwienia z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa Moskwy. Brak osiągnięcia tych celów będzie równoznaczny z klęską Rosji.

Wszelkie głosy wzywające Rosję do zakończenia wojny porozumieniem i kompromisem z obecnymi władzami Ukrainy będą więc odbierane przez stronę rosyjską jako działanie jej szkodzące, próba zasiania w jej szeregach demoralizacji, pomieszania jej szyków. Przełoży się to, rzecz jasna, na stosunek Moskwy do autorów takich wypowiedzi. Rosja będzie dążyła do porozumienia z Ukrainą tylko wtedy, gdy przegra wojnę, czyli gdy jej obecna inwazja się nie powiedzie.

Rozpad Rosji

Z dużą dozą prawdopodobieństwa prognozować można, że niepowodzenie inwazji będzie oznaczało rozpad Rosji podobny do tego z roku 1991. Sankcje nałożone obecnie przez blok demoliberalny na Rosję nie zostaną bowiem zdjęte, dopóki władzy w Rosji nie przejmą projankescy demoliberałowie. Gdyby zatem Rosja nie osiągnęła swoich celów na Ukrainie, „kolorowa rewolucja” zmiotłaby w Moskwie ekipę Władimira Putina lub każdego innego, niewygodnego dla bloku atlantyckiego przywódcę, który Putina by ewentualnie u władzy zastąpił. Społeczeństwo rosyjskie nie będzie miało bowiem ochoty ponosić kosztów wojny, gdy ta zakończy się klęską. Obecne sankcje gospodarcze, kulturowe, komunikacyjne i transportowe wyłączają bowiem Rosję całkowicie z systemu globalnego kontrolowanego przez USA i blok północnoatlantycki.

W wypadku klęski Rosji na Ukrainie, Putin nie ma zatem szans na utrzymanie się przy władzy. Nie zastąpi go również żadna wojskowa ekipa „eurazjatycka” ani konserwatywna. Klęska Rosji będzie oznaczała dojście w niej do władzy demoliberałów i zapadników. To zaś oznaczałoby dezintegrację i rozpad Federacji Rosyjskiej. Rosja na pewno straciłaby Krym i tereny kontrolowane obecnie w donieckim zagłębiu węglowym. Straciłaby też raczej północny Kaukaz. Trudno dziś wskazać dalsze ewentualne secesje, ale z pewnością by takie nastąpiły. Analogicznie bowiem, na przełomie lat 1980. i 1990. jedynie w kilku republikach związkowych ZSRR żywotne były tendencje separatystyczne, ostatecznie jednak oderwały się nawet te które wcale tego nie chciały.

Dezintegracja i rozpad Federacji Rosyjskiej wprowadziłyby tak daleko idący chaos w przestrzeni eurazjatyckiej, że, w zasadzie, ich dalej idące szczegółowe konsekwencje nie poddają się utrzymanemu w granicach odpowiedzialności za słowo prognozowaniu. Możemy wskazać jedynie kilka rysujących się pewną kreską zarysów świata na gruzach Federacji Rosyjskiej.

Upadek Łukaszenki

Przede wszystkim, przypieczętowany byłby los Białorusi. Dla Łukaszenki, tak jak dla Putina, zwycięstwo Rosji na Ukrainie jest kwestią być albo nie być. Zakładając zatem racjonalność białoruskiego przywódcy, spodziewać się należy jego pełnego zaangażowania po stronie Rosji.

Dla Polski ewentualny upadek Łukaszenki stawiałby na porządku dnia kwestię mniejszości polskiej na Białorusi. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością prognozować można, że Warszawa nic by ostatecznie w tej kwestii nie zrobiła. Taka indolencja naszego państwa nie powinna jednak nas cieszyć, gdyż dojrzała politycznie wspólnota narodowa powinna mieć przygotowane strategie na najróżniejsze możliwe scenariusze wydarzeń. Wydaje się, że postulatem minimum jaki powinniśmy stawiać w przypadku upadku Łukaszenki, byłyby pełne prawa narodowe i językowe dla białoruskich Polaków, idące w stronę przeorganizowania administracji państwa białoruskiego tak, by zapewnić naszym rodakom autonomię narodowo-terytorialną. Snucie dalej idących projektów byłoby jednak na dzisiejszym etapie wydarzeń nieodpowiedzialnym awanturnictwem.

Neoosmanizm

Kolejnym pewnikiem w przypadku klęski i ewentualnego rozpadu Rosji byłby upadek Asada w Syrii, którego głównym dziś protektorem jest Moskwa. Upadek Asada oznaczałby przejęcie kontroli nad Syrią przez Turcję, już dziś kontrolującą fragmenty terytorium tego państwa na północy i pośrednio na północnym zachodzie, a także iracki Kurdystan. Zmalałyby wpływy Iranu, skomplikowała się sytuacja Hezbollahu ale także Izraela. Osadzona w irackim Kurdystanie i Syrii, mająca przyczółki w Libii, w Palestynie oraz w Afryce, Turcja znalazłaby się na drodze do odbudowy Imperium Osmańskiego.

Kierunkiem panturkijskiej ekspansji Ankary byłyby zapewne Zakaukazie, Azja Centralna, a może nawet Syberia, pomocniczo zaś także Krym i Ukraina. Przypomnieć tu warto, że historyczne Imperium Osmańskie w latach 1672-1699 kontrolowało przejściowo nawet Podole, sięgając niemal po Kijów, przez trzy wieki zaś także Krym i jego bezpośrednie zaplecze terytorialne. Czynnik turkijski okazałby się prawdopodobnie jednym z rozsadników dezintegracji Rosji po jej ewentualnej klęsce w wojnie na Ukrainie, Turcja zaś jednym z głównych geopolitycznych beneficjentów takiego rozwoju wypadków.

Pogrom Antysystemu

Dla opcji antysystemowej upadek Rosji oznaczałby prawdziwy pogrom. Upadłyby nie tylko Białoruś i Syria, ale też pogorszyłaby się sytuacja takich krajów jak Węgry, Iran, Wenezuela, Kuba, Nikaragua, Serbia. Skomplikowałaby się nawet sytuacja Chin, które straciłyby swojego najważniejszego dziś sojusznika, przede wszystkim zaś, wobec dezorganizacji Rosji, większym wyzwaniem byłaby też realizacja projektu Nowego Jedwabnego Szlaku, który USA byłoby w warunkach chaosu w Eurazji łatwiej udaremnić W roli oparcia dla sił kontestujących demoliberalny globalizm Chiny by zaś nie wystąpiły, bo, skądinąd trzeźwo, realizują politykę robienia interesów z każdym, kto chce z nimi robić interesy.

Sytuacja w Europie

Ewentualny upadek Rosji, choć początkowo wzmacniałby dominację USA nad Europą, w dłuższej perspektywie podmywałby jednak dla niej podstawy. Uzasadnieniem obecności wojsk USA w Europie i politycznej hegemonii Waszyngtonu jest strach przed Rosją. Gdyby Rosja została znacząco zredukowana terytorialnie i stała się demoliberalna, uzasadnienie to by zniknęło.

Wykracza oczywiście poza granice realizmu prognozowanie, jak w takiej nowej sytuacji wyglądałyby stosunki międzynarodowe w Europie? Jakie ukształtowałyby się sojusze? Jakie koalicje? Dziś widzimy jedynie, że Niemcy kanclerza Scholza wyrażają gotowość „wzięcia odpowiedzialności za Kontynent”, zbroją się, przekazują też broń Ukrainie i stają się jednym z filarów demoliberalnej koalicji antyrosyjskiej. Jak jednak na niemieckie ambicje po ewentualnej klęsce Rosji zareagowałaby Francja? Anglia? Polska? Pewnym można być jedynie, że Niemcy, od których gospodarczo uzależnione są Węgry, po wyeliminowaniu Rosji, mogłyby swobodniej oddziaływać na sytuację nad Balatonem. A dzisiejsze Niemcy, to już nie Niemcy kanclerza Bismarcka, tylko Niemcy Jürgena Habermasa.

Polska wobec upadku Rosji

Trudno dziś wyrokować, jak w tej nowej sytuacji powinna zachować się Polska, bo też nie jesteśmy w stanie odpowiedzialnie prognozować dziś samej tej sytuacji. Czy porozumieć się wtedy z Niemcami? Z Francją? Z Ukrainą? A może trwać przy USA? Pewne jest tylko, że polityka ani geopolityka także wtedy nie znikną i Polska będzie musiała jakoś odnaleźć się zmienionej rzeczywistości międzynarodowej. Nie wystarczą zatem truizmy o „polityce propolskiej” za którą kryć się może cokolwiek – z reguły zaś nie kryje się nic.

Pozostając jeszcze przy ewentualności porażki Rosji na Ukrainie, to w jej kontekście, obecne zaangażowanie się w poparcie dla Rosji, byłoby kontrskuteczne i kompromitujące. Nie stawia się na przegranego konia. Rosja postawiła wszystko na jedną kartę, co oczywiście racjonalne nie jest, będzie zatem musiała ponieść wszelkie konsekwencje tej decyzji. Myślę, że obecnie kierownictwo rosyjskie jest tego w pełni świadome. My jednak również powinniśmy być świadomi.

Odrodzenie imperium rosyjskiego

W przypadku zwycięstwa Rosji na Ukrainie, jak napisałem to w swojej poprzedniej wypowiedzi, odbudowane zostałoby imperium rosyjskie. Byłoby ono ściśle zintegrowane z Chinami, popierałoby państwa rewizjonistyczne wobec demoliberalnej globalizacji, od Zachodu zaś było oddzielone nową żelazną kurtyną.

W sieci wciąż dostępna jest archiwalna wersja artykułu rzekomo opublikowanego przez agencję RIA po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, gdy zaś okazało się że nie zakończy się ona w ciągu kilku dni, usuniętego ze strony. Zakładając, że mamy tu do czynienia z autentycznym tekstem a nie propagandową mistyfikacją Zachodu, to tekst ten kreśli obraz takiego właśnie świata: podzielonego między blok eurazjatycki i atlantycki, z Rosją zbierającą ruskie ziemie oraz zrywającą z Zachodem i przeorientowującą się ku państwom niezachodnim.

Polska wobec imperium rosyjskiego

W ramach nowej zimnej wojny Polska stałaby się krajem frontowym na pograniczu z imperium rosyjskim i szerzej pojętym światem kontynentalnym. W tej sytuacji, naszym zadaniem jako ruchu tożsamościowego, byłoby minimalizowanie tarć między blokami i zmniejszanie napięcia w ramach nowej zimnej wojny, pierwszą ofiarą erupcji którego z pewnością byśmy się stali.

Z ewentualnym imperium rosyjskim powstałym na gruzach Ukrainy trzeba się będzie jakoś ułożyć. Choćby w kwestii przyszłości Hałyczyny (dzisiejsze obwody lwowski, tarnopolski i iwanofrankowski Ukrainy), na której cichą secesję z Ukrainy raczej zezwoliłaby Moskwa – niewykluczone jest tu nawet „milczące porozumienie” nienawidzących się nawzajem Rosjan i ukraińskich nacjonalistów, gdyż w Rosji powszechnie wskazuje się, że integracja Hałyczyny w imperium rosyjskim nie byłaby możliwa, a jej przyłączenie do ZSRR było największym błędem Stalina.

W przypadku zwycięstwa na Ukrainie, Rosja osiągnęłaby na zachodzie swoje granice z 1795 r. Oczywiście, nie jako zintegrowane państwo. Formalną odrębność zachowałaby zapewne Białoruś, a także Ukraina w formie kadłubowego państwa naddnieprzańskiego, obydwie jednak byłyby faktycznie zależne od Rosji, stanowiąc część jej przestrzeni imperialnej. Federacja Rosyjska, jako serce imperium, anektowałaby przy tym zapewne te obszary Ukrainy, które uznałaby za bardziej rosyjskie niż ukraińskie. W pewnym sensie odtworzone zostałyby więc Ukraińska Republika Ludowa (Ukraina naddnieprzańska) i Zachodnioukraińska Republika Ludowa (Hałyczyna).

Wobec Polski imperium rosyjskie nie miałoby raczej pretensji terytorialnych, gdyż – podobnie jak w przypadku Hałyczyny – w dzisiejszym dyskursie rosyjskim przeważa pogląd, że przyłączenie Polski w 1815 r. przez Aleksandra I było błędem. Spodziewać by się natomiast należało, że imperium rosyjskie starałoby się zneutralizować i zdominować Polskę strategicznie i geopolitycznie, odrywając ją od ośrodków sobie wrogich.

Dyskusja nad „zmianą sojuszy”z atlantyckich na eurazjatyckie i matrycy cywilizacyjnej z demoliberalnej na tradycyjną, w kontekście obecnej wojny na Ukrainie i towarzyszącej jej intensyfikacji nowej zimnej wojny, na lata zostanie w Polsce zablokowana. Konieczność ułożenia się z imperium rosyjskim, jeśli takie wyłoni się z obecnego kryzysu, będzie jednak realną potrzebą. Potrzebny więc będzie też pozbawiony histerii, realistyczny głos, kreślący warunki i scenariusz takiego porozumienia.

Polityka ugody na przedmurzu Zachodu

Podsumowując dotychczasowe rozważania, należy wobec obecnej wojny na Ukrainie zachować wstrzemięźliwość. Zaniechanie nieprzemyślanych i egzaltowanych „wezwań do negocjacji” nie skompromituje nas w oczach Rosji. Ostrożność w wyrażaniu poparcia dla Moskwy uchroni nas z kolei przed kompromitacją moralną jaką niewątpliwie jest rosyjska agresja. Na dodatek, uchroni nas przed kompletną ruiną, jaką przyniosłaby klęska Rosji wszystkim ją – skompromitowanego moralnie agresora – popierającym. W przypadku zwycięstwa Rosji potrzebny będzie zaś głos na rzecz stopniowej pacyfikacji stosunków z imperium rosyjskim w nowym porządku świata.

Wojna na Ukrainie jednak póki co trwa i może potrwać jeszcze długo. W obecnej sytuacji tracą rację bytu wszelkie postulaty wystąpienia z NATO, usunięcia z Polski baz USA, czy ścisłej neutralności z Polski. To po prostu postulaty obecnie zupełnie nierealistyczne. Ich wysuwanie dziś byłoby czymś analogicznym do postulowania członkostwa Polski w NATO w latach 1960.

W dającej się przewidzieć przyszłości Polska pozostanie w NATO. Cały nasz region ulegnie bezprecedensowej militaryzacji, co oznacza również ostentacyjną obecność militarną USA w naszym kraju. Nikt w Polsce nie będzie chciał słuchać o zmianie tej sytuacji. Podobnie rzecz się ma z materiałową i zbrojną pomocą dla Ukraińców, jaka będzie trafiała do Ukrainy przez Polskę. Moim zdaniem, nie ma szans na zapobieżenie temu. Realistycznym postulatem byłoby dziś natomiast nieprzekazywanie Ukraińcom śmiercionośnej broni przez samo państwo polskie.

Kolejnym takim postulatem byłby ściśle defensywny charakter obecności NATO w naszym kraju – by nie prowadzono z terytorium Polski żadnych zaczepnych działań przeciw Rosji. Choć i to wydaje się mało realne, bo Polska znalazła się dziś w położeniu Pakistanu z 1979 r. i 2001 r. – nasz kraj stanie się głównym korytarzem zaopatrzenia Ukraińców walczących z Rosją. Gdyby jakiś polski rząd starał się to zmienić, musiałby się liczyć z perspektywą „regime change”na bardziej posłuszny USA.

Co do Ukrainy, to niewątpliwie nie należy sprzeciwiać się pomocy humanitarnej ani nawet materiałowej dla tego państwa. Byłoby to dziś całkowicie kontrskuteczne i pogłębiało społeczną izolację wysuwających takie postulaty. Realna jest natomiast dyskusja nad takimi kwestiami jak organizowanie dla Ukrainy w Polsce zaplecza wojennego, przekazywanie jej broni śmiercionośnej, przekształcenie Polski w bazę wypadową ukraińskiej irredenty. Wysuwanie postulatów wstrzemięźliwości jest tu o tyle zasadne, że wejście przez Polskę w rolę Pakistanu z czasów wojen afgańskich, grozi realną eskalacją wojny ukraińskiej na państwo polskie.

Zwycięska Ukraina

Zakończmy niniejsze rozważania dyskusją samej kwestii ukraińskiej, zaczynając do wariantu przegranej Rosji. Tak jak po 2004 r. i po 2014 r. Ukraina zapewne nie „odwdzięczy się” Polsce w obszarze polityki historycznej. Ugruntowana w swej narodowej tożsamości i uniesiona patriotyczną egzaltacją po odparciu rosyjskiej agresji, na pewno nie będzie słuchać wezwań do „przepracowania” swojej narodowej historii i tożsamości. To po prostu zupełnie nierealne. Nie będzie zatem żadnej ekshumacji na Wołyniu. Nie będzie otwartej dyskusji o UPA. Na Cmentarz Orląt nie wrócą tamtejsze lwy.

W obecnym quasi-negocjacjach z Rosją, Ukraina prezentuje bardzo twarde stanowisko, domagając się nieodmiennie bezwarunkowego wycofania rosyjskich wojsk inwazyjnych. Przez ostatnia lata, będąc w swej zachodniej orientacji zagrożona przez Moskwę, nie płaszczyła się bynajmniej przed Warszawą, szukając sobie protektora raczej w USA. Jeśli Rosja skompromituje się porażką swojej inwazji, Ukraina tym bardziej nie będzie potrzebowała żadnego „adwokata”. Tym bardziej, że do UE nominalnie niemal już ją przyjęto.

Kijów będzie potrzebował kapitału na odbudowę po wojennych zniszczeniach, tu zaś głównym partnerem będą zarządzające UE Niemcy i zarządzające Bankiem Światowym oraz Międzynarodowym Funduszem Walutowym USA. Ukraina będzie zatem klientem Berlina i Waszyngtonu ze wszystkimi tego politycznymi i cywilizacyjnymi konsekwencjami (demoliberalizm, postmodernizm). Także tymi dotyczącymi stosunków z Izraelem i społecznością żydowską, czego próbki widzieliśmy już w ustawieniu do pionu Serbii i Kosowa u schyłku kadencji Trumpa.

Uwolniona od zagrożenia moskiewskiego Ukraina stać się może ośrodkiem mniej czy bardziej nasilonego irredentyzmu, podobnie jak po 2000 r. stało się takim ośrodkiem wobec sąsiedniej Macedonii uwolnione od zagrożenia serbskiego albańskie Kosowo. Podstawy dla ukraińskiego irredentyzmu w samej Rosji są dość ograniczone, ponieważ na terenie choćby zaliczanych niegdyś do Malinowego Klina obwodów rostowskiego i krasnodarskiego odsetek Ukraińców nie przekracza 2%, zaś w zaliczanym niegdyś do Ukrainy Słobodzkiej obwodzie biełgorodzkim nie przekracza 3%. Więcej Ukraińców jest w obwodach jamalskim (niemal 10%), magadańskim (6,5%) oraz czukockim (6%), nie mają one jednak łączności terytorialnej z Ukrainą. Można sobie jednak wyobrazić rewizjonizm terytorialny Ukrainy motywowany historycznie, skierowany zarówno przeciw Rosji, jak i południowo-wschodniej Polsce.

W razie rozpadu lub zupełnej transformacji Rosji, zniknie też podstawa dla polskiej obsesji „bufora” przeciwko temu państwu. Nie wiadomo co prawda, co powstałoby w Eurazji na gruzach Rosji, cokolwiek by to było, nie byłoby jednak najpewniej w stanie znacząco oddziaływać na Polskę.

Przegrana Ukraina

Z kolei w wariancie wygranej Rosji i odtworzenia rosyjskiego imperium, Ukraina naddnieprzańska w dającej się przewidzieć przyszłości istniałaby zapewne w jego ramach jako nominalnie niepodległe choć okrojone terytorialnie państwo. Pamiętajmy, że po bitwie pod Połtawą w 1709 r., która była zarazem klęską kozackiego Hetmanatu, jego nominalna autonomia utrzymana została do 1764 r. a Sicz Zaporoską zniszczono fizycznie dopiero w 1775 r. Nie zmienia to faktu, że historyczne imperium rosyjskie prowadziło wobec kozaków naddnieprzańskich politykę asymilacji i rusyfikacji, a ich elity mordowało. Zapewne w tym kierunku poszłaby również jego obecna polityka wobec podbitej Ukrainy.

Odrębną kwestią jest natomiast los wspominanej już wyżej Hałyczyny, która historycznie nie wchodziła w skład imperium rosyjskiego lecz habsburskiego. Jak wspomniałem, w dyskursie rosyjskim przeważają głosy, że wcielenie tych terenów do imperium rosyjskiego przez Stalina było błędem, który przyczynił się do późniejszego rozsadzenia imperium. Rosjanie więc dwa razy by tego samego błędu nie popełnili. Hałyczynie zezwolono by zapewne po cichu dokonać secesji z włączonej do imperium rosyjskiego Ukrainy. Nie wiadomo tylko, jak rozwiązano by kwestię ważnego prawosławnego ośrodka w Ławrze Poczajowskiej (obwód tarnopolski) oraz położonych na północ obwodów wołyńskiego i rówieńskiego.

Z polskiego punktu widzenia Hałyczyna nie byłaby istotnym zagrożeniem. Trzy jej obwody zamieszkuje w tej chwili łącznie ok. 5 mln. ludzi. Zakładając nawet migrację z pozostałych części Ukrainy, liczba ta nie wzrosłaby na tyle, by kraj taki mógł zagrozić państwu polskiemu. Hałyczyna pozbawiona jest własnego przemysłu, zatem jej mieszkańcy, do niedawna wyjeżdżający za pracą na wschód Ukrainy i do Rosji, byliby okresowymi migrantami zarobkowymi w Polsce. Studenci z Hałyczyny kształciliby się na polskich uczelniach. Tamtejsze kobiety wychodziłyby za mąż za Polaków. Polska inwestowałaby zapewne w infrastrukturę i oświatę Hałyczyny oraz w tamtejszy Kościół greckokatolicki. Warszawa byłaby wojskowym protektorem państwa hałyckiego. Z czasem być może połączyłaby nas z Hałyczyną jakaś unia (lubelska?). W wersji na miarę naszych możliwości i realiów geopolitycznych odtworzona by została unia polsko-(litewsko?)-ruska.

Każdy ze scenariuszy tu nakreślonych – szczególnie zaś ostatni – powinien nas skłaniać do życzliwego zainteresowania Ukrainą i Ukraińcami. Ich kulturą, folklorem, religią i historią. Taka czy inna Ukraina będzie bowiem zawsze naszym sąsiadem, nie możemy zatem Ukraińców ignorować.

„Podaj rękę kozakowi,
I serce czyste mu daj!
A znowu, w imię Chrystusa,
Wskrzesimy nasz cichy raj”

Ronald Lasecki

Redakcja