PublicystykaO Marszu i nie tylko…

Redakcja3 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Za nami kolejny Marsz Niepodległości. Napisano już o nim wszystko, zatem tylko kilka zdań. Marsz zaczynał jako pomysł Ruchu Narodowego, który wiązał z tym wydarzeniem zapewne nadzieje na poszerzenie swojej bazy i zwiększenie znaczenia na scenie politycznej.

Nieudolność organizacyjna, brak zdolności opanowania radykalnych uczestników marszu a zapewne i podatność na prowokacje sprawiły, że marsze na ogół kończyły się mniejszymi lub większymi skandalami, chętnie podchwytywanymi przez nienawistne media. Myślenie kategoriami negatywnymi (przeciwko komu/czemu się jest), agresja słowna, pochodnie, fajerwerki, ryki – to wszystko idealnie pasowało i pasuje do podtrzymywania obrazu ruchów narodowych, jako kierujących się nienawiścią do wszystkich wokoło i – de facto – permanentnej marginalizacji tych ruchów. Marsze te pokazały również, że środowiska neo-narodowe geopolitycznie stanowią ciąg dalszy rusofobicznej polskiej prawicy spod znaku PiS. Niezależnie od tego, jakie były kulisy burd pod ambasadą rosyjską, odpowiedzialność za nie spada na organizatorów, a wyraz ideologiczny jest jednoznaczny – polscy nacjonaliści nienawidzą Rosji i Putina. Oczywiście trzeba pamiętać, że przez cały czas większość uczestników marszu stanowili tzw. zwykli ludzie odczuwający potrzebę wyrażenia swoich uczuć patriotycznych poprzez udział w takim marszu, ale to nie oni decydowali o jego obliczu.

Potem były dwa marsze – Marsz Niepodległości i prezydencki Bronisława Komorowskiego, który miał jednak to, czego tamtemu brakowało – pokojową atmosferę i przekaz pozytywny.

Wreszcie za rządów PiS rozpoczęło się powolne przejmowanie marszu przez władze, tj. przez państwo rządzone przez PiS. Marsz został przejęty przez grupę Roberta Bąkiewicza, który wkrótce potem został kupiony przez PiS wielkimi dotacjami z kasy państwowej. Coś za coś – więc Bąkiewicz stał się obrońcą polityki swoich dobroczyńców. W tym roku, po przepychankach prawnych między organizatorami a prezydentem Warszawy, doszło do ostatecznego przejęcia marszu przez władzę. Władza osiągnęła w ten sposób bardzo wiele – przede wszystkim uspokojenie radykalnych uczestników (co nie znaczy, że w ogóle) w sensie technicznym, ale najważniejsze osiągnięcie ma wymiar psychologiczny i ideologiczny – oto dumni Polacy z PiS ratują mniejszych braci nacjonalistów przed lewacką hydrą i jednoczą siły wszystkich patriotów pod państwową kuratelą. Neo-sanacja właśnie kończy budowę neo-Ozonu – nowego Obozu Zjednoczenia Narodowego.

Trzeba wyraźnie podkreślić, że taka sytuacja oznacza poddanie się środowisk nacjonalistycznych w Polsce wizji politycznej PiS, w szczególności w aspekcie geopolitycznym. Geopolityka stanowi tutaj zresztą kryterium fundamentalne – w ujęciu neo-sanacji – nawet kryterium polskości i zdrady. Środowiska nacjonalistyczne współtworzące Marsz Niepodległości w swej masie od lat co najmniej kilkunastu sterują w kierunku prawicowej rusofobii, a co za tym – bo tu nie ma miejsca na trzecią drogę – do stanięcia po stronie atlantyzmu, a po części również Niemiec i Unii Europejskiej. Chociaż trzeba pamiętać, że Narodowe Odrodzenie Polski stanęło po stronie rozbijaczy Jugosławii i przeciwko Serbii (a po stronie nacjonalizmu chorwackiego, tradycyjnie związanego z Niemcami) już trzydzieści lat temu. Od kilkunastu lat NOP i inne nacjonalistyczne grupy przechodzą też coraz mocniej na pozycje probanderowskie. Nie mam wiedzy o historii emblematów organizacyjnych NOP, ale zdjęcia z tego roku pokazują ich pod czerwono-czarnymi flagami, co symbolicznie w tym kontekście wskazuje również na wspólnotę z neobanderowcami.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że środowiska te nie uważają się za jeden obóz ze współczesnymi środowiskami odwołującymi się do tradycji endeckiej, jak choćby „Myśl Polska”. Przeciwnie, wyraźnie różnicują się, uważając powojenną historię endecji i jej uznanie w wielu aspektach państwowości i roli Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej za degrengoladę. My, w „Myśli” jesteśmy tam nazywani – za Cenckiewiczem – endekokomuną, a ja sam towarzyszem. Poza tym, że ani mnie ziębi ani grzeje jak nazywają mnie fetyszyści przywiązujący wagę do rzeczy tak nieistotnych jak długość włosów bądź rodzaj butów, to przypominam, że Liga Narodowa miała w swojej strukturze Komitet Centralny, zatem zapewne infiltracja komunistyczna jest jeszcze głębsza, zwłaszcza że Dmowski w latach 20-tych i 30-tych knuł z sowieckimi polpredami w Polsce przeciwko idei pochodu na komunistyczną Rosję.

Dzisiaj na Marszu Niepodległości w czworoboku „To my nacjonaliści” widać flagi biało-czerwono-białe „wolnej” Białorusi! Środowiska nacjonalistyczne, także Związek Żołnierzy NSZ, który wobec faktów biologicznych (wymierania prawdziwych żołnierzy NSZ) jest już tylko organizacją polityczną cynicznie wykorzystującą szyld, zresztą podobnie jak pseudo-ONR-y, Falangi itd., wygłaszają oświadczenia o konieczności walki ze szpiegami Łukaszenki, czy wzywające do urzędowego załatwienia się z mediami „powielającymi przekaz medialny władz białoruskich i rosyjskich”. I „Śmierć wrogom narodu” w XXI wieku na banerze! To sprawa na dłuższą analizę, ale wystarczy zapytać, kto będzie decydował, kto jest tym wrogiem i kto będzie egzekwował groźbę śmierci w państwie funkcjonującym jeszcze póki co na podstawie konstytucji? Kłania się słynne, niewypowiedziane zresztą wcale przez Gan-Ganowicza zdanie -odpowiedź na pytanie, jak to jest zabijać człowieka: „Nie wiem, Zabijałem tylko komunistów”. Oczywiście temu specyficznemu pojęciu o etyce i moralności towarzyszą banery i ryki „Wielka Polska katolicka”.

To wszystko prowadzi do wniosku, że skoro środowiska te są takie jakie są i same odcinają się od nas, to w naszym najlepszym interesie leży, aby rozdział pomiędzy nami a nimi był nomen omen radykalny i trwały. Współczesna Narodowa Demokracja wyłącznie traci na kojarzeniu jej z radykałami, neonazistami, ze zwolennikami totalitaryzmu nacjonalistycznego, z ludźmi, którzy definiują się poprzez negację i nienawiść. Powtarzam, nie miejmy wobec tych środowisk złudzeń. Za ich szefami być może stoją również inne podmioty, którym zależy na tym, aby poważna Narodowa Demokracja nigdy się nie odrodziła – wolą więc umacniać radykalny margines. Jedyne co stanowi dla nas obowiązek, to podjęcie próby wyciągnięcia zbałamuconych młodych ludzi z tych środowisk i uratowanie ich dla myśli endeckiej.

Druga sprawa – cyrk na granicy z Białorusią. Moje stanowisko jest jednoznaczne – jedynym wyjściem na rozwiązanie sytuacji szybkie i skuteczne, są dwustronne rozmowy władz Polski z władzami Białorusi. Niestety, jest to nieziszczalne wobec totalnie bezmyślnej, beznadziejnej polityki Polski, zarówno władzy jak i propozycji opozycji. W konsekwencji problem graniczny może trwać długo, natomiast rozwiązanie może przyjść z zewnątrz, jeżeli Niemcy bądź Unia Europejska dogadają się poza naszymi plecami z Białorusią jak i z Moskwą. Polskie „elity” polityczne z uporem maniaka trwają przy swej destrukcyjnej dla Polski polityce. Dla władzy jest to jednak paradoksalnie korzystne, bo wobec elektoratu żyjącego mitami, taka polityka degradacji roli Polski na arenie międzynarodowej przynosi ugruntowanie poparcia!

Wreszcie sprawa aborcji i śmierci nieszczęsnej kobiety. Od 50 lat takie przypadki są wykorzystywane przez aborcjonistów do wstrząśnięcia opinią publiczną i przekabacenia jej na swoją stronę i przynosi to rezultaty. Tymczasem w tym przypadku, zgodnie z prawem można było i trzeba uratować tę kobietę i wyrok TK nie ma tu nic do rzeczy. Nachalna propaganda aborcjonistów wykorzystująca przypadek i rodzinę kobiety, a koncentrująca się wyłącznie na zmarłej matce, nie wypaliła do końca, gdyż na pogrzebie były jednak dwie trumny – w końcu nienarodzone dziecko tez straciło życie. Był to przypadek dość oczywisty, natomiast są przypadki, kiedy lekarz musi wybierać między uratowaniem życia zdrowej matki i zdrowego dziecka. W żadnym przypadku nie zazdroszczę lekarzom. Sam zajmuję stanowisko nieortodoksyjne ze świadomością, że czasem, kiedy wybieramy zło, musimy kierować się nie nakazem ratowania wyłącznie dziecka, ale wyborem mniejszego zła, a czasami, i nie trudno sobie wyobrazić takie przypadki, życie matki może być ocenione wyżej. Nie jest to takie proste, jak widzą przeciwnicy każdej aborcji zza komputera.

Ale w ostatniej awanturze nie chodzi o rozwiązywanie trudnych medycznych i moralnych problemów. Chodzi o uznanie prawa do aborcji za prawo człowieka (?), wprowadzenie aborcji na życzenie i degradację człowieka i człowieczeństwa. Czy to zbyt silne słowa? Absolutnie nie. Jeżeli można usunąć nienarodzonego, potencjalną osobę ludzką bez jakichkolwiek warunków, a jednocześnie w systemie prawnym istnieje ochrona prawna zwierząt i sankcje z więzieniem włącznie za ich naruszenie. Jeżeli mamy żyć w państwie, w którym hierarchia bytów ustawiona jest w ten sposób, to nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z patologią i upadkiem cywilizacji. To, że tak jest w większości państw postchrześcijańskich nie jest żadnym argumentem za złem.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że choć istnieje pole do dyskusji na temat problemu aborcji, to jednak trzeba mieć z kim rozmawiać. Ktoś, kto występuje przeciwko nie tylko religii (która dla dobra sprawy nie powinna być tu brana pod uwagę), ale przeciwko faktom naukowym, niestety nie może być partnerem do dyskusji, gdyż nie posiada podstawowej zdolności. Otóż szafowanie antyinteligenckim argumentem, że płód jest tylko częścią ciała kobiety, która w związku z tym ma prawo uczynić z częścią swego ciała co chce, jest dowodem na brak zdolności do dyskusji. Płód ma odrębne DNA, a co za tym idzie, korzystając z materii ciała matki, jest jednocześnie całkowicie odrębnym bytem. Nikt nie broni kobiecie odciąć sobie palca, ucha itd. Nikt nie tworzy specjalnych ustaw w przypadku palca etc., bo wszyscy, łącznie z feministkami i aborcjonistami dobrze wiedzą, że w przypadku nasciturusa chodzi o coś więcej. Postulat aborcji na życzenie – już pomijam, że w konflikcie z głoszoną przez te same środowiska równością płci – nie tylko nie uwzględnia praw mężczyzny, to dodatkowo ma on być wyrazem swobody życia seksualnego kobiety uwolnionej od więzów narzuconych jej przez patriarchalne religię, państwo i społeczeństwo. A pamiętam pierwsze dyskusje o aborcji w Polsce, kiedy ówczesne feministki dowodziły, że absolutnie aborcja nie ma być środkiem antykoncepcyjnym, ani regulatorem dzietności. Otóż właśnie, tu znowu będę nieortodoksyjny, ale właśnie dostępność środków antykoncepcyjnych obala ten argument całkowicie. Tak naprawdę chodzi o element odpowiedzialności, w postaci antykoncepcji. Tymczasem aborcja na życzenie realizuje postulat swobody seksualnej bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Świadomie pomijam tutaj wszelkie argumenty religijne – jasnym jest dla mnie, że wierni powinni postępować zgodnie z wymaganiami swojego wyznania. Powinniśmy zwalczyć argumenty fanatycznych feministek, w tym te tak prostackie jak o ciele kobiety, na ich gruncie. Do tego wystarczy wiedza naukowa. Aborcjoniści, ale też lobby LGBT, dawno wyszli poza granice nauki. Nauka stał się ich wrogiem. I nauką powinniśmy ich pogrążyć.

Adam Śmiech

Fot. Tomasz Jasiński (TG Sokół)

Myśl Polska, nr 47-48 (21-28.11.2021)

 

 

Redakcja