OpinieŚwiatAfgańskie zwierciadło

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Obrazki z Kabulu obiegły cały świat. Stolica Afganistanu to nie tylko centrum administracyjne upadłego państwa, gdzieś na światowych peryferiach, które straciły na znaczeniu, gdy lądowy, eurazjatycki Jedwabny Szlak zastąpiony został przez transport morski. To także, jak słusznie zauważył Aleksandr Dugin, zwierciadło procesów geopolitycznych i trendów, które tam przejawiają się wcześniej niż gdzie indziej.

Być może obrazki z kabulskiego lotniska w sierpniu 2021 roku wejdą do obrazkowej historii świata tak, jak niegdyś kadry z wietnamskiego Sajgonu pospiesznie opuszczanego przez Amerykanów. Możliwe jednak, że będą czymś więcej: ilustracją krachu hegemonii Waszyngtonu i jego globalnych ambicji. Gdy porównamy tryb wycofywania wojsk amerykańskich i desperackie próby ucieczki przed talibami podejmowane przez lokalnych kolaborantów amerykańskich władz okupacyjnych z rokiem 1989, gdy po 10 latach z Afganistanu wycofywały się wojska chylącego się ku upadkowi Związku Radzieckiego, zauważymy jedną fundamentalną różnicę.

Armia Radziecka wycofywała się stopniowo, a nawet uroczyście, nadal zachowując kontrolę nad kluczowymi ośrodkami i węzłami komunikacyjnymi, choć już nie nad zbuntowaną prowincją. Po dwudziestu latach obecności Armia Stanów Zjednoczonych wycofywała się w pośpiechu i chaosie. Po zakończeniu obecności radzieckiej, wspierany przez Moskwę prezydent Mohammad Nadżibullah utrzymywał się u władzy jeszcze przez trzy lata. Marionetkowy proamerykański Aszraf Gani uciekł, nie zdążywszy nawet podobno spakować do końca swych zgromadzonych w gotówce oszczędności niewiadomego pochodzenia. To różnica polegająca nie tylko na stylu, ale i odzwierciedlenie rozmiarów porażki.

Niewątpliwie rację ma były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, który obarcza odpowiedzialnością za dojście do władzy w Kabulu talibów kolejne amerykańskie administracje. Klęska interwentów i okupantów oczywista była jeszcze w 2001 roku; pozostawała jedynie kwestia, kiedy ona nastąpi i jakie będą jej koszty (podobno wyniosły ok. 850 mld dolarów). Obrazki z Kabulu to również świadectwo braku kompetencji amerykańskich analityków, wywiadu i sił zbrojnych. Jak przyznał sekretarz obrony Lloyd Austin, „nie mieliśmy raportów, z których wynikałyby prognozy, iż afgańskie siły bezpieczeństwa liczące 300 tys. żołnierzy wyparują w ciągu 11 dni, od 6 do 11 sierpnia, i talibowie zajmą 34 prowincje oraz Kabul”. Na marginesie, przed tego rodzaju wypowiedziami Austin lub jego ludzie powinni byli sprawdzić, choćby w Internecie, że w ręce ruchu talibskiego dostały się 33 prowincje, bo Pandższir, niegdysiejsza twierdza Sojuszu Północnego etnicznego Tadżyka Ahmada Szacha Masuda znajduje się dziś pod kontrolą jego syna i następcy, Ahmada, a uciec tam zdążył również z Kabulu „ich” wiceprezydent Amrullah Saleh.

Talibowie i ich Islamski Emirat Afganistanu odradzają się po dwóch dekadach okupacji bez oporu, starć i większego sprzeciwu społecznego. Większość garnizonów sponsorowanej przez Waszyngton armii afgańskiej nie tylko poddawała się bez walki, ale wręcz przechodziła na stronę islamskiego ruchu. A ruch ten w ciągu ostatnich dziesięcioleci z pewnością uległ poważnym przemianom. Wystarczy przeanalizować jego ogłoszone po zdobyciu Kabulu punkty programowe, by przekonać się, że – poza pewnymi, stale obecnymi wątkami inspirowanego oryginalną interpretacją islamu tradycjonalizmu – dzisiejsi talibowie dużą wagę przykładają do uznania na arenie międzynarodowej oraz odbudowy i modernizacji infrastruktury publicznej kraju, której zamierzają dokonać korzystając z zewnętrznego wsparcia i doradców. Dlatego duża część społeczeństwa afgańskiego traktuje ich z pewną nadzieją jako ruch narodowowyzwoleńczy, który zakończy rządy skorumpowanych, kompradorskich elit z obcego nadania.

Część komentatorów amerykańskich, próbując przykryć skalę porażki Waszyngtonu, twierdziła, że Afganistan to pozostawiona przez amerykańską administrację beczka prochu, mina, która razić będzie sąsiednie kraje, przede wszystkim Rosję i Chiny. Musieli być wyjątkowo rozczarowani, gdy dowiedzieli się, że władze rosyjskie, chińskie, ale również pakistańskie i saudyjskie ogłosiły, że gotowe są uznać Islamski Emirat Afganistanu. Europa z kolei powinna trzymać kciuki za powodzenie nowych władz w Kabulu: jeśli zdołają rzeczywiście powstrzymać się od wewnętrznych porachunków (co deklarują) i podźwignąć kraj z ruin, mniej będzie kolejnych fal migracyjnych na Stary Kontynent.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 35-36 (29.08.5.09.2021)

Redakcja