HistoriaOpinieRyga 1921 – zapowiedź katastrofy 

Redakcja4 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Rocznicowe wspominki dotyczące Pokoju Ryskiego uzasadniają pytanie, czy istnieją jakieś rzeczywiste analogie między współczesnością a czasem sprzed stu lat, a przede wszystkim, czy tamte wydarzenia mają jeszcze jakąkolwiek aktualność.

Zapewne wszyscy polscy wyznawcy współczesnej rusofobii czerpią z tamtych wydarzeń siły i inspirację „sny o potędze”): pokój ten przecież zakończył zwycięską wojną z bolszewikami (dla nich była to „wojna z Rosją”), czyli moglibyśmy ją pokonać, a dziś dzięki „strategicznemu sojuszowi” z USA możemy grać na nosie Putinowi i psuć do woli nasze stosunki z tym państwem. Ale nawet hałaśliwi sowietolodzy nie cieszą się z owocnych nabytków terytorialnych na wschodzie w wyniku tego traktatu, bo owych zdobyczy, oddanych hojną ręką bolszewickich uzurpatorów, nie udało się ukrywać dłużej niż 19 lat, a potem straciliśmy wszystko to, co w międzywojniu zainwestowaliśmy w tzw. kresy wschodnie.

Polskie rządy na terenach państwa polskiego z lat 1921-1939 położonych na wschód obecnej granicy Polski muszą być dziś skrzętnie przemilczeniu, bo ma się nijak do zachodniej, czyli współczesnej poprawności. Pacyfikacje, represje, w tym w formie publicznie wykonywanych chłost na przedstawicielach mniejszości narodowych, rozbiórki świątyń prawosławnych, likwidacja szkół oraz organizacji lokalnych oraz represje oraz skrytobójstwa polityków ukraińskich i białoruskich były codziennością polityki sanacyjnych władz na tych ziemiach. Jedną z metod „polonizacji” tych mniejszości były przymusowe kwaterzenki wojska polskiego w niepokonanych wsiach i miasteczkach, która w istocie była pseudolegalną formą grabieży i gwałtów na miejscowej ludności. Wstyd i hańba.

W zasadzie cały czas trwała tam wojna domowa, ludność miejscowa stawiała często zbrojny opór władzom, napadając na posterunki policji, leśnictwa oraz gospodarstwa polskich osadnictw, którym władza przydzieliła ziemie w celu przymusowej (ale zupełnie nieskuteczny) polonizacji tych terenów. Sanacyjny reżim nie umiał rządzić na „kresach wschodnich” i gdyby w Rydze przyjęłoby z rąk bolszewików jeszcze większe połacie współczesnej Białorusi i Ukrainy (dawali nam tyle, ile chcieliśmy) zamieszkałe w zdecydowanej większości przez mniejszości narodowe, wojna domowa lat 1921-1939 miałoby dużo większe rozmiary.

Reżim dyktatorski rządzący w Polsce od 1926 roku prawdopodobnie załamałby się wcześniej, choć jest również inny, bardziej optymistyczny scenariusz: gdyby mniejszości narodowe stanowiłyby nie 30% lecz 50% ludności Polski, demokratycznie wybrany Sejm musiałby tworzyć rządy z udziałem tych mniejszości, co być może zwiększyłoby jego siłę i być może obroniłoby naszą demokrację przed zamachem stanu Józefa Piłsudskiego i jego legionowej kliki. To jest jednak dobrą bajką, bo mniejszości narodowe – nie tylko niemiecka i ukraińska, ale również żydowska i białoruska, były od początku wrogo nastawione do jakiejkolwiek formy państwa polskiego (np. godło państwowe określano jako „białą gęś”) i demokracja rozsadziłaby od środka ten twór. Druga Rzeczpospolita była wręcz laboratoryjnym przykładem absurdu jakiegoś państwa wielonarodowego, które (jakoby) miałyby stworzyć trzy lub nawet cztery państwa związkowe w postaci etnicznej Litwy, Łotwy, Białorusi i Ukrainy: idea ta nie miała ani wtedy  ani później jakiejkolwiek szansy powodzenia, bo dla polityków (od prawicy do lewicy) reprezentacyjnych tamte „młode narody”, najważniejszym celem było przekreślenie oraz najszybsze wymazanie polskiej obecności na „ich ziemi”.

Zada ktoś pytanie dlaczego owe nacjonalizmy nie były przede wszystkim antyrosyjskie: czy aby głównie nie chciałyby powrotu pod „jarzmo rosyjskie”? Dla ludzi, którzy rzucają do jednego worka bolszewizm i Rosję, są to rzeczy niepojęte, więc postaram się coś przypomnieć. Wszystkie elity przywódcze reprezentujące tzw. ruchy nacjonalistyczne (litewski, ukraiński, łotewski, a nawet białoruski), były w większym lub mniejszym  wykreowane przez kajzerowski wywiad, podobnie jak państwo bolszewickie. Dlatego też tak szybko ów reżim zawarł pokój z tymi państwami, bo przecież Rosja nigdy nie uznałaby ich „niepodległości” tych państw (czyli zależności od Niemiec).

Podobnie postrzegano również rządy Piłsudskiego, który przyjechał do Warszawy w 1918 roku przywieziony – podobnie jak bolszewicy – niemieckim pociągiem (o przekazanych mu funduszach do dziś nie wolno mówić). W świadomości tych „nacjonalistów” (raczej nazwałbym ich niemiecką agenturą) Rosja została skutecznie pokonana przez bolszewików, a bolszewicy przypilnują, aby nigdy już nie zmartwychwstała. Nie przyszło im nawet do głowy, że jeden z najmniej ważnych liderów tego ruchu za kilkanaście lat zlikwiduje bolszewickie elity od  środka przekształcając ich państwo w jakiś rodzaj uzurpatorskiej wersji państwa rosyjskiego i rozpocznie proces gromadzenia jej byłych ziem: początkowo nawet pod rękę z niemieckim sojusznikiem (dlaczego nie?).

Pokój Ryski jest o tyle aktualny, że był początkowo końca naszej obecności na terenach zamieszkałych w większości przez wrogie nam mniejszości narodowe. Nie udało się nam (nawet nie próbowaliśmy) przekonać ich do bycia lokalnymi obywatelami polskimi. I nigdy już nimi nie będą, a utworzone przez owe mniejszości państwa, które od 1991 roku już są poza Związkiem Radzieckim, są w stanie kryzysu: masowa emigracja, spadek dzietności, regres lub wręcz upadek gospodarczy, a przede wszystkim „odprzemysłowienie” w wyniku przerwania lub ograniczenia stosunków gospodarczych z Rosją, ale to już zupełnie inna opowieść.

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Instytut Studiów Podatkowych

Redakcja