PublicystykaLewiatan i Behemot

Redakcja12 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Odwieczny spór między żywiołem morza a potęgą lądu można obrazować na różne sposoby. Nie bez pewnych poznawczych wartości jest posługiwanie się charakterystyczną symboliką, dobrze oddającą sedno zagadnienia. Zwłaszcza tą nawiązującą do mistycznych pojęć. Podążając tym śladem możemy natrafić na dwie osobliwe figury. Bardziej chimery – niż rzeczywiste stwory. Znajdujemy tu  Lewiatana oraz Behemota.

Z tymi niezwykłymi postaciami spotykamy się już w żydowskiej Biblii, w księdze Hioba, którą należy uważać za ściśle mądrościową; zatem można ją śmiało polecić także katolikom, gdyż nie jest historią polityczną Izraela i jego zmagań z własny plemiennym Bogiem. Istoty te są charakterystyczne i wielce osobliwe. Lewiatan to w rzeczywistości wielka żarłoczna ryba, wodny potwór, posiadający w swojej naturze róże przymioty: ludzkie, boskie oraz zwierzęce; działający niczym szczególnie sprawna maszyna, można by rzec, iż właściwie machina. Jego środowiskiem jest wodna toń; tam też pochłania on wszystko, co tylko znajduje się w zasięgu wzroku tego  bytu. Lewiatan wieje grozą.

Drugą postacią jest zaś Behemot. Zwierz wiodący życie na lądzie. U Hioba powiada się o nim: „Kości jego jak rury miedziane, nogi jak stalowe pręty, wybitny to twór Boży” (Księga Hioba 40,16). Biblijny autor opisuje też właściwości owego lądowego, niesamowitego potwora. Bezwzględna moc i władza nad wszystkim, co go otacza. Ocean i ziemia mają więc swoje królewskie zwierzęta, bezbłędnie władające tymi antagonistycznymi przestrzeniami. Tu bezkres wód, a tam nieprzebrana różnorodność kontynentów. Czy zatem nie są to dwa obce sobie światy, które na każdym obserwowanym poziomie są w stosunku do siebie zdecydowanie zantagonizowane? Tkwiące właściwie w śmiertelnym uścisku. Postarajmy się owe odniesienia przenieść do świata polityki, w tym przypadku międzypaństwowych relacji. Każdy naród i jego strukturalne emanacje, czyli państwo ma swoje specyficzne cechy.

Są tacy, którzy twierdzą, że te intencjonalne byty są osobami, o zindywidualizowanych właściwościach. Ich zachowanie jest zbliżone  do postępowania jednostek.  Państwa i ich polityczne narody wciąż pozostają w nieustannych, rozlicznych ze sobą  relacjach. Tak buduje się geopolityczna przestrzeń, która posiada przede wszystkim  własną egzystencjalną głębię. Zwieńczeniem tej struktury są mocarstwa i imperia. To one w swoich dłoniach dzierżą losy świata. Spór między nimi, toczony na najwyższym poziomie ogniskuje się w walce między tym, co one sobą reprezentują. W takim duchowym  klimacie konflikt między potęgami lądowymi a morskimi objawia się nam jako podstawowy, gdyż współżycie między nimi jest właściwie niemożliwe. To bowiem spór kupca, nieustannego podróżnika i posiadacza ruchomości – z kimś kto produkuje, pasie, hoduje, pozostając związany z ziemią.

Zwróćmy uwagę na to, jak  Hiszpanie podbijali Amerykę Południową, a jak Anglicy – Północną. Hiszpanię bowiem trudno nazwać przedstawicielem cywilizacji morza, mimo że miała doskonałych kapitanów. Z kolei Chińczycy, choć tak szeroko przylegają do Pacyfiku, właściwie wód nigdy nie uznali za swój żywioł. Stosownie do tych okoliczności różny jest klimat duchowy instytucji życia, a zwłaszcza władzy; przede wszystkim zaś inne są poglądy na zasadnicze sprawy. Cywilizacje mórz są z natury otwarte. Wydaje się, iż powyższy podział jest najbardziej fundamentalny, mocniejszy nawet od różnic konfesyjnych, czasowych, czy kulturowych. On jest też główną osią wielkich historycznych sporów. Oto niektóre jego dwójki: Ateny – Sparta, Rzym i Kartagina; Anglia – Hiszpania; Chiny – Japonia; Rosja i USA!

Antoni Koniuszewski

Myśl Polska, nr 51-52 (6-13.12.2020)

Redakcja