OpinieWojciechowska: O żołnierzach i funkcjonariuszach walczących z UPA

Red.4 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Błędem było, że w PRL nie prowadzono badań naukowych nad ukraińskim ruchem nacjonalistycznym typu faszystowskiego. Uznano, że problem został rozwiązany i to było kolejne złudzenie. W tym czasie ukraińscy kolaboranci Hitlera pełnili ważną rolę w amerykańskiej machinie propagandowej, opracowywali własną wersję historii przyjętą za prawdziwą przez J. Giedroycia. Cały zespół mitów o „bohaterstwie” tzw. UPA jej rzekomych walkach z Niemcami i Sowietami został przetransferowany do Polski w przełomowym roku 1989.

Główny wysiłek OUN-UPA po wojnie koncentrował się na przeciwdziałaniu akcji przesiedleńczej, terroryzowano Ukraińców, którzy wyrazili chęć wyjazdu do USRR. Bandy niszczyły tory kolejowe, wagony, mosty, dwie stacje kolejowe, spaliły ponad 25 tys. zagród polskich i ukraińskich po wysiedlonych Ukraińcach, uniemożliwiały tym samym osiedlanie się Polaków przybywających z Kresów Wschodnich.

W powojennych granicach Polski OUN-UPA zamordowała około 15 tys. Polaków, w walkach z bandami poległo około 1 500 żołnierzy WP, ponad 500 milicjantów i ormowców. W czasie walk zginęło około 5 tys. Ukraińców, część z nich z rąk UPA za pomoc Polakom lub za odmowę współpracy (Na Rubieży nr 88/2006). Należy zatem wyraźnie rozgraniczyć przesiedlenie ludności ukraińskiej od walk z oddziałami UPA, podczas których ginęła ludność cywilna.

Wojsko skierowane na teren woj. rzeszowskiego i na Lubelszczyznę ponosiło duże straty, szkolone do zadań frontowych, nie było przygotowane do walk z bandami, kwaterującymi we wsiach ukraińskich i bunkrach. Głównym zadaniem wojska była organizacja i ochrona przesiedlanych Ukraińców do USRR, a także obrona ludności polskiej. Trwały walki z uzbrojonymi grupami banderowców, którzy atakowali nowo utworzone strażnice i punkty kontrolne.

MASAKRA W JASIELU

We wsi Jasiel pow. Sanok w wyniku ataku UPA zginęło bądź zostało zamordowanych po poddaniu się 89 żołnierzy WOP i 5 milicjantów z Komańczy Podczas ewakuacji zagrożonej placówki WOP w Jasielu) nastąpił atak sotni: „Chrina”, „Didyka” i „Myrona” (wg. G. Motyki), inni podają także sotnię „Bira”. Według archiwum WOP w Jasielu broniło się 108 żołnierzy WOP i 5 milicjantów z Komańczy, banderowców było ponad 500. Do niewoli dostało się więc 104 żołnierzy WOP (w tym 11 rannych) i 5 milicjantów. Już 21 marca zamordowany został dowódca strażnicy chor. Władysław Papierzyński. „Ukraińcy przywiązali łańcuchem jedną jego nogę do gałęzi jodły, a drugą do uprzęży konia. Ciało zostało rozerwane w powietrzu” (Jan Rajchel: „Trudne dni Jasiela”; w: Gazeta Bieszczadzka, nr 25 z 10.12.2015 r.). Jego żona bezskutecznie usiłowała dowiedzieć się od władz wojskowych o losie męża, prawdę poznała dopiero w 1975 roku z publikacji książkowej Teofila Bieleckiego i Jana Ławskiego „Gdy umilkły ostatnie strzały”, wydanej w 1969 roku. Nie wiadomo, dlaczego wojsko ukrywało tę informację, znajdującą się już od 1946 roku w archiwum wojskowym. Dopiero po ponad 30 latach żona odszukała i odwiedziła pierwszy raz grób męża (Siekierka…, s. 982 – 983).

Jeńców poprowadzono do Wisłoka Wielkiego, pozostawiając w Jasielu rannych 11 żołnierzy. W nocy z 20 na 21 marca 5 oficerów i 5 milicjantów było przesłuchiwanych z zastosowaniem brutalnych tortur połączonych z okaleczaniem. Rano zostali oni zaprowadzeni na wzgórze Berdo i zabici strzałami w tył głowy. Tego i następnego dnia -według sporządzonej listy- rozstrzelanych zostało dalszych 31 podoficerów i żołnierzy. Ich zwłoki zostały później (tj. 18 czerwca 1946 r.) odnalezione dzięki szeregowemu Pawłowi Sudnikowi, który jako jedyny zdołał zbiec z miejsca kaźni. 22 marca odprowadzono do Karlikowa 5 jeńców, których zwolniono. Pozostałych rozstrzelano prawdopodobnie w lesie koło Wisłoka Górnego, grobu ich nie odnaleziono.

We wsi Komańcza pow. Sanok upowcy spalili strażnicę WOP i zabili we wsi 6 Polaków. O zniszczeniach dokonanych przez UPA w nocy z 21 na 22 marca 1946 roku przez UPA, “Rocznik Sanocki” tom IV podaje: „Na przestrzeni od Komańczy do Czaszyna cała linia kolejowa zdemolowana. Wszystkie mosty spalone, słupy telegraficzne ścięte i spalone na stosie. Miejscami całe odcinki toru kolejowego wraz z podkładami wrzucone do rzeki. Między m. Mokre a m. Czaszyn strącono z nasypu kolejowego cysternę z ropą i wagon pancerny oraz lokomotywę, które następnie spalono. Mosty drogowe, począwszy od Komańczy aż po Tarnawę, wszystkie spalone. /…/ Atak na gromadę Komańcza z 21 na 22 marca miał również tragiczne skutki. Banderowcy przebrani po części w polskie mundury spalili budynek sanatorium kolejowego (w Letnisku), budynek byłego starosty Klimowa, komisariat Straży Granicznej, budynek nauczycielki Drozdowej, w którym mieściła się prywatna polska szkoła oraz mleczarnia. Ponadto spalona została strażnica kolejowa, budynek milicjanta Hirscha, budynek wójta Kasiewicza, budynek doktora Hellera, w którym mieścił się komisariat MO, stację i dwa magazyny kolejowe. Nauczycielka Drozdowa została spalona wraz z budynkiem szkoły, zginęła również jej siostra nazwiskiem Kułak. Upowcy uprowadzili i zastrzelili także milicjantów Błaszczaka i Latuska, porucznika Gerasika oraz kolejarza Gońcę. UPA zamierzała spalić również klasztor Nazaretanek – na usilną prośbę przełożonej klasztoru udało się upowców od tego zamiaru odwieść”. W rzeczywistości klasztor nie został spalony, ponieważ często ukrywali się w nim ranni upowcy. W pożarze domu zginęły kierownik szkoły Ludwika Drozd i jej siostra nauczycielka Maria Kułak (W. Wesołkin: „W dorzeczu Osławy. Część VII”; w: „Bieszczad” nr 212/2016).

EKSHUMACJA

Placówka w Jasielu, podobnie jak i inne okoliczne, przestała istnieć. Ocaleli z masakry i wypuszczeni na wolność żołnierze jeszcze przez kilka dni wracali do swoich. Na ekshumację poległych trzeba było czekać do czerwca 1946. Zachował się protokół z odkopania zwłok i powtórnego pochówku:

„W sobotę dnia 15.VI.1946 komisja składająca się z 5 oficerów i 28 żołnierzy na czele z prowadzącym żołnierzem, który znał miejsce, ponieważ uciekł z miejsca mordu, postanowiła stwierdzić, czy faktycznie w miejscu tym znajdują się pomordowani. O godz. 12.15 przybyliśmy na miejsce, które znajdowało się w górzystym niedużym świerkowo-sosnowym lasku, oddalonym o 1 km od ostatniego domu wsi Wisłok1 zam. przez ludność ukraińską. Po przebyciu 500 m laskiem znaleźliśmy się w małej kotlinie, którą dzielił od drogi olbrzymi parów i tutaj żołnierz prowadzący wskazał miejsce, gdzie mają się znajdować ciała pomordowanych. Odkopaliśmy łopatkami jamę o średnicy 75 cm i natrafiliśmy na ręce i klatkę jednego z pomordowanych. Ręce te były skrępowane powrozem, a ciało pokryte już białym ześlimaczałym naskórkiem. Zrobiliśmy zdjęcie owego miejsca, po czym przykrywszy i zamaskowawszy jak było poprzednio tj. mchem i opadłymi liśćmi? odeszliśmy. […] Podczas trzech dni przygotowywaliśmy skrzynie, wozy, samochody i wyruszyliśmy w środę o godz. 7 rano po zwłoki. Miejsce ubezpieczyliśmy 100 żołnierzami, po czym przystąpiliśmy do wydobywania zwłok. 30 cm od powierzchni znajdowała się pierwsza warstwa zwłok. Połowa drugiej warstwy miała powiązane ręce i nogi, niektórzy nawet drutem, natomiast druga połowa miała skrępowane tylko ręce, skąd wyciągnęliśmy wniosek, że z chwilą ucieczki strz. Sudnika banderowcy poczęli krępować nogi, żeby zapobiec wypadkom ucieczki. W trzeciej warstwie znajdowały się 3 ciała, które miały na szyjach paski, lecz lekarz stwierdził, że powieszeni nie byli, natomiast byli niemożliwie zmasakrowani. Niektóre zwłoki nie miały oczu i nosów. Po załadowaniu zwłok po trzech do jednej skrzyni przewieźliśmy je furmankami, później samochodami do Nowego Zagórza, gdzie przełożyliśmy zwłoki do trumien. […] Dnia 20.VI.1946 r. o godz. 15 przybyły na cmentarz władze wojskowe, cywilne, różne organizacje, szkoły i ludność miejscowa. Tamtejszy ks. proboszcz odprawił ceremonię pogrzebową. Na zakończenie orkiestra zagrała hymn państwowy, komp. honorowa oddała trzykrotną salwę na cześć poległych, a równocześnie buczały wszystkie syreny znajdujące się w Nowym Zagórzu. Z 36 wydobytych zwłok dwoje zostało rozpoznanych przez rodzinę i zabrane. Byli to milicjanci z Komańczy”.

Paweł Sudnik, tak opisywał dramat: „Wszystkim kazali się położyć twarzą do śniegu. Kilku banderowców przystąpiło do zdzierania z nas mundurów. Pierwszego żołnierza wtrącili na dno wykopu i któryś z nich strzałem w tył głowy pozbawił go życia. Potem mnie pchnęli na krawędź wykopu”. Skrępowany szeregowiec niespodziewanie sam wskoczył do wąwozu. Mimo ostrzału, biegnąc zygzakiem, uszedł pogoni. Ranny w udo i ucho zdołał ukryć się pod obsypanym świeżym śniegiem młodym świerkiem, gdzie przeczekał przejście obławy. Rannemu udało się oddalić od miejsca egzekucji na 12 kilometrów. Jak się okazało doszedł do Jaworowej Woli, tu natknął się na dzieci ścinające gałązki. Uratował go miejscowy chłop Wojciech Szwab, który przyniósł buty i ubranie, następnego dnia zawiózł do Bukowska, skąd przez Szczawne został przetransportowany do Sanoka, następnie do szpitala w Sanoku.

Urząd Wojewódzki w Rzeszowie alarmował władze zwierzchnie informując, że w terenie nie funkcjonuje administracja państwowa ani terenowa, zerwana łączność telefoniczna utrudnia komunikację. UPA ma zapewnioną pomoc logistyczną i skutecznie działającą siatkę wywiadowczą.

Biskup przemyski F. Bardy wystąpił do Ministra Obrony Narodowej z prośbą o podjęcie działań mających na celu zabezpieczenie ludności przed terroryzmem band UPA. 28-go marca w zasadzce zginął gen. K. Świerczewski.

W rozpaczliwej sytuacji władze Państwa podejmowały decyzje o przeprowadzeniu operacji pod kryptonimem „Wisła”.

Danuta Wojciechowska

Red.