Obserwując otaczającą nas rzeczywistość trudno oprzeć się następującej sugestii: oto złowrogie widmo Trumpa czai się za każdym rogiem i wyskakuje niczym zamocowana na sprężynie figlarna głowa pajaca, która uderza w nas bezczelnie po otwarciu wieka pudełka.
Wystarczy kontakt z pierwszym lepszym medium informacyjnym by się o tym przekonać. Stąd sytuacja międzynarodowa irytuje obserwatorów swoją nieprzewidywalnością, a analitycy są zgodni, że przyczyną jest polityka aktualnej administracji Białego Domu, by nie napisać bardziej dosadnie narcystyczny i porywczy charakter prezydenta. Tęsknimy za spokojem i ulegamy dość powszechnie panującej w mediach opinii, że trzeba będzie posprzątać i minie wiele czasu nim sytuacja wróci do normy.
Kuszące złudzenie
Tylko, czy jest tak w rzeczywistości i czy nie ulegamy złudzeniu wynikającemu z naszego komfortu myśli? Znacznie trudniej przyjąć do wiadomości, iż być może do normy już nie wrócimy (przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości), bowiem świat wytrącił się ze stanu równowagi i przewidywalności. Ten typ refleksji wpisuje się w bardziej generalną tezę o zmierzchu ładu międzynarodowego jaki znaliśmy z najnowszej historii oraz zastąpieniu go stanem, który Tomasz Hobbes określił metaforą „wojny wszystkich ze wszystkimi”, choć istnieją też inne alegorie opisujące aktualną nieprzewidywalność świata wielobiegunowego by odwołać się choćby do popularnych „czarnych łabędzi” Nicholasa Taleba, a także tych, które nie brzmią dla nas złowrogo – po prostu by brać sprawy we własne ręce i nie oglądać się na innych.
Mało tego, można pokusić się o diagnozę, iż Donald Trump nie jest tu wcale przyczyną, lecz skutkiem aktualnego kryzysu (wytracenia ze stanów równowagi), który ma swe źródła w wydarzeniach wcześniejszych, a nawet całego ciągu przyczynowo-skutkowego, który zaprowadził nas do punktu, z którego trudno wybrnąć. Do prezydenta USA pasuje alegoria, iż nie jest on ani chorobą, ani lekarstwem, że jest raczej termometrem/ barometrem, który wiernie pokazuje (a czasami nawet parodiuje) stan naszej polityki i naszej cywilizacji przypominający stan natury. W każdym razie wraz ze swymi decyzjami uderzającymi w dotychczasowy porządek (przypomnijmy, iż USA wypowiedziało już 66 umów międzynarodowych) w aktualny stan wrzenia Trump idealnie się wpisuje.
Co doprowadziło do korupcji polityki międzynarodowej?
W czym zatem tkwi problem? Na pewno dominacja Zachodu się kruszy, a wraz z nią uniwersalistyczne rojenia budowy „Pax Americana”, bo przeciwko temu z pozoru wzniosłemu i szlachetnemu projektowi zdają się protestować dziś coraz dobitniej te państwa, cywilizacje czy grupy etniczne, które mogą czuć się pokrzywdzone w wyniku wielowiekowego panowania Zachodu i jego buńczucznej, choć często realizowanej w dobrej wierze polityki kolonialnej. Inni się burzą (i budzą – by odwołać się do słynnej metafory Napoleona o Chińczykach), świat w drży w posadach, poza tym ci Inni, to już nie ubodzy pariasi, lecz państwa bogate, zmodernizowane i uzbrojone po zęby. Na świecie wiele dziś nowych punktów zapalnych od Azji po Amerykę Łacińską, których nie ma sensu w tej chwili przypominać (na pewno pamięta o nich lokator Białego Domu w ramach misji przemeblowania globu), a za każdym z nich stoi jakaś ważna racja i nabrzmiały historycznie problem, który aktualnie jakoś sam się nasuwa by o nim przypomnieć zachodniemu światu – czy będą to tylko drobni rebelianci, wykluczone grupy społeczne czy urażone mocarstwa. To oczywiście bardzo uproszczona interpretacja, ale matryca ta coś wyjaśnia.
Wyjaśnia, iż nie możemy już marzyć o panowaniu zachodnich pojęć liberalnego prawa międzynarodowego, ani też spać snem sprawiedliwych, bo umęczonych wyczerpującym pochodem historii, w nadziei, iż ten pochód dobiegł swego kresu, a zatem należy nam się zasłużony odpoczynek. Tym podobne utopijne poglądy już od okresu oświecenia ożywiały i na swój sposób zatruwały wiele umysłów zachodniej humanistyki marzących o pokoju gwarantowanym przez międzynarodowe instytucje, stąd wydawały się kuszące. Jednym z reprezentantów takiego stanowiska był francuski filozof Monteskiusz wierzący, iż cywilizowany człowiek (ale i naród) jest w stanie poskromić zaborcze instynkty poprzez nowoczesne prawo i apolityczne instytucje, ograniczenie władzy, a zwłaszcza jej podział.
Zderzenie dwu filozoficznych racji
Nie ma chyba tekstu lepiej demaskującego utopijność projektu Monteskiusza, a zarazem tekstu na wskroś aktualnego, choć napisanego w 1864 roku jak „Dialogi w piekle pomiędzy Makiawelem a Monteskiuszem” – pamfletu Maurice’a Joly’ego ukazującego starcie tych dwu racji, odzwierciedlających spór bardzo zasadniczy dla natury polityki, którego fragmenty cytuje ostatni numer gdańskiego „Przeglądu Politycznego”. Nie chodzi mi o uproszczone wykładnie makiawelizmu jako polityki siły, chytrości lisa bądź maksymy „cel uświęca środki”, ani Monteskiusza, który rzekomo naiwnie sławi umiar, rozsądek i cnoty. Każdy z tych filozofów ma swoje racje. Ani Monteskiusz nie jest tak dobroduszny, ani Makiaweli tak cyniczny jak się nam wydaje.
A jednak jest jakaś moc wyjaśniająca argumentów Makiawela, w sytuacji, gdy dokoła dzieje się nie tak, jak byśmy chcieli. O ile Monteskiusz w dziele „O duchu praw” myśli o społeczeństwie w sposób jakim być powinno, Makiaweli w „Księciu” jakim jest w rzeczywistości, bez upiększania i retuszu, co wcale nie znaczy, że ten stan popiera. Jest tak samo oburzony, jak współcześni analitycy, obserwatorzy i obywatele Zachodu, a jednak rozumie, że politykę trzeba brać od środka, tak jak by się było jej uczestnikiem, a nie biernym instruktorem, wychowawcą czy nauczycielem. To ostatnie może wręcz zaszkodzić, spowodować, że zabrniemy w ślepą uliczkę, np. gdy argumenty moralne będą narzucane w tonie nauczycielskim z przeświadczeniem o własnej wyższości co okaże się zadrą na drodze dyplomacji i storpeduje wywalczony kompromis.
Polityce realnej nie służy nadużywanie, skąd inąd moralnie słusznych pojęć wywiedzionych z podręczników zachodniej filozofii, etyki i prawa, stąd może jest i racją, iż politycy nie będą zbawieni i wszyscy spotkają się w piekle, jak bohaterowie pamfletu Joly’ego. A jednak warto ich mieć w zanadrzu, gdy odważnymi decyzjami chronią społeczeństwo od wojny. Autor „Księcia” stawia na decyzje swojego władcy i jego cechy osobowościowe (virtu), które wymykają się regułom, bądź je wyprzedzają i antycypują. Nie głosi swych nauk z miłości do zapachu krwi, jak mu się to zarzuca, nie dlatego, że jest zimnym cynikiem, który stawia na swoim, nie w końcu dlatego, że jest filozoficznym ignorantem, który nie rozumie argumentów Sokratesa z sporze z Trazymachem, robi to raczej dlatego, że nie ma innego wyjścia, gdy wrogiem jest złowieszcza fortuna, a chce się ocalić życie obywateli.
„Moment Makiawela”
Nauki Makiawela zachowują swoją aktualność niezależnie od okoliczności historycznych, warte je znać, co nie znaczy, iż należy ich znaczenie przeceniać. Nie inaczej jest też z możliwością ich zastosowania w wykładni aktualnej sytuacji międzynarodowej oraz możliwością rozwikłania węzła gordyjskiego, w którym zapętlił się Zachód i jego – skąd inąd doskonałe – pojęcia filozoficzne. Pewne analogie nasuwają się same. Na pewno Europa stoi na straży „rozsądnych” i umiarkowanych praw Monteskiusza broniąc swej pacta sunt servanda niczym warowni. W pewnym sensie to zrozumiałe, kieruje sią bowiem intencją, że gdy raz się odpuści, co rusz ktoś będzie chciał naruszać jej święte zasady i jej błogi spokój, stąd za przemoc nie można odpłacać wyrozumiałością ani zawierać wątpliwych kompromisów moralnych.
Z kolei Biały Dom reprezentuje na wskroś praktyczny i decyzyjny charakter misji politycznej, która nastawia się na cele interesu narodowego, w sposób przypominający makiawelską nagą siłę bez maskowania tych celów retoryką moralnej słuszności, co notabene często krytycy amerykańskiej polityki określali do niedawna mianem hipokryzji. Hipokryzji oczywiście dziś nie ma, bo Trump gra w otwarte karty i nazywa rzeczy po imieniu (liczą się jego interesy i pola naftowe). Z tego punktu widzenia można nawet pokusić się o tezę, że w realizmie politycznym uczeń przerósł mistrza z Florencji. Nawet odwołania do doktryny Jamesa Monroe’go czy Johna Quincy’ego Adamsa z XIX wieku, nie brzmią w ustach Trumpa zbyt wiarygodnie, bowiem ci ostatni nawoływali przecież by nie iść za granicę „w poszukiwaniu potworów do zniszczenia” (zwrot Adamsa). Prezydent wielokrotnie deklarował, iż rezygnuje z interwencji zagranicznych, tymczasem już w pierwszym roku urzędowania wydał rozkazy ataków od Iranu po Jemen, od Nigerii po Wenezuelę, od Syrii po Somalię, nie mówiąc o jego zainteresowaniu Grenlandią, Islandią czy też Panamą, ciągłych pogróżkach palcem itp.
Z punktu widzenia polityki realnej te wszystkie błędy, uchybienia i zmiany zdania nie mają jednak większego znaczenia, jako, że Trump nie jest niewolnikiem żadnej doktryny, choć oczywiście łamanie reguł gry jest dla otoczenia sytuacją irytującą. W pewnym sensie wpisuje się to jednak w makiawelską strategię, by brać rzeczywistość polityczną jaka jest wraz z jej brakiem reguł i próbować ją przechytrzyć przy pomocy niej samej. Przypomina się maksyma Ernsta Jüngera, by nie uskarżać się na epokę (to aluzja do moralizatorstwa de Maistre’a), lecz zagrać z nią o pełną stawkę, tak trochę po nietzscheańsku. Nie twierdzę, że przyczyni się to do wymiernego celu albo że ta sztuczka rzeczywiście się powiedzie. Któż wie, jak się stanie? Pokazuję jedynie, jak należy to rozumieć, oraz że nauka florentczyka daje się zastosować do interpretacji dzisiejszej sytuacji międzynarodowej.
Chodzi w tym wszystkim też o to, by starać się przecinać „węzły gordyjskie” praktyczną interwencją w bieg wypadków, choćby poprzez siłą narzucone negocjacje z „państwami rozbójniczymi” (gdy interwencja zbrojna jest niemożliwa, bo te państwa np. dysponują bronią nuklearną) i niejednokrotnie siłą narzucone warunki pokojowe, które Europejczycy zawsze określą mianem zdrady bądź kapitulanctwa; makiawelski suweren będzie zaś się upierał, że było to w danych okolicznościach konieczne, dla uratowania pokoju i zachowania życia obywateli.
Oczywiście Makiaweli określany jest mianem filozofa „stanu wyjątkowego” (bo tylko mocą wyjątku Monteskiuszowe prawo i procedury mogą ulec zawieszeniu), tymczasem odpowiedź na pytanie czy rzeczywiście obecnie żyjemy w makiawelskim stanie wyjątkowym – „korupcji polityki” nie jest taka łatwa jak nam się wydaje. Wiele się wprawdzie mówi o chaosie, a media podsycają atmosferę wojny i nieprzewidywalności. Gdyby jednak spytać o opinię obserwatorów sprzed 20, 30 czy 40 lat, zapewne byliby zgodni, iż ich czasy też są niebezpieczne i wyjątkowe, mało tego potrafili to zobrazować sugestywnymi przykładami czy też ilością toczących się wojen i konfliktów. Jest jednak pewna różnica. Aktualna sytuacja wpisuje się w model realizmu politycznego co do swej zasady (a nie naszego subiektywnego odczucia), jako skutek zmierzchu liberalnego prawa międzynarodowego i stopniowego kształtowania się relacji wielobiegunowych/policentrycznych, co jest konsekwencją procesów historycznych charakteryzowanych na początku artykułu. Chodzi więc nie tyle o ilość konfliktów, ale ich charakter wyznaczony przez zmierzch transatlantyckiego Pax Americana i przesuwanie się punktu ciężkości świata w kierunku innych niegdyś peryferyjnych państw i kultur, z których każda dziś domaga się swego – w myśl „hobbesowskiego stanu wojny wszystkich ze wszystkimi”. Jeżeli spojrzymy na to w ten sposób uchwycimy sens implementacji filozofii Makiawela dla zrozumienia specyfiki naszych czasów i ich dziejowego kontekstu, który wybitny znawca jego filozofii J.G.A. Pocock z Nowej Zelandii określił mianem „Momentu Makiawela”. Dzisiejsze czasy, jak mało które zasłużyły sobie na miano „Momentu Makiawela”, co do tego chyba jesteśmy zgodni.
Ameryka w grze
Patrząc z powyższego punktu widzenia prezydent USA – jak bardzo by nas nie drażnił swymi niespójnymi zachowaniami – dysponuje jednak istotnymi asami w rękawie, już chociażby z tego faktu, że jest dysponentem władzy realnej potwierdzonej czteroletnim mandatem wyborczym oraz mierzy się z problemami jak najbardziej prawdziwymi a nie wydumanymi, czego Stary Kontynent niestety ni w ząb nie pojmuje. Europa tymczasem prezentuje swe argumenty z perspektywy teoretyka i obserwatora, który wygodnie się rozsiadł w fotelu mając za plecami biblioteczkę dzieł wielkiej kultury europejskiej. Posiłkuje się w tym usłużnymi mediami, sprawnie żeglującymi „pojęciami wytrychami” zachodniej moralistyki zero-jedynkowej, w myśl biblijnego „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Europejscy politycy są jednak bezsilni w rozwiązywaniu realnych problemów, budząc się dopiero w reakcji i oburzeniu na czyjeś działania. Stąd zawsze są wtórni i krok do tyłu.
Znamienne, iż prezydent Wołodymyr Zełenski na ostatnim forum w Davos skrytykował przywódców europejskich za ich bierność i brak zdecydowanych działań w obliczu globalnych zagrożeń, podkreślając, że rok po roku powtarzają te same ostrzeżenia bez wprowadzania zmian. Jak trafnie zauważył, Europa nadal bardziej przypomina geografię, historię, tradycję, a nie prawdziwą siłę polityczną z wolą działania. Intencje prezydenta Ukrainy są chyba zrozumiałe, podobnie jak jego proamerykańskie stanowisko, które notabene tak zirytowało tych wszystkich europejskich przyjaciół, którzy kibicują Ukrainie na odległość, przy pomocy krzykliwych mediów i chwytliwych społecznie matryc ideologicznych, choć sami ani o jotę nie posuwają się do przodu.
Michał Graban
fot. wikipedia
Myśl Polska, nr 7-8 (15-22.02.2026)



