GospodarkaKilka słów o programie finansowym SAFE

Red.44 minuty temu
Wspomoz Fundacje

Rumunia przynajmniej nie udaje, że „europejska solidarność” to coś więcej niż dobrze opakowany biznes. Bukareszt wyłożył kawę na ławę: oto 21 programów finansowanych z SAFE, oto kwoty, oto konkretne systemy. Bez mgły, bez marketingowej waty, bez patriotycznych uniesień przykrywających faktury wystawiane w euro.

A rachunek? Płacimy wspólnie. Zarabiają głównie Niemcy.

W domenie lądowej nie ma sentymentów – są twarde kontrakty. 139 transporterów Piranha V od General Dynamics European Land Systems za ponad 761 mln euro. Do tego 198 bojowych wozów piechoty nowej generacji za niemal 3 mld euro. Ponad 1370 ciężarówek logistycznych. Zintegrowane stanowiska dowodzenia OPL. Setki wyrzutni i prawie tysiąc pocisków do przenośnych zestawów przeciwlotniczych.

A wisienka na torcie? Systemy Rheinmetall: SKYNEX (476 mln euro) i Skyranger 35 (330 mln euro). Nowoczesne, skuteczne, drogie – i niemieckie.

To już nie jest tylko modernizacja armii. To jest transfer środków w ramach „europejskiego mechanizmu”, który w praktyce pompuje miliardy do przemysłu zbrojeniowego naszych zachodnich sąsiadów. I nie chodzi o to, że sprzęt jest zły. Chodzi o to, że ktoś na tym systemowo wygrywa.

W domenie morskiej – dwa kolejne systemy przeciwlotnicze bliskiego zasięgu Millennium od Rheinmetall, okręty patrolowe za 700 mln euro, jednostki do współpracy z nurkami. Znowu: konkret, liczby, producenci.

Powietrze? Potraktowane po macoszemu. Bo SAFE nie jest od budowania pełnoskalowych sił powietrznych. SAFE jest od tego, by europejski przemysł – głównie zachodni – miał zyski.

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak coś innego.

Rumunia – drugi największy beneficjent SAFE (ok. 16 mld euro) – opublikowała listę projektów. 10 programów krajowych, 11 międzynarodowych. Wiemy, na co idą pieniądze. Wiemy, kto produkuje. Wiemy, kto zarobi.

A Polska? Cisza. Niedopowiedzenia. Ogólniki.

I tu jest sedno problemu.

Nie chodzi o to, że Rumunia kupuje niemieckie systemy. Każde państwo ma prawo kupować najlepsze dostępne rozwiązania. Chodzi o to, że mechanizm finansowy, który w założeniu miał wzmacniać wspólne bezpieczeństwo, w praktyce cementuje dominację kilku największych graczy przemysłowych.

SAFE staje się narzędziem redystrybucji środków z peryferii do centrum. Z podatników Europy Środkowo-Wschodniej do koncernów z Niemiec i kilku innych państw „starej Unii”.

Europejska solidarność czy europejski rachunek zysków?

Można oczywiście powiedzieć: takie są realia rynku. Niemcy mają rozwinięty przemysł, więc sprzedają. Ale jeśli wspólne kredyty mają finansować głównie zamówienia u największych, to przestajemy mówić o solidarności, a zaczynamy o strukturalnej przewadze.

Rumunia przynajmniej nie udaje, że jest inaczej. Pokazała liczby. Pokazała beneficjentów. Pokazała, że SAFE to nie abstrakcyjny „fundusz bezpieczeństwa”, tylko bardzo konkretne miliardy płynące do bardzo konkretnych firm.

I może właśnie dlatego ta transparentność boli bardziej niż same kontrakty.

Bo kiedy patrzymy na te 16 miliardów euro, widzimy coś więcej niż modernizację rumuńskiej armii. Widzimy mapę przepływu pieniędzy w Europie. I widzimy, kto w tej układance rozdaje karty.

I teraz najważniejsze pytanie, którego wielu woli nie zadawać:
Czy ktoś jeszcze naprawdę wierzy, że w Polsce będzie inaczej???

Bo spójrzmy uczciwie na mechanizm, a nie na hasła.

Jeśli SAFE działa według tej samej logiki w całej Unii – wspólny kredyt, wspólne ramy, preferencja dla projektów „europejskich”, czyli w praktyce realizowanych przez największe zachodnie koncerny – to dlaczego akurat w Warszawie miałby nagle nastąpić cud gospodarczy?

Czy nagle okaże się, że:

miliardy euro zostaną w polskim przemyśle?
polskie zakłady staną się głównym integratorem systemów?
technologie będą transferowane, a nie tylko montowane?
łańcuch dostaw przesunie się nad Wisłę?

Naprawdę?

Rumunia przynajmniej nie owija w bawełnę. Widzimy wprost: Rheinmetall, GDELS, zachodni dostawcy, zachodnie technologie, zachodnie marże. My też znamy ten schemat. Licencja, montownia, offset w folderze reklamowym i „strategiczne partnerstwo”, które kończy się na śrubokręcie.

Jeśli Polska wejdzie w SAFE na tych samych zasadach, to efekt będzie bardzo podobny. Duże zamówienia trafią tam, gdzie są gotowe produkty, certyfikacje, polityczne wpływy i kapitał. A kto to ma? Berlin, Paryż, Madryt – nie Radom, nie Stalowa Wola, nie Gliwice jako pełnoprawni właściciele technologii.

Oczywiście, ktoś powie: „ale przecież bezpieczeństwo nie ma ceny”. To prawda. Tyle że suwerenność przemysłowa też jej nie ma – a bez niej bezpieczeństwo zawsze będzie częściowo zależne od czyjejś fabryki, czyjejś decyzji eksportowej, czyjejś polityki.

SAFE w obecnym kształcie wygląda bardziej jak mechanizm stabilizacji zachodniego przemysłu obronnego niż realna próba wyrównania potencjałów w całej UE.

Więc jeszcze raz:
czy ktoś naprawdę sądzi, że w Polsce będzie inaczej?

Bo jeśli nie zmienią się zasady gry, zmienią się tylko numery kontraktów. Beneficjenci pozostaną ci sami.

Za stronę fb – Dariusza Piechaczka

Red.