PublicystykaWarecki: Plan Andinia – reaktywacja

Redakcja1 godzinę temu
Wspomoz Fundacje

Od początku roku cała uwaga świata zwrócona była najpierw na wydarzenia w Wenezueli, a następnie na kawałek lodu, który spodobał się Donaldowi Trumpowi, dla zmylenia zwany Grenlandią. 

A tymczasem na południowej stronie zachodniej półkuli, gdzie trwa pełnia lata, dzieją się bardzo intrygujące wydarzenia. Otóż od 5 stycznia doszło w argentyńskiej Patagonii do serii groźnych pożarów, które strawiły ponad 20 tys. hektarów lasów, zarośli i łąk, a także wiele gospodarstw rolnych. Według Santiago Hardie, szefa Federalnej Agencji ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, aż „95% tych zdarzeń jest spowodowanych działaniem człowieka”. Także gubernator prowincji Chubut, Ignacio „Nacho” Torres potwierdził, że pożary zostały „umyślnie wzniecone” i zapowiedział, że władze „podejmą działania, aby osoby odpowiedzialne za nie stanęły przed sądem”.

Niesforni „turyści”

Oliwy do patagońskiego ognia dolał emerytowany argentyński generał w stanie spoczynku, César Milani, który stwierdził, że za wzniecanie pożarów odpowiedzialni są Izraelczycy. Były zastępca dowódcy argentyńskiej armii napisał w mediach społecznościowych, że pożar wywołało dwóch Izraelczyków, używając w tym celu izraelskiego granatu M26. Aby chyba podgrzać atmosferę, swój post gen. Milani zilustrował zdjęciem prezydenta Argentyny, Javiera Milei, wymachującego izraelską flagą. I chociaż zarówno Żydzi, jak i rozkochany w Żydach i Izraelu prezydent Argentyny oskarżyli generała Milani o antysemityzm, to jednak w jego słowach jest coś na rzeczy. Wprawdzie wielu komentatorów wykazało, że do podpalenia nie użyto granatu M26, to jednak bezspornym faktem jest aresztowanie 5 stycznia izraelskiego turysty za podpalenie Parku Narodowego Los Glaciares w Patagonii. Przyznały to oficjalnie władze Argentyny informując o wszczęciu w tej sprawie dochodzenia. Turystę zatrzymali strażnicy parku podczas próby wzniecenia pożaru na obszarze objętym zakazem wstępu.

W oddzielnym komunikacie urzędnicy prowincji Chubut poinformowali o znalezieniu ładunków wybuchowych w pobliżu jeziora Epuyén. Raporty wspominały o przedmiotach przypominających granaty typu M26. Wprawdzie władze Argentyny poinformowały o wszczęciu śledztwa wobec jednego Izraelczyka, jednak kilka dni później informowano na portalach społecznościowych o aresztowaniu tym razem przez chilijskich strażników leśnych za podpalenie kolejnych czterech izraelskich turystów.

Wiele mówiąca korelacja

Według popularnego w USA komentatora politycznego Jimmy Dore’a, trwające w Patagonii pożary lasów mogą być powiązane ze zmianą polityki dotyczącej prywatyzacji gruntów, która zezwala na sprzedaż strawionej przez pożar ziemi zagranicznym nabywcom. Informował o tym rzecznik prezydenta Argentyny, Manuel Adorni: „Jeśli chodzi o grunty wiejskie, ich zakup jest możliwy dla prywatnych podmiotów zagranicznych. Ponadto zakaz zmiany działalności produkcyjnej gruntów rolnych przez trzydzieści do sześćdziesięciu lat po pożarze, został zniesiony”. Wprowadzone zmiany zniosły więc ograniczenia dotyczące sprzedaży ziemi bezpośrednio po pożarach, które pierwotnie miały zapobiegać podpaleniom w celu spekulacji spustoszonymi przez pożary gruntami.

Zdaniem Dore’a, Manuel Adorni mimowolnie ujawnił izraelski plan przejęcia argentyńskiej ziemi i jej zasobów, w realizację którego zaangażowany jest także argentyński rząd. Dore nie ma wątpliwości, że Izraelczycy wzniecają ogromne pożary w argentyńskiej Patagonii, aby wykorzystać stworzoną ledwie co przez syjonistyczny rząd lukę prawną.

Przebierańcy z Izraela penetrują Patagonię

Pod wrażeniem imponującej skali pożarów w Patagonii, wielką popularność wśród argentyńskiej i chilijskiej ludności zyskały wypowiedzi byłego chilijskiego senatora Eugenio Tumy Zedána, który już kilkanaście lat temu ostrzegał, że podszywający się pod turystów żołnierze izraelskiej armii penetrują chilijską i argentyńską Patagonię, prowadząc za cichym przyzwoleniem rządów Chile i Argentyny badania topograficzne.

Kilkanaście lat temu senator Tuma Zedán, który reprezentował 300-tysięczną palestyńską społeczność w Chile, oskarżył tysiące izraelskich wędrownych turystów o prowadzenie tajnej operacji wojskowej na chilijskiej ziemi. Występując wówczas w jednym z programów telewizyjnych, oświadczył, że 8 do 9 tysięcy izraelskich turystów wjeżdżających co roku do Chile „wcale nie są turystami”, lecz „przebranymi za cywilów” żołnierzami Sił Obrony Izraela, którzy systematycznie „mapują południowy region Chile”. „Tysiące Izraelczyków wjeżdża do kraju, jakby byli jego właścicielami, i nikt im nic nie mówi” – alarmował w 2012 roku Tuma Zedán na chilijskim portalu informacyjnym BioBioChile.

Wypowiedzi senatora Tumy Zedána odzwierciedlały niepokojącą rzeczywistość. Po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej wielu młodych Izraelczyków rzeczywiście licznie podróżowało do Patagonii. Z wielu względów owi „turyści” budzili w chilijskim i argentyńskim społeczeństwie wiele kontrowersji. Pod koniec grudnia 2011 roku izraelski turysta Rotem Singer „przypadkowo” wzniecił ogromny pożar w Parku Narodowym Torres del Paine w Chile. Spłonęło wówczas ponad 17 tys. hektarów dziewiczej przyrody. Chilijskie władze wprawdzie zatrzymały Singera, jednak po wpłaceniu ok. 10 tys. dolarów, został zwolniony i opuścił kraj. Łagodne potraktowanie Singera wywołało wielki sprzeciw chilijskiej opinii publicznej, która domagała się surowego ukarania sprawcy pożaru.

Izrael czeka wielka przeprowadzka?

W mediach społecznościowych pojawiły się liczne wiadomości, które łączą obecne pożary lasów w Patagonii ze starym żydowskim planem, który zakładał zasiedlenie regionu. Wielu internautów odwoływało się w tym kontekście do rozważanego ponad sto lat temu przez jednego z ojców założycieli Izraela, Theodora Herzla, „planu Andinia”, czyli planu utworzenia państwa żydowskiego na dziewiczych terenach Patagonii jako ewentualnej alternatywy dla Palestyny. Wówczas wybrano ten ostatni wariant. I chociaż Argentyńska Organizacja Syjonistyczna uznała ponowne pojawienie się tego planu za „antysemickie oszczerstwa bez żadnych podstaw historycznych ani politycznych”, to jednak w kontekście wyzwań, przed jakimi stoi Izrael w konfrontacji z silnym Iranem, teorie te nie są aż tak bezpodstawne i z każdym upływającym dniem coraz trudniej uznawać je za spiskowe.

Poza tym, jak wiadomo, Argentyna wraz Brazylią, Chile i pozostałymi krajami Ameryki Południowej (poza wykluczoną Wenezuelą), tworzy najsilniejszą organizację gospodarczą w Ameryce Łacińskiej tzw. Wspólny Rynek Południa (Mercosur) i ktokolwiek będzie kontrolować te kraje, zdominuje światowy rynek żywności. Ponadto, zważywszy na nieposkromiony apetyt talmudystów na wszelkie bogactwa i władzę, chęć opanowania lasów Patagonii, ze względu na ich wielki potencjał ekonomiczny, wydaje się być czymś zupełnie oczywistym.

Wiele też daje do myślenia przytoczona przez Jimmy Dore’a na jego youtubowym kanale wypowiedź młodego Chilijczyka, który podzielił się tym, co usłyszał od spotkanego izraelskiego turysty: „Kiedy mieszkałem w Valparaíso, w pobliżu mieszkała społeczność izraelska. Pijąc piwo z jednym z nich, przyjezdnym z Izraela, usłyszałem od niego: Chile, podobnie jak Argentyna, a zwłaszcza Patagonia, należy do Izraelczyków”. No cóż, można powiedzieć – słowo przeciwko słowu. Chronieni przez antydyskryminacyjne ustawy Żydzi, którzy się wszystkiego wypierają, nazwą to teorią spiskową i przypną łatkę antysemityzmu, zaś ów młody człowiek, powiedział, co powiedział.

Od teorii (spiskowej) do praktyki

Być może do niedawna słuszne było określanie przez Żydów „planu Andinia” mianem teorii spiskowej. Jednak sytuacja na świecie w ostatnim roku diametralnie się zmieniła. Przedstawiciele Argentyńskiej Organizacji Syjonistycznej nie mają racji twierdząc, że ponowne wypłynięcie „planu Andinia” nie ma podstaw historycznych i politycznych. Otóż ma i jedne, i drugie. Podstawę historyczną daje rozdział zatytułowany Palestyna czy Argentyna? w książce Theodora Herzla Der Judenstaat. Natomiast podstawę polityczną daje sytuacja na Bliskim Wschodzie, jaka wytworzyła się po 12-dniowej wojnie Izraela z Iranem, kiedy to po raz pierwszy od swego powstania w 1949 roku Izrael dostał od ościennego państwa tęgi łomot.

Jest wielce prawdopodobne, że syjonistyczna elita od dłuższego czasu liczy się z upadkiem żydowskiego państwa w Palestynie. Jednocześnie ze względu na załamanie się planów kolonizacji przez talmudystów i Anglosasów Rosji, projekty Polin i Niebiańska Jerozolima z powodu nowych uwarunkowań geopolitycznych jako nieperspektywiczne i zbyt ryzykowne straciły na atrakcyjności. A tymczasem Argentyna, jak czytamy na 12 stronie książki Theodora Herzla, „jest jednym z najżyźniejszych krajów świata, rozciąga się na rozległym obszarze, ma rzadką populację i łagodny klimat”. W tej sytuacji nie byłoby dziwne, gdyby w syjonistycznych elitach zdecydowano, aby wyciągnąć z lamusa historii odrzucony pierwotnie „plan Andinia” i rozważyć przeprowadzkę Izraela.

Poza Nil i Eufrat

Możliwe, że rację ma Jimmy Dore, przedstawiając sytuację związaną z ostatnimi pożarami w Argentynie, jako część szerszej strategii geopolitycznej syjonistów obejmującej kontrolę światowych zasobów, globalną cenzurę i podporządkowanie interesów wszystkich państw, włącznie z USA, polityce Izraela, bez względu na to gdzie miałby się ostatecznie znajdować. Być może trwamy w błędnym przekonaniu, że celem syjonistów jest stworzenie Wielkiego Izraela od Nilu do Eufratu. Widząc, co od kilku lat Benjamin Netanjahu i lobby żydowskie wyprawia z prezydentami Stanów Zjednoczonych, możemy być raczej pewnymi, że ambicje syjonistów sięgają daleko poza Nil i Eufrat.

Kluczową rolę w ich planach, ze względu na swój potencjał militarny i technologiczny, odgrywają Stany Zjednoczone, nad którymi za sprawą wielkich pieniędzy talmudyści przejęli pełnię władzy. Stanami Zjednoczonymi nie rządzi Kongres, ani nawet prezydent Trump, lecz AIPAC – czyli wpływowa żydowska organizacja lobbingowa, finansując polityków i kampanie polityczne oraz angażując się w działania mające wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Syjoniści z AIPAC stoją finansowo za wszystkimi mediami. Oni są w kierownictwie mediów i wszystkich instytucji finansowych i politycznych. Na dodatek robią to wszystko bezczelnie, bez najmniejszego skrępowania, a jak tylko ktoś zacznie ich krytykować, to w najlepszym wypadku zostaje nazwany antysemitą.

Ruch syjonistyczny stanowi obecnie największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, ponieważ realizuje interesy, które nie są amerykańskie. Jest to też najpotężniejszy wróg wolnego świata. Syjoniści mają wszystko pod swoją kontrolą. Są właścicielami naszych mediów, więc mogą nastawiać opinię publiczną przeciwko każdemu, kto im się sprzeciwia. Są właścicielami banków, więc mogą każdemu odciąć dostęp do konta. A co najważniejsze kontrolują rządy prawie wszystkich państw na świecie, co dobitnie pokazała pandemiczna mistyfikacja w 2020 roku.

USA – dodatek do Izraela

Prezydent Donald Trump jest nic nie znaczącą pacynką, kupioną przez Miriam Adelson za 100 milionów dolarów. On nie tylko się tym chełpi ale też nie ukrywa, że skompletował najbardziej syjonistyczny gabinet w historii USA. W istocie, w ostatnich dziesięcioleciach Stany Zjednoczone stały się dodatkiem do Izraela. Może niektórzy pamiętają haniebną scenę z odpalenia świec chanukowych w Białym Domu w grudniu ubiegłego roku, kiedy członek Rady Doradczej ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego w administracji Donalda Trumpa, Mark Levin (formalnie podwładny Trumpa), podszedł do prezydenta Stanów Zjednoczonych i obściskiwał go, jakby chciał powiedzieć „ty moja kukiełko”. A jakby tego było mało, wciąż obściskując Trumpa w protekcjonalnym tonie przypomniał swoją wypowiedź sprzed sześciu lat o Trumpie: „to nasz pierwszy żydowski prezydent”.

Grudniowa chanuka w Białym Domu jest jaskrawym potwierdzeniem tego, że Stany Zjednoczone nie są suwerennym państwem. Gdyby Stany Zjednoczone były suwerennym państwem, to prezydent walnąłby Levina łokciem w twarz i powaliwszy go na ziemię, powiedziałby mu: „Nie waż się tknąć prezydenta Stanów Zjednoczonych! Ja jestem Naczelnym Dowódcą sił zbrojnych najpotężniejszego państwa świata! Nie zachowuj się, jakbym był twoim chłopcem na posyłki!”. Niestety, Mark Levin zachował się tak, bo wie, że prezydent Trump jest jego chłopcem na posyłki. A skoro Donald Trump jest posłuszny Markowi Levinowi, to wyobraźmy sobie, jak musi tańczyć przed Benjaminem Netanjahu i innymi wysoko postawionymi syjonistami.

Krzysztof Warecki

Redakcja