PublicystykaWarecki: Wenezuelska lekcja dla Iranu i Rosji

Redakcja2 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Ledwie rozpoczął się rok, a już amerykańska administracja uraczyła świat nielegalną operacją wojskową w Wenezueli, skutkującą porwaniem prawowitego przywódcy suwerennego państwa, bez żadnych prawnych podstaw. 

Ale to nic nowego, bo przecież Stany Zjednoczone przeprowadzają operacje obalania rządów od wielu dziesięcioleci. Jednak tym razem w kwestii obalania rządów Stany Zjednoczone odstąpiły od starych schematów.

Nowy model

Na pierwszy rzut oka w Caracas, w nocy z 1 na 2 stycznia, USA przeprowadziły klasyczną operację zmiany reżimu. Trzeba przyznać, że Jankesi wiedzą, jak to robić, i swoją akcją w pełni to potwierdzili. Jednak sposób i dotychczasowe następstwa uprowadzenia Nicolása Maduro ujawnia nowe podejście Amerykanów do zmiany nieakceptowanego reżimu. Przede wszystkim Waszyngton nie zastosował scenariusza, jaki zrealizowano w 2003 roku w Iraku, kiedy zniszczono armię iracką, co było straszliwym błędem. Tym razem wenezuelskie struktury władzy wraz z armią praktycznie nie ucierpiały.

Coś było nie tak

Dlaczego jednak tak łatwo Amerykanom poszło? To, że operację uprowadzenia prezydenckiej pary przeprowadził elitarny oddział Delta Force i 160. Pułk Lotnictwa Operacji Specjalnych niczego nie wyjaśnia, bo nawet tak elitarne jednostki nie weszłyby do akcji w jakichkolwiek innych okolicznościach niż sprzyjające. Amerykanie nie wysyłają żołnierzy, niezależnie od tego, jak świetnie byliby wyszkoleni, do ataku na dobrze ufortyfikowany i broniony obiekt. Jest więc rzeczą pewną, że żołnierze zostali uprzedzeni, że nie napotkają żadnych przykrych niespodzianek, dzięki czemu byli w stanie szybko i bez strat schwytać i uprowadzić prezydenta Maduro i jego żonę.

Skoro więc nie napotkali znaczącego oporu, od razu wiemy, że coś było nie tak. Oznacza to, że ktoś zdradził swój kraj umożliwiając amerykańskim komandosom sprawne przeprowadzenie operacji uprowadzenia prezydenta Wenezueli. Bez wątpienia wszystko było wcześniej ustalone i Nicolás Maduro stanął w obliczu faktu, że nikt, poza osobistą ochroną nie zamierzał go bronić. Wygląda więc na to, że znaczna część elity politycznej, wojskowej i gospodarczej Wenezueli mogła zostać w jakiś sposób skorumpowana przez Amerykanów (strachem, pieniędzmi czy nadziejami na przyszłe profity). Być może tutaj należy szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego amerykańskim specjalsom poszło tak łatwo?

Kreacja fałszywej nadziei

I tutaj jawi się kolejne ważne pytanie. Zakładając, że Amerykanie skorumpowali przedstawicieli wenezuelskich elit, to dlaczego udało się im to tak łatwo? Punktem wyjścia wydaje się być tutaj fakt, że już od dłuższego czasu obowiązuje embargo, jakie na Wenezuelę nałożyły Stany Zjednoczone, co mieści się w klasycznym modelu działania wobec krajów, które USA chcą sobie podporządkować. W ten sposób, bez użycia siły zbrojnej Jankesi tworzą ekonomiczną dźwignię nacisku na objęte embargiem państwa. Następnym krokiem jest określenie, jakie warunki należy spełnić, aby sankcje zostały zniesione.

Wbrew pozorom celem tych działań nie są przedstawiciele władz, lecz przede wszystkim osoby i środowiska zainteresowane w zniesieniu sankcji (głównie biznesowe). W tym momencie zaczyna się psychologiczne oddziaływanie na te środowiska, poprzez budowanie marzenia o tym, jak to będzie wspaniale, gdy sankcje będą zniesione, a jedyną do tego przeszkodą jest prezydent czy rząd, który nie chce spełnić stawianych przez Amerykanów warunków. Poprzez podsycanie marzenia o świetlanej przyszłości amerykańskie służby wprowadzają środowiska zainteresowane w zniesieniu sankcji w stan myślenia kanałowego, powodując, że w odbiorze tych środowisk niszczący kraj sankcjami Amerykanie stają się tymi, którzy chcą dobrze, zaś broniący przed nimi kraju politycy – stają się wrogami.

Następnym krokiem jest organizacyjne i finansowe wspieranie tych środowisk w ich walce z upartym rządem, który nie chce dobra obywateli. Często dla zmylenia przeciwnika, w zachodniej propagandzie określa się te środowiska mianem demokratycznej opozycji. Cała ta manipulacja sprowadza się do wytworzenia mechanizmu psychologicznego, który wygeneruje marzenie, że wystarczy usunąć reżim i wszystko będzie pięknie. Taki właśnie mechanizm zastosowano w Wenezueli i jest to klasyczna amerykańska strategia, wykorzystująca sankcje jako dźwignię ekonomicznego nacisku, aby osiągnąć postawiony cel.

Okupacji nie będzie – wystarczy internet

Po porwaniu Nicolása Maduro Amerykanie ustami Donalda Trumpa ogłosili, że Wenezuela należy teraz do Stanów Zjednoczonych i jej zarządcy zrobią wszystko, co USA rozkażą. Amerykanie wierzą, że kupili Wenezuelę i pogląd ten ma swoje uzasadnienie. Kiedy nakłada się sankcje na kraj, taki jak Wenezuela, który ma ropę naftową i inne zasoby, istnieją tam wpływowe rodziny, które czerpią zyski z eksploatacji tych bogactw. Jeśli mieszkasz w dobrej dzielnicy i masz drogą limuzynę, służbę, to potrzebujesz pieniędzy, aby utrzymać swój wysoki standard życia. Wbrew temu, co słyszymy, Wenezuelą nie rządzą rewolucjoniści, których nie da się przekupić, lecz ludzie, którzy potrzebują pieniędzy. A Donald Trump pokazał im, że jeśli tylko pozbędą się Maduro, przepływ pieniędzy ruszy w ich stronę. Z deklaracji Trumpa i jego współpracowników wynika, że wenezuelskie elity to marzenie kupiły.

W tej sytuacji jest mało prawdopodobne, aby amerykańskie wojska wkroczyły do kraju. Amerykanie wierzą, że kupili wenezuelską elitę polityczną, wojskową i gospodarczą, i dlatego niczego nie będą zmieniać. W Waszyngtonie są przekonani, że dzięki amerykańskim pieniądzom rewolucja boliwariańska będzie kontynuowana tylko werbalnie, a wenezuelska ropa zacznie szeroką rzeką płynąć do wyspecjalizowanych w jej przeróbce amerykańskich rafinerii. A spragnione pieniędzy wenezuelskie elity zrobią wszystko, aby ten stan rzeczy utrzymać.

Obecnie wygląda na to, że minister wojny Pete Hegseth i sekretarz stanu Marco Rubio w ogóle nie przejmują się Wenezuelą. Być może są przekonani, że będą kontrolować  wenezuelską armię i nowy wenezuelski rząd przez internet. W każdym razie na chwilę obecną nie ma mowy o bezpośredniej okupacji amerykańskiej, a bez tego trudno będzie zwolennikom Maduro powstać przeciwko gringo, ponieważ rolę tę mają pełnić wenezuelskie elity, które zdradziły swój kraj.

Lekcja nie tylko dla Iranu i Rosji

Z tego co stało się w Wenezueli lekcję powinny wyciągnąć inne państwa, na które Stany Zjednoczone nałożyły sankcje. W pierwszej kolejności jest to lekcja dla Iranu. Teheran zbyt długo łudził się, że Zachód może znormalizować stosunki z Iranem, czego konsekwencją będzie zniesienie sankcji i wznowienie współpracy gospodarczej na partnerskich zasadach. W ten sposób rząd irański przyczynił się do stworzenia w zmęczonym sankcjami społeczeństwie iluzji, że sankcje zostaną zniesione lada chwila i kraj zaleje bogactwo. Trudno jednak zrozumieć dlaczego władze Iranu wciąż liczą na normalizację relacji ze Stanami Zjednoczonymi, doskonale wiedząc, że nie są one zainteresowane zniesieniem sankcji, lecz użyciem ich do wygenerowania wewnętrznego kryzysu, który doprowadzi do obalenia reżimu. Jednak ci, którzy mówią „mamy już dość sankcji, chcemy się przyjaźnić z Zachodem”, jedyne co otrzymają, to zamieszki w swoich miastach.

Dokładnie ten sam mechanizm konsekwentnie stosowany jest przez Amerykanów wobec Rosji. Donald Trump nigdy nie chciał doprowadzić do pokoju między Rosją a Ukrainą, bo niezmiennym celem wszystkich amerykańskich administracji, nie wyłączając Trumpa, jest obalenie Władimira Putina i zastąpienie go proamerykańską marionetką. Jeśli Stany Zjednoczone nakładają sankcje na Rosję to nie po to, żeby je później, ot tak sobie, znieść, lecz po to, aby zmienić reżim.

Można odnieść wrażenie, że w ubiegłym roku Władimir Putin jakby o tym zapomniał, wysuwając na pierwszą linię rozmów w sprawie pokoju na Ukrainie z Amerykanami Kiriłła Dmitriewa, biznesmena i prezesa Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF), człowieka, który młode lata spędził w USA, kształcąc się na tamtejszych prestiżowych uczelniach (Uniwersytet Stanforda i Harvard Business School). Odsuwając od negocjacji z Amerykanami doskonałego dyplomatę Siergieja Ławrowa, Władimir Putin wyznaczył jako przedstawiciela Rosji do rozmów z Amerykanami reprezentanta środowiska, które jest żywotnie zainteresowane zniesieniem nałożonych na Rosję przez Zachód sankcji gospodarczych.

Kirił Dmitriew, były bankier Goldman Sachs, jakby zapomniał, że po drugiej stronie stołu nie ma do czynienia z uczciwymi ludźmi, bo Steve Witkoff i Jared Kushner nie mają żadnych zasad moralnych. To nie są wysłannicy dyplomatyczni, lecz negocjacyjni oszuści, którzy nie po to spotykają się z Dmitriewem, aby uczciwie układać się z Rosją, lecz po to, by się wzbogacić. Kiedy proponują budowę tunelu między Alaską a Syberią, to nie po to, aby skierować amerykańskie bogactwa do Rosji, lecz po to, aby ogałacać Rosję z jej zasobów. Jared Kushner jest człowiekiem tak obmierzłym, że sama lektura jego biografii powoduje mdłości. Wystarczy spojrzeć na jego plany wobec Strefy Gazy, aby zrozumieć, że ten człowiek każdą tragedię jest w stanie wykorzystać dla własnych korzyści.

Sankcje nałożone po 2022 roku miały na celu zdewastowanie rosyjskiej gospodarki i doprowadzenie do zmian politycznych w Rosji, czyli zmuszenie Władimira Putina do ustąpienia. Tym niemniej, z charakterystyczną dla siebie perwersją Donald Trump deklaruje, że chce dobrych relacji z Rosją i normalizacji stosunków gospodarczych. A tymczasem na równoległej trajektorii dyplomatycznej Kiriłł Dmitriew współpracując z Witkoffem i Kushnerem, pracuje nad stworzeniem gruntu do niepokojów społecznych, karmiąc Rosjan złudnymi nadziejami na zniesienie sankcji, chociaż oczywiste jest, że Stany Zjednoczone nigdy nie zniosą sankcji wobec Rosji.

Putin na celowniku

Dowodem na złą wolę Amerykanów był przeprowadzony w nocy z 28 na 29 grudnia ukraiński atak dronów na rezydencję prezydenta Federacji Rosyjskiej. Ataku dokonano przy wsparciu Centralnej Agencji Wywiadowczej, która wykorzystała w tym celu dane wywiadu wojskowego USA. Spośród 91 atakujących dronów, 21 zostało zestrzelonych z nienaruszonymi systemami naprowadzania, po których zbadaniu Rosjanie zyskali pewność, że zaprogramowanym celem była właśnie rezydencja Władimira Putina. Jakość danych wywiadowczych załadowanych na chipy wskazywała, że nie tylko pochodziły ze źródeł wywiadu USA, ale też przed ich załadowaniem były przetwarzane przez komórki Departamentu Obrony USA.

Zatem był to amerykański atak na prezydenta Rosji. Nie z zamiarem zabicia go, lecz w celu zdyskredytowania Władimira Putina, żeby w odbiorze rosyjskiego społeczeństwa zaczął być postrzegany jako człowiek słaby, który być może powinien już odejść – a wówczas sankcje mogłyby zostać zniesione. Być może ten podprogowy komunikat jest nie tyle skierowany do rosyjskiego społeczeństwa, ile raczej do rosyjskich elit gospodarczych, których Kiriłł Dmitriew jest przedstawicielem.

Najwyższy czas, aby wszystkie dotknięte sankcjami kraje zrozumiały, że obietnica ich zniesienia, to wymyślona przez CIA mrzonka, aby stworzyć fałszywą nadzieję, że zniesienie sankcji przyniesie tym krajom szybkie korzyści gospodarcze. W przypadku Rosji pewna część społeczeństwa, a także elit politycznych i gospodarczych, wierzy w to, że z Zachodem da się porozumieć. A gdy już w to uwierzą, to zaczynają snuć plany na świetlaną przyszłość, jaką otworzy zniesienie sankcji, a kiedy nic się nie dzieje, rozczarowują się i szukają winnych. Oczywiście tym winowajcą nie będą Stany Zjednoczone, które usiłują zdestabilizować kraj, lecz prezydent Putin, który jest przedstawiany jako bardzo słaby, bo nic nie zrobił, gdy w końcu grudnia USA zaatakowały jego rezydencję oraz gdy w prawosławne Boże Narodzenie amerykańscy specjalsi dokonali pirackiego abordażu na rosyjski tankowiec.

Koniec negocjacyjnego cyrku

Na szczęście rosyjscy zwolennicy robienia interesów z Zachodem są krótko trzymani i po ataku na prezydencką rezydencję w Wałdaju Władimir Putin szybko się zorientował, że jest robiony przez Donalda Trumpa w przysłowiowego konia i błyskawicznie zakończył negocjacje, które miały doprowadzić do jego obalenia. Obecnie Ameryce nie można ufać, bo jest to państwo przestępcze, które nie działa w ramach prawa międzynarodowego. Jako państwo bandyckie Stany Zjednoczone nigdy nie negocjują w dobrej wierze, czego byliśmy świadkiem w czasie ubiegłorocznego, czerwcowego ataku Izraela na Iran.

Miejmy więc nadzieję, że Rosja – rozumiejąc, że Stany Zjednoczone stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie – powróci do swoich surowych pryncypiów, których Władimir Putin twardo się dotąd trzymał, bo nie ma magicznej różdżki, która by spowodowała, że Amerykanie nagle pokochają Rosję taką jaka jest. Rosja powinna niezmiennie podążać własną drogą, bo jest obecnie silniejsza niż kiedykolwiek od upadku ZSRR. A jest tak dlatego, bo wzięła sankcje „na klatę” i odwróciła się od Zachodu, nie dbając o to, czy Zachód je zniesie czy nie.

Jako Polacy także musimy być świadomi, że ta potężna broń w postaci sankcji może zostać zastosowana również przeciwko Polsce w sytuacji, gdyby do władzy doszła niekoncesjonowana przez zachodni deep state siła polityczna. Być może nadszedł też czas i dla nas, abyśmy zaczęli się na wszelki wypadek uczyć życia bez Zachodu i mieć opracowane warianty przestawienia naszej gospodarki na inne, może nawet bardziej perspektywiczne kierunki.

Krzysztof Warecki 

Redakcja