Jeszcze niedawno uznawano, że w Polsce nie ma żadnej ukrainizacji. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że na terenie Polski przebywa ok. 1,5-2 mln Ukraińców.
Ci zwykli Ukraińcy, zwłaszcza ci pracujący, nie są motorem ukrainizacji. Ukrainizację Polski wprowadzają zgodnie Ukraińcy z polskim obywatelstwem oraz ci Ukraińcy, którzy otrzymali je w trybie ekspresowym po przyjeździe do Polski (vide przypadek Natalii Panczenko).
Największe szkody czynią jednak ci Polacy, którzy owładnięci są proukraińskim amokiem. To oni snują plany wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, to oni na siłę, wbrew woli większości rosyjskojęzycznych Ukraińców, wpychają im pod nos język ukraiński: w bankach, na portalach internetowych, w gazetach, na kolei itp. Jest wszakże jeszcze gorszy trend – oficjalna, państwowa ukrainizacja polskiej nauki. Wiceministrem nauki i szkolnictwa wyższego jest w rządzie Donalda Tuska fanatyczny Ukrainiec – Andrzej Szeptycki. Ma on realne problemy z identyfikacją lojalności państwowej, bo zachowuje się jako ktoś realizujący ukraińską politykę walki z rosyjskością na każdym polu, także naukowym. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówi:
„W Polsce rosyjska dezinformacja nie może otwarcie bazować na narracji prorosyjskiej. To byłoby nieskuteczne. Ale granie na innych fortepianach, w tym na fortepianie antyukraińskim, jest już dużo bardziej skuteczne. Jest w polskiej nauce obecna narracja rosyjska, która głosi, że Ukraina jest państwem upadłym. Mamy naukowców – politologów, historyków, filozofów – którzy w ten temat się angażują. Piszą artykuły do gazet, wydają książki, gdyż w naukach społecznych wydać je łatwiej niż przy wspomnianych procedurach w naukach ścisłych czy medycznych”. Co z tym począć? Szeptycki odpowiada: „Przy wsparciu ministerstwa na Uniwersytecie Warszawskim uruchomiliśmy specjalny projekt „Nauka sprawdza”, który ma na celu przeciwdziałanie właśnie dezinformacji naukowej”.
Powiedzmy sobie jasno – jest to, pierwsza po okresie lat 50., próba zamknięcia ust polskim uczonym, których publikacje i poglądy nie są zgodne z oczekiwanymi. Instytut Mieroszewskiego, który jawnie realizuje ukraińską politykę historyczną, obłudnie podpierając się autorytetem Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, uznał, że „rosyjska narracja” to głoszenie takich tez jak: delegitymizacja Ukrainy (np. „Ukraina skorumpowana”, „Ukraina podzielona”, „Ukraina jako marionetka Zachodu”), legitymizacja działań Rosji (np. „ochrona rosyjskojęzycznej ludności”, „Krym odwiecznie rosyjski”), dyskredytacja Zachodu (np. „Zachód sprowokował wojnę”, „Polska pionkiem USA”), demobilizuja Polaków (np. „to nie nasza wojna”, „nic od nas nie zależy”). Jak z tego wynika światowej sławy politolog prof. John Mearsheimer, gdyby pracował w Polsce – byłby oskarżony o rozpowszechnianie „rosyjskiej narracji”.
Na polskich uczelniach jest już od dawna źle. Wielu pracujących tam naukowców, wbrew sowim poglądom, oportunistyczne, z dnia na dzień, ze strachu – przeszło na głoszenie prymitywnej ukraińskiej propagandy i „odcięło” się od swoich poprzednich poglądów i dorobku. Jest to zjawisko tyleż obrzydliwe, co uwłaczające. Mimo to ukraiński minister w polskim rządzie uważa, że są jeszcze tacy, których należy przywołać do porządku.
Jan Engelgard
Fot. profil fb MNiSzW
Myśl Polska, nr 3-4 (18-25.01.2026)



