PublicystykaLasecki: antyfaszyzm i System

Redakcja6 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Kompletnie nie interesuję się piłką nożną, więc miałem nie wypowiadać się w sprawie Marciniaka. Wszystkie praktycznie wypowiedzi na jakie się natknąłem, były jednak płytkie (winne jest złe lewactwo/zła Platforma/zły antyfaszyzm), więc postanowiłem jednak uzupełnić dotychczasowe spostrzeżenia swoimi wnioskami.

Antyfaszyzm nie jest chorobą Systemu tylko objawem choroby którą jest System. Antyfaszyści istnieją, bo ktoś im za ich działalność płaci, ktoś daje im etaty by denuncjowali jako „faszyzm” każdy przejaw tożsamości, ktoś docenia ich „badania” w tej dziedzinie i przyznaje im stopnie naukowe.

Usunięcie w związku z tym samych „antyfaszystów”/lewaków niczego nie rozwiąże, bo na miejsce usuniętych pojawią się nowi. Pojawią się, ponieważ są elementem mechanizmu samoregulacji Systemu i jego umacniania się. To System zatem jest problemem, a nie jego „mechanizmy obronne”.

Ideową istotą systemu jest etyczny uniwersalizm, antropologiczny indywidualizm, racjonalizm. Jego mechaniką jest kapitalizm, który mógł zaistnieć dzięki przyjęciu tych właśnie idei filozoficznych. Kapitalizm wymaga bowiem logiki włączającej: gdy konkurować będzie ze sobą przedsiębiorca dyskryminujący jakąś kategorię klientów lub partnerów biznesowych i przedsiębiorca ich niedyskryminujący, to ten drugi zawsze wygra.

Systemem zatem nie kierują jakieś mroczne i tajemnicze gremia „antyfaszystów”/lewaków/Żydów/globalistów/Bilderberga, „bankierów przechodzących na islam” by zniszczyć „cywilizację łacińską” (teza dr. Krajskiego), czy kogo tam jeszcze. Wymienione „grupy interesu” oczywiście korzystają na rozwoju Systemu i go wspierają ale gdyby nawet wyeliminować je wszystkie, koło Systemu (kapitalistycznej globalizacji) nie przestało by się kręcić (dlatego recepty Hitlera były prostackie i opierały się na powierzchownym jedynie rozpoznaniu problemu – Hitler czerpał swoją wiedzę o świecie z jakichś wiedeńskich brukowców i jego zdolności analityczne były słabe).

Osobowym oparciem Systemu nie są iluminaci, humanoidalne jaszczury ani masoni, tylko menedżerowie, przedsiębiorcy, biurokraci, dziennikarze – ludzie tacy jak my, którzy nie mają żadnych złych intencji, a robią to co robią, po prostu by mieć pracę, zapewnić dobrobyt bliskim, osiągnąć akceptację i szacunek społeczny itp. Zgodnie z klasyczną teorią liberalną, to logika funkcjonowania kapitalizmu sprawia, że ich motywowane osobistym egoizmem prywatne działania, komponują się w globalny liberalny System.

Ta sama logika dotyczy zresztą biurokracji rządowych i pozarządowych, też skądinąd finansowanych dziś przez globalny kapitał, którego możliwości przekroczyły już dawno możliwości finansowania polityki przez populację danego kraju lub wyborców wpłacających datki. Dlatego właśnie każda partia populistyczna przegra z partiami polegającymi na globalnym kapitale: żadne datki wyborców ani pobory choćby najwyższych podatków w „państwie narodowym” nie przeważą pływów światowego kapitału spekulacyjnego. Chyba, że mamy do czynienia z „państwem-kontynentem”(USA, UE, Indie, Chiny, do pewnego stopnia Rosja, potencjalnie Indonezja), które – szczególnie gdy jego mieszkańcy mają dostatecznie dużą siłę nabywczą – może przeciwważyć kapitały spekulacyjne.

Kapitalizm naturalnie premiuje zatem zniesienie jakichkolwiek kryteriów różnicowania i wartościowania. Tym tłumaczyć należy pozornie jedynie paradoksalny fakt promocji „wokizmu” przez wielkie korporacje i finansowania przez nie ruchów lewackich. Gdy jakieś przedsiębiorstwo próbuje budować pozycję rynkową na odwołaniu do etnosu, zostaje z czasem zmiażdżone. Stało się tak na przykład z Abercrombie&Fitch, które na początku ostentacyjnie promowało „dziarskich białych chłopców”odwołując się do białej populacji USA, ale przemielone przez żarna globalnego rynku, kaja się teraz równie ostentacyjnie i promuje liberalną patologię.

Etyczny i antropologiczny uniwersalizm zaszczepiony został światu przez religie abrahamiczne, a konkretnie przez chrześcijaństwo. Tylko na Zachodzie chrześcijaństwo (katolicyzm) przybrało formę racjonalistyczną, stąd też to właśnie na katolickim Zachodzie a nie wśród chrześcijan Lewantu, Afryki Północnej lub Afryki Wschodniej zrodził się kapitalizm. Z tego samego powodu kapitalizm nie zrodził się w Indiach, Tawantinsuyu ani w antycznym Rzymie. Potrzebne były wszystkie składowe ideowe: uniwersalizm, indywidualizm, egalitaryzm, racjonalizm, liniowa koncepcja czasu z wynikającą z niej ideą postępu.

Z tego powodu, konserwatywna opozycja przeciw Systemowi nigdy nie będzie skuteczna. Konserwatyści katoliccy i protestanccy podzielają bowiem idee filozoficzne, które uruchamiają mechanikę kapitalizmu. Konserwatyzm katolicki nie jest zatem w stanie odrzucić Systemu, bowiem skonfrontowany z filozofiami w obrębie których kapitalizm nie mógłby się narodzić, zawsze je odrzuci (jako „orientalne”, „despotyczne”, „barbarzyńskie” itp.).

Religie jednak mają to do siebie, że wartościują: rozróżniają „dobro” i „zło”, „wiernych” i „niewiernych”, „prawdę” i „błąd”. Stąd nie mieszczą się w logice Systemu (kapitalizmu) i są przez niego stopniowo rozwadniane i wygaszane. Mam więc złą wiadomość dla wszystkich TFP-owców i innych „kontrrewolucjonistów”: nie będzie nigdy żadnego „dobrego” kapitalizmu-Systemu o obliczu kalwińskim,zielonoświątkowym, katolickim, islamskim, czy narodowym. System prędzej czy później was przeżuje i strawi. Do czasu aż w ostatnim meczecie otworzą kolejnego McDonalda a w ostatnim miejscu pielgrzymkowym postawią automat z coca-colą.

Żadna prawica systemowa nie zapobiegnie marszowi „wokizmu”, bo wszelki populizm (tożsamość zbiorowa) stoi na drodze rozwoju kapitalizmu (czyli zwiększania dobrobytu, zapewniania pokoju itp. – lewicowa krytyka kapitalizmu jako prowadzącego do zbiednienia jest zupełnie nieprzekonująca, bo obiektywnie ten model gospodarowania jest po prostu skuteczny i działa). Każda partia czy firma która spróbuje opierać się na zasobach gospodarczych konkretnego kraju i ludu, przegra z tymi które opierają się na globalnym kapitale spekulacyjnym – chyba, że mamy do czynienia z „państwem-kontynentem” liczącym sobie co najmniej 140 mln. (zasobnych) mieszkańców.

Globalny kapitalizm są zatem w stanie okiełznać tylko „państwa-kontynenty”(liczące powyżej 140 mln. mieszkańców): imperium jankeskie (USA), imperium chińskie, imperium indyjskie, imperium europejskie (niemieckie), imperium eurazjatyckie (rosyjskie – jeśli Rosja przyłączy Ukrainę), imperium islamskie (tureckie). Doświadczenia starć Google’a z UE, Chinami, Rosją i niektórymi innymi państwami opisane przez Shoshanę Zuboff ilustrują, że globalny kapitał spekulacyjny można pokonać, gdy jest się wystarczająco dużym. Zakończyć globalny kapitalizm mógłby zatem globalny „koncert” mocarstw-imperiów-cywilizacji.

Warunkiem światopoglądowym osiągnięcia tego stanu jest odrzucenie filozofii uniwersalizmu-indywidualizmu-egalitaryzmu-racjonalizmu-historyzmu. Michael Hardt i Antonio Negri przyrównali przed laty System do imperium rzymskiego. Poza rzymską limes żyli barbarzyńcy (Scytowie, Sarmaci, Hunowie, Mongołowie itd.). Były to ludy zorganizowane w szczepach, patriarchalne, wojownicze. Obchodziło je nie to co dobre „w ogóle”, tylko to co dobre dla nich. Łupili bez sentymentu rzymskie miasta i przejmowali rzymską technologię, podobnie jak wieki później ich następcy mongolscy postępowali z chrześcijańskim Zachodem.

Wyłączenie się z logiki Systemu (kapitalizmu), to dziś porzucenie idei konstytuujących cywilizację zachodnią (uniwersalizm-indywidualizm-egalitaryzm-racjonalizm-historyzm). Tak powrót do idei „trybalistycznej” (szczepowej/kamrackiej). Znalezienie się poza Systemem oznacza „powrót do barbarzyństwa” – to właśnie powinno być treścią polskiego eurazjatyzmu. A barbarzyńca to ktoś, kogo cywilizowany i oświecony człowiek Zachodu (mieszkaniec „globalnej wioski”) nienawidzi, boi się, brzydzi. Barbarzyńcę szczuje się psami i ściga po lasach, by wykłuć go gdzieś w ostatniej pieczarze jakiegoś Wazyrystanu. Później można go zakopać gdzieś w dole za stodołą. W najlepszym razie wyznaczyć mu jakiś „rezerwat”.

System wobec barbarzyńcy jest tym czym była komunistyczna Polska wobec antykomunistycznego podziemia zbrojnego, czym były państwa założone w Amerykach przez europejskich zdobywców wobec rdzennych mieszkańców tych kontynentów, czym cywilizacja rolnicza była wobec wilka. Wyjście z Systemu ku barbarzyństwu (logice trybalnej) jest więc współczesnym „wilkołactwem” – wilkołak był bowiem mężczyzną żyjącym w osadzie (Cywilizacji), który porzucał ją uciekając do lasu (Natury), by potem – wzbudzając nienawiść, strach i obrzydzenie światłych i cywilizowanych, prowadzić przeciw nim walkę szarpaną i być przez nich ściganym i szczutym. Naturalnym symbolem Antysystemu (współczesnego barbarzyństwa) jest więc wilk – nieprzypadkowo chyba m.in. w chrześcijaństwie uznany za symbol anarchicznego zła.

W każdym razie, „dysydenci” z Systemu (wilkołaki) nie mogą spodziewać się ze strony Systemu żadnej „sprawiedliwości”. System bowiem został skonstruowany przeciw nam – wiemy przecież, że wszelki uniwersalizm jest fałszem i ukrywa jedynie struktury dominacji, w tym przypadku struktury dominacji naszych wrogów. Policja, sądy, służby specjalne, wojsko,”wolne media” – to wszystko są psy łańcuchowe Systemu („sheepdogs” z doskonałej książki „On Killing” Dave’a Grossmana), które mają walczyć z barbarzyńcami, czyli z nami. Odwoływanie się do legitymizujących te instytucje zaklęć ideologicznych nie ma sensu – polegać możemy w ostatecznym rachunku jedynie na sobie i swoich kamratach (stąd też barbarzyńca/dysydent z Systemu powinien stale powiększać swój potencjał, stawać się bardziej niezależnym i „groźniejszym”)
Stosunek do instytucji Systemu (podobnie jak do innych „osiągnięć zachodniej cywilizacji”) powinniśmy mieć analogiczny jak barbarzyńcy do miast i technologii antycznego Rzymu czy Mongołowie do najeżdżanych przez nich krajów – jak radził hr. Tarnowski: „brać i nie kwitować”, to znaczy, sięgać po nie czysto instrumentalnie (Lenina „kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy”).

Po drugie, musimy na początek oczyścić się światopoglądowo z zachodniego szlamu filozoficznego (antropocentryzmu-uniwersalizmu-indywidualizmu-racjonalizmu-historyzmu). Zobowiązania mamy wobec siebie i wobec naszych kamratów z Antysystemu – z którymi chcielibyśmy tworzyć (polityczną) wspólnotę losu. To na ich opinii powinno nam zależeć, to ich wzmocnienie jest również wzmocnieniem nas. W uzasadnionych przypadkach można to nawet po barbarzyńsku pieczętować prywatnymi (pozasystemowymi) rytuałami jak braterstwo krwi. Reszta „narodu” czy tam „społeczności międzynarodowej” – czy nas uznaje za „faszystów”, „ruskich agentów”, „zdrajców”, „terrorystów” czy kogo tam jeszcze, nie ma znaczenia. Liczy się tylko nasz „szczep” – poza kręgiem światła padającego z ogniska (idei) wokół którego się gromadzimy (tzn. gromadzą się ludzie), żyją tylko demony, potwory, zombie itp. Jak śpiewał niegdyś Clem Tholet: „What it was a time – all the world against us!”.

To światopoglądowe zerwanie z cywilizacją zachodnią (antropocentryzmem-uniwersalizmem-indywidualizmem-racjonalizmem-historyzmem, których zwieńczeniem jest obecny „wokizm”) jest fundamentem dla przełamania logiki Systemu. Rynek może sobie nawet być „wolny” (a w każdym razie konkurencyjny – w końcu kapitalizm jest skuteczniejszy niż brednie suflowane przez wyznawców socjaldemokracji czy tam innych dewiacji w rodzaju „państwa opiekuńczego/państwa dobrobytu” chcących zamienić nas nie w watahę wilków ale w podłączone do mechanizmu karmienia tuczniki), byleby nie działano na nim w logice antropocentryzmu-indywidualizmu-historyzmu. Osiągamy tyle, by moje bractwo-kamractwo utrzymało funkcjonalną równowagę i względną przewagę nad innymi oraz nie zaczęło się psuć (rozkładać, feminizować itp.). Resztę zostawiamy w spokoju lub rozrzucamy jako potlacz. Nie ma żadnego „postępu”, „ludzkości” ani nawet „narodów”, więc gwiżdżemy sobie na ludzi (?), z którymi nie mamy żadnej więzi, którzy maja inny herb-totem-geniusza.

Tutaj łamiemy logikę Systemu nie przez zgromadzenie więcej niż od mógłby zgromadzić (geopolityka/imperia-kontynenty), tylko niejako „od środka”. Taką „kontrrewolucję”neotrybalistyczną („kamracką”) można zacząć niejako „od wewnątrz” Systemu. Globalizmu bowiem nie obalą (sympatyczni skądinąd) ludzie w turbanach biegający po Saharze z czarnymi flagami ani łowcy-zbieracze z Północnego Sentinelu, tylko mieszkańcy „globalnej wioski”, którzy „uciekną z niej z powrotem do lasu” („Der Waldgang”Jüngera) – staną się dysydentami/wilkołakami/barbarzyńcami/na Zachodzie – eurazjatami.

Nie ukrywam, że do niedawna bliższa mi była koncepcja „nakrycia” Systemu przez „imperia-kontynenty”. Rzeczywistość jednak „dała mi po mordzie”, bo perspektywa taka – choć bynajmniej nie wykluczona – wcale się nie przybliża.

Wiadomo już na przykład, że – przez nieudolność i kunktatorstwo Putina – Rosja nie przyłączy Ukrainy. Bez Ukrainy zaś „imperium rosyjskie” (?) nie osiągnie pułapu 140 mln. ludzi, czyli nie stanie się „państwem-kontynentem”, a tylko takie liczą się w globalnej grze.

Turcja została wyhamowana w Syrii i w Libii, poniosła porażki w Tunezji (odsunięcie Enahdy), w Sudanie (obalenie Omara al-Baszira), a przede wszystkim w Egipcie – gdyby w Egipcie utrzymał się Muhammad Mursi, to układ sił politycznych w świecie muzułmańskim i Śródziemnomorzu wyglądał by dziś już zupełnie inaczej.

Niemieckie imperium Unii Europejskiej zostało sparaliżowane przez wewnętrzną słabość Niemiec i obstrukcję USA posługujących się swoimi państwami-narzędziami takimi jak Anglia, Holandia czy Polska. Dodatkowo, siły oporu w samych Niemczech wydają się być niezdolne do rozwarcia kleszczy, w których kraj ten trzymają siły Systemu, a sam etnos niemiecki wytracił swoją pasjonarność.

Tożsamościowe poruszenie jankesów zogniskowane przez Trumpa wydaje się raczej wygasać, a w każdym razie rozpraszać.

Cały pas Indopacyfiku (Indie-Wietnam-Tajwan-południowa Korea-Japonia) intensywnie się „wokizuje”, internalizując pod presją USA antykulturę Systemu.

Wynik rywalizacji Chin z USA nie jest natomiast pewny. Chiny, nawet jeśli nie dokonały wprost secesji z Systemu, to dość istotnie i w pożądanym kierunku by go przeistoczyły, ich sukces byłby więc naszym sukcesem, ale wynik rywalizacji Pekin-Waszyngton wcale nie jest przesądzony a partactwo Putina na Ukrainie utrudniło nam czerpanie korzyści ze wzrostu Chin, paradoksalnie wzmacniając dominację Waszyngtonu w Europie – czyli wzmacniając System.

Pozostaje więc secesja od Systemu – ruch „dysydencki”. Rozpalać trzeba kolejne „ogniska” solarnej, patriarchalnej i trybalnej kultury honoru. Jak wiadomo, ognisko to symbol Słońca. Mężczyźni gromadzili się od zawsze w kręgach wokół ogniska, by kultywować Porządek, Życie, Siłę, których symbolem jest Słońce i ogień. Ogień jest też oczywiście symbolem zniszczenia i o tym też trzeba pamiętać – gdy rozpalimy dostatecznie dużo antysystemowych „ognisk”, to… spopielimy System.

I tylko to zakończyć może kolejne krucjaty „antyfaszystów” przeciwko choćby najbardziej rozmytym przejawom tożsamości partykularnych, zakłócających globalistyczny projekt kapitalizmu-Systemu. Pozytywną treścią Antysystemu powinien być Solarny Idealizm.

Ronald Lasecki

Redakcja