PublicystykaPolowanie na czarownice

Redakcja5 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

W epoce, w której króluje zabobon pali się czarownice. Ale żeby spalić czarownicę na stosie trzeba ja najpierw złapać. Jeszcze w średniowieczu powstał Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) – katolicki traktat na temat czarownictwa, spisany przez dominikańskiego inkwizytora Heinricha Kramera. Najciekawsza w nim jest ostatnia część dotycząca praktycznych szczegółów wykrywania, sądzenia i eliminowania wiedźm. Rozważane są tam m.in. takie problemy jak zaufanie do zeznań świadków i potrzeba eliminowania złośliwych oskarżeń, ale z drugiej strony plotka jest uznawana, jako przesłanka wystarczająca do oskarżenia, a żywa obrona – jest świadectwem opętania podsądnej przez Diabła. Szczegółowo wyłożone są sposoby wymuszania zeznań – z rekomendowaną kolejnością stosowania tortur włącznie. Wskazane jest używanie rozpalonego żelaza i golenie całego ciała podsądnej w poszukiwaniu znaków diabła. Przez stulecia traktat ten cieszył się olbrzymia popularnością, bynajmniej nie z powodu, że pomagał w wytropieniu czarownicy, ale że był narzędziem w ręku władz wzbudzania lęku w kontestującym działania władz pospólstwie.

Inny traktat, już z XX wieku pewnego kaprala, w którym opowiadał on o swej walce o zepsuciem kulturalnym, oskarżał Żydów o całe zło tego świata. Napiętnowano ich tam, jako współczesne wiedźmy, które uprawiają niebezpieczne dla narodu czary. Zatem w ramach pracy narodowej rozpoczęto usuwanie wszelkich ich dzieł z bibliotek i szkół. Wkrótce w całych Niemczech zapłonęły ogniska, gdzie palono książki autorów wyklętych przez Hitlera. Sparaliżowane strachem niemieckie elity nie protestowały, kiedy władze, parę lat później, rozpoczęły orgię rzeczywistych mordów na Żydach. Zostali wyśledzeni, złapani, przewiezieni do miejsc kaźni i zgładzeni w humanitarny sposób gazem. Ich przewiną nie były czary, ale że urodzili się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku na fali histerii związanej z radzieckim zagrożeniem współczesne „polowania na czarownice” rozpoczął amerykański senator McCarthy. Pod pretekstem przeciwstawieniu się infiltracji instytucji rządowych USA przez członków Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych oraz agentów NKWD, senator McCarthy przesłuchiwał osoby z listy sporządzonej na podstawie osobistych i zazwyczaj niczym nieuzasadnionych własnych podejrzeń. W przypadku odmowy współpracy, w postaci podawania nazwisk kolejnych osób podejrzanych o sprzyjanie lub związki z członkami partii komunistycznej, łamano ich kariery. W przypadku osób zatrudnionych w prywatnych przedsiębiorstwach polegało ono na wysyłaniu donosu do ich pracodawców, zaś w przypadku pracowników rządowych na wydawaniu negatywnych opinii o dopuszczeniu ich do tajemnic państwowych. Oczywiście McCarthy’emu nie chodziło tak naprawdę o wyłapanie komunistów, ale na rzucenie postrachu na wszelkie lewicujące środowiska opiniotwórcze: aktorów, reżyserów, dziennikarzy, naukowców.

Histeria z wyimaginowanym zagrożeniem rosyjskim udzieliła się także Polakom a wzmogła po rosyjskim ataku na Ukrainę 24 lutego 2022. Na fali pobudzenia emocjonalnego zaczęło się wyszukiwanie „agentów Putina” „zdrajców narodu” „zaprzańców” „ruskich onuc” oraz wszystkich tych, co powiedzieli cos dobrego kiedykolwiek o Rosji lub jej kulturze.
Fobia antyrosyjska narastała już od paru lat narzucana odgórnie przez rząd Mateusza Morawieckiego i Andrzeja Dudę, którzy dwoili się i troili, aby powiedzieć coś nieprzyjemnego o prezydencie Rosji, albo w jakiś sposób go „sponiewierać” w mediach, a potem pochwalić się swoim zachodnim mocodawcom tym bohaterskim czynem.

Licytacja, kto jest bardziej antyrosyjski od wielu miesięcy była jednym z głównych osi narracji medialnej miedzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Funkcjonariusze medialni TVP – Rachoń i Holecka od wielu tygodni aż do znudzenia prezentowali postać premiera Donalda Tuska na archiwalnych zdjęciach z prezydentem Władimirem Putinem. Miało to dowodzić, że cały czas jest ukrytym agentem Kremla i tylko udaje, że nie jest. Ze strony Platformy Obywatelskiej dzielnie ogryzał się obozowi rządowemu poseł Budka, który zarzucił marszałkowi Terleckiemu, że jest tubą propagandy putiowskiej i wezwał go do dymisji. Marszałek ośmielił się powiedzieć coś neutralnego o Władimirze Putinie. Z każdym dniem i godziną podnoszono porzeczkę samo-ośmieszenia się i żenady.

Kiedy Rosja zaatakowała terytorium Ukrainy blady strach padł przede wszystkim na te środowiska prawicowe, które odwoływały się teraz lub niegdyś do myśli Romana Dmowskiego. Jako jeden z pierwszych deklarację lojalności złożył Roman Giertych, który niegdyś domagał się poprawy stosunków z Rosją. Teraz mecenas w żarliwym przypływie patriotycznej tromtadracji zaapelował o natychmiastowe przyjęcie Ukrainy do NATO i odwecie siłowym na Rosji. Z dnia na dzień Giertych pogrążał się w amoku sugerując na przykład sankcje na rosyjski węgiel, który Polska kupuje od Rosji. Wezwał też do uderzenia w rosyjskie firmy transportowe nie bacząc, że Rosjanie natychmiast odpowiedzieliby tym samym. Na koniec oświadczył, że uczy się już jeżyka ukraińskiego i zachęca wszystkich Polaków, aby poszli w jego ślady. Fala nawróceń na jedyną słuszna drogę nie ominęła także szeregów Konfederacji. Z partii Korwin odeszło natychmiast trzech posłów: Kulesza, Dziambor i Sośnierz odcinając się rytualnie od okrzykniętego putinowcem Janusza Korwina Mikke. Posłowie oświadczyli, że chcą stworzyć inną partię wolnościową, ale jeszcze nie wiedza jak ja nazwać, ale nie będzie to partia putinowska.. Posłowie Ruchu Narodowego na czele z Winnickim i Bosakiem prześcigali się w hymnach uwielbienia dla NATO i dla dzielnej armii ukraińskiej wywołując w dołach partyjnych niestrawność i wymioty. Ale to jeszcze było za mało dla establishmentu, który nerwowo badał stopień „putinizacji” posłów. Aby zatem rozwiać wszelkie wątpliwości poseł Winnicki zaczął po angielsku oskarżać Rosjan, że są rzeźnikami dzieci i starców w Mariupolu ( Russians are making a slaughterhouse out of the Mariupol region with 300,000 residents of women, children and the elderly, twitt z 9.03.2022.11.55) Wiernopoddańcze szczebiotania Ruchu Narodowego pobiły już wszelkie skale żenady. Doszło do tego, że „narodowiec” Winnicki jest dumny ze parcelacji majątku Lotosu i oddania go w obce – arabskie ręce. Partia wspiera też pomyleńcze inicjatywy Młodzieży Wszechpolskiej, która zaczęła dewastować pomniki upamiętnienia żołnierzy radzieckich i publikować to w internecie. Roman Dmowski przewraca się w grobie widząc poczynania swoich „następców”.

Ale najmocniej polowania na czarownice rozlały się przez środowiska dziennikarskie i naukowe. Oczywiście, najbardziej oberwały te grupy, nie należą do liberalnego establishmentu medialnego, a starały się obiektywnie relacjonować zastaną rzeczywistość. Najwięcej dostało się periodykowi „Myśl Polska”, któremu de facto zablokowano w Polsce stronę internetową, a jego dziennikarze są prześladowani i szykanowani, nie tylko werbalnie. Redaktor Kamil Klimczak prowadzący kanał Chrobry Szlak został pobity przez nieznanych sprawców. Znam przypadek zlikwidowania strony internetowej i wykasowania danych pod wpływem oskarżeń o prorosyjskość. W mediach społecznościowych organizowane są łapanki na osoby, które nie podzielają poglądów wyznawanych przez większość za jedynie poprawne. Sfory trolli niewidomego pochodzenia przeszukują Facebook i Twitter szukając osób odważających się umieszczać treści prawicowe i konserwatywne. Nieopisana wprost agresja słowna i groźby pozbawienia życia to teraz chleb powszedni. Znikają masowo strony internetowe, portale, fanpage. Widać wyraźnie, że wojna na Ukrainie jest pretekstem, aby rozprawić się w Polsce do końca z wszelką myślą niezależną. Ton tej nagonce nadają media rządowe i liberalne, w których cały czas spotykamy donosy i oskarżenia na konkurentów, żądania wyrzucenia z pracy i inne szykany.

Środowiska naukowe i artystyczne także nie próżnują. Dystansują się od wszystkiego, co ma jakikolwiek związek Rosja lub kultura rosyjską. Odwoływane są przedstawienia, zrywane koncerty, bojkotowane portale. Na medialnym stosie zapomnienia spalono właśnie Czajkowskiego, Musorgskiego, Rachmaninowa, bo byli Rosjanami. W kolejce na spalenie na stosie czekają książki Dostojewskiego, Czechowa i Tołstoja. Sfanatyzowane bojówki przodowników czynu insurekcyjnego RN pod przewodem miłościwie nam panującej partii miłości i pokoju na pewno zdobędą się na to barbarzyństwo. Nikt już z poważnych naukowców nie waży się mówić o zbrodni na Wołyniu ani nawet dopominać o upamiętnienia dla pomordowanych. Dla każdego, kto tym się jeszcze zajmuje- oznacza to śmierć cywilną.

Podczas tej wojny potęga informacyjna i finansowa Zachodu ujawniła się przed nami w całej swojej grozie. Widzimy, że pod płaszczykiem demokracji, braterstwa ludów, wolności pracuje potężna autorytarna struktura sterownicza zdolna zniszczyć każdego, kto wyłamuje się narzucanej zewnętrznie narracji, nawet jesli jest ona w całości zakłamana i prowadzi do zagłady i deprawacji społeczeństwa. Każdemu można odebrać mu pieniądze, pozycje w społeczeństwie, napiętnować i zepchać w przepaść, wykasować cały dorobek naukowy, odciąć od informacji. Nie liczy się, co osiągnął, ale jego bieżąca, wierna postawa. Dlatego elity opiniotwórcze, które są uzależnione od pieniędzy budżetowych – dziennikarzy, naukowców, aktorów ogarnął blady strach. Założonym efektem polowania na czarownice było łamanie kręgosłupów, tym wszystkim, którym jeszcze do końca nie połamano. Widzimy zwieranie szeregów i postawy integrystyczne, nikt już nie kontestuje wytycznych z USA, które przyjmowane są z nabożnym zaśpiewem. Elity w ramach zachowania status quo zrobią wszystko, co się im zaordynuje. Bez szemrania. Nie trzeba nawet ich pławić na wodzie czy tez polewać roztopionym ołowiem, nie trzeba tez golić całego ciała aby znaleźć znaki Diabła.

Piotr Panasiuk

Redakcja