ŚwiatAfryka: nóż na gardle Europy

Redakcja2 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

W południowej części Libii znów zapanował chaos. Na terenach tych dochodzi do koncentracji grup ekstremistycznych i terrorystycznych z krajów Afryki Północnej i Środkowej. Wszystko to może być wyjątkowo niebezpieczne również dla Europy.

Libijski matecznik chaosu

W grudniu mają się odbyć wybory prezydenckie i parlamentarne. Spodziewane jest przyjęcie nowej konstytucji i rozpoczęcie dialogu społecznego. Do stabilizacji sytuacji jednak nie dochodzi.

Przywódca Rady Wojskowej Zintan Osama al-Juwaili, wspierany przez brygady z Misraty, al-Zawiji z zachodniej części kraju, zadecydował o relokacji ok. 13 tys. bojowników na południe.

Ruch ten spowodowany został chęcią pozyskania dostępu do złóż ropy naftowej zlokalizowanych na tych terenach. Bojownicy stracili dotychczasowe źródła finansowania swej działalności po tym, jak zakończyła się faza zbrojna konfliktu z Libijską Armia Narodową gen. Chalify Haftara. Konflikt przeniósł się w tej sytuacji na południe kraju, gdzie znajdują się m.in. złoża Szarara i Elephant na pustyni Idhan Murzuk. Wydobycie z tych obszarów dochodzi do 350 tys. baryłek dziennie. Coraz więcej Libijczyków zaczyna z sentymentem wspominać okres historii ich kraju sprzed 2011 roku i wiązać nadzieje z synem obalonego wówczas przywódcy, Saifem al-Islamem Kaddafim.

Tymczasem pochodzący z zachodniej Libii bojownicy nadal otrzymują też wsparcie z Turcji. Dlatego pojawiają się spekulacje, czy to właśnie Ankara nie stoi za ich ostatnimi ruchami. Wydarzenia mają jednak również szerszy kontekst, odnoszący się do krajów afrykańskich położonych na południe od Libii. Destabilizacja tych ogromnych przestrzeni może leżeć w interesie wyłącznie Stanów Zjednoczonych, które wspierane są w realizacji poszczególnych operacji właśnie przez Turcję, ale także przez Francję i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Czad i Afryka Wschodnia

Libijska strefa chaosu rozlewa się m.in. na sąsiedni Czad. Rada Dowództwa Zbrojnego na rzecz Ocalenia Republiki (fr. Conseil de commandement militaire pour le salut de la République, CCMSR) i Front dla Zmiany i Zgody w Czadzie (fr. Front pour l’Alternance et la Concorde au Tchad, FACT) operują właśnie z baz rozlokowanych na południu Libii. Podczas ich inwazji na terytorium macierzystego kraju zginął niedawno czadyjski prezydent Idriss Déby. Po przejęciu władzy w kwietniu przez jego syna gen. Mahamata Déby Itno, sytuacja wcale nie uległa poprawie, a grupy zbrojne kontynuowały ataki w pogranicznych regionach kraju. Wraz z falą uchodźców przepływają również pomiędzy Czadem a Libią bojownicy tych ugrupowań.

Ułatwieniem jest rozluźnienie kontroli granic sudańskich; to przez terytorium Sudanu odbywa się przepływ i transfer zbrojnych formacji. Na terenach kontrolowanych przez Chartum również pogarsza się sytuacja społeczno-gospodarcza i zachodzą zjawiska dodatkowo pogłębiające kryzys. Szczególnie nasiliły się one po obaleniu wieloletniego prezydenta Omara al-Baszira. Część jego ludzi z resortów siłowych pozostała bez zajęcia, co przyczyniło się do powstania grup zbrojnych składających się z profesjonalnie wyszkolonych bojowników. Już wcześniej w Sudanie stacjonowały grupy terrorystyczne. Teraz jednak dodatkowo są one wzmacniane przez transfer broni i ludzi przez słabo strzeżoną granicę z Libią.

Na zachodzie Afryki też bez zmian

Podobnie sytuacja przedstawia się w również sąsiadującym z Libią Mali. Ludność tego kraju, rozczarowana wynikami operacji terrorystycznej prowadzonej przez wojska francuskie, coraz częściej dostrzega, że dawna kolonialna metropolia tylko dodatkowo pogłębia chaos w kraju, w którym tylko w ciągu ostatniego roku doszło do dwóch wojskowych zamachów stanu. Północna część Mali trwale znalazła się poza kontrolą rządu w Bamako.

W pobliżu libijskiej granicy na terytorium Nigru zaktywizowali się bojownicy Państwa Islamskiego i al-Kaidy. Kraj ten był wcześniej wspomagany w zmaganiach z terrorystami przez siły zbrojne sąsiedniego Czadu, jednak w związku z destabilizacją tego kraju ponad 1200 żołnierzy czadyjskich zostało wycofanych z najbardziej niestabilnego regionu pogranicza Nigru, Mali i Burkina Faso. Wkrótce Państwo Islamskie przejęło kontrolę nad większością obszaru regionu Tillaberi.

Z kolei w Nigerii znane ugrupowanie terrorystyczne Boko Haram wraz Państwem Islamskim Prowincji Zachodnioafrykańskiej (ang. Islamic State in the West African Province, ISWAP) zaczynają stanowić coraz większe zagrożenie. Składające się z różnych ugrupowań oddziały napływają z baz istniejących wokół Jeziora Czad.

W tym samym kierunku zmierzają wypierane przez armię szkoloną przez rosyjskich instruktorów siły terrorystów z Republiki Środkowoafrykańskiej.

Niebezpieczna gra Waszyngtonu, Paryża, Ankary i Abu Zabi

Wszystkie te ruchy sprawiają wrażenie, że z poparciem Stanów Zjednoczonych, Francji, Turcji i ZEA dochodzi do koncentracji grup ekstremistycznych na południu Libii i w północnym Czadzie. Kraje te doprowadzają do ich wypierania z Nigru, Mali i Sudanu i przemieszczania w tym właśnie kierunku.

Za polityką tą mogą kryć się różne motywy. Amerykanie i Francuzi dążą do uzyskania legitymizacji swojej obecności militarnej w Afryce pod pretekstem walki z terroryzmem. Jednocześnie próbują zachwiać współpracującą z Rosją koalicją Libii, Czadu i Republiki Środkowoafrykańskiej. Zjednoczone Emiraty Arabskie próbują w ten sposób doprowadzić do wzrostu cen ropy naftowej. Wspierana przez pozostałych Turcja próbuje doprowadzić do wyeliminowania wpływów rosyjskich z Libii. Jednocześnie Ankara zabiega o zachowanie korzystnej dla siebie delimitacji szelfu morskiego ustalonej z byłym islamistycznym rządem w Trypolisie, a także próbuje zachować kontrolę nad szlakiem przemytu złota wiodącym z gór Tibesti w Czadzie i Libii do libijskiej Misraty.

Nóż na gardle Europy

Destabilizacja Sahelu to nie tylko problem afrykański. Jest to również bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Europy. Zróżnicowany skład etniczny grup bojowników (Tubu, Tuaregowie, Arabowie, Fulani) stanowi znakomite podłoże do budowy sieci powiązań i szlaków przemytniczych. Ze szlaków wiodących nad Morze Śródziemne korzystać mogą nie tylko imigranci zmierzający do Europy, lecz także potencjalni terroryści próbujący dostać się na Stary Kontynent. Bojownicy różnych grup terrorystycznych płynnie przechodzą pod dowództwo najsilniejszych i najzamożniejszych struktur. Takim parasolem może się dla nich okazać Państwo Islamskie, które nie zostało do końca wyparte z Afryki Północnej. To właśnie ono szczególnie liczy na ożywczy zastrzyk środków pochodzących z wydobycia ropy naftowej na południu Libii i złota na północy Czadu.

Za afrykańskim chaosem kryją się interesy Waszyngtonu konsekwentnie zmierzającego do zapobieżenia wzrostowi potencjału Europy i jej emancypacji spod amerykańskiej dominacji. Jednym z celów tej strategii jest zatem szantażowanie Starego Kontynentu zagrożeniem terrorystycznym płynącym z południa, angażowanie sił europejskich na południowym wybrzeżu śródziemnomorskim.

Powyższe działania stanowią część planu administracji Joe Bidena, która zamierza w ten sposób uzasadnić powrót Stanów Zjednoczonych do Afryki, a jednocześnie przelicytować Donalda Trumpa, który ogłosił wyeliminowanie Państwa Islamskiego w Syrii. Sukcesy afrykańskie miałyby pomóc demokratycznemu lokatorowi Białego Domu lub jego następcy w reelekcji w kolejnych wyborach.

Destabilizacja Afryki, wywoływanie pożarów a następnie udawanie ich gaszenia, mają odbywać się bez względu na koszty społeczne i humanitarne ponoszone przez kraje afrykańskie i europejskie. Cel uświęca środki.

AD

Redakcja