OpinieKnapik: Rozważania zasadnicze

Red.53 minuty temu
Wspomoz Fundacje
Lubię pisać długie teksty od czasu do czasu… pozwala to oczyścić umysł i uszeregować rzeczywistość, w jakiej dano nam żyć.

Przechadzając się dziś ulicami naszego miasta, zauważyłem smutną rzecz. Ludzi dużo, ale mało kto z kim rozmawia. Przytłaczająca większość stała się małym więźniem technologicznego okienka. Rozmowy ustąpiły ciszy. Śmiech biegających i gadatliwych dzieciaków jest już coraz rzadziej słyszany. Zagubienie, zmęczenie, strach, bezradność, zakłopotanie… to dziś widać w oczach mijanych współobywateli. Szczera dobroć jest niemal na wymarciu. Zastąpiło ją fałszywe światło sławy wirtualnego świata, które obiecuje raj. Raj, który de facto mamy na co dzień. Uśmiech drugiej osoby, światło promieni słonecznych padające na twarz, pierwsze płatki śniegu, piękno budzącej się do życia przyrody, uścisk ukochanej osoby, płacz… wszystkie atrybuty naszego gatunku przestały być modne, a stały się czymś, co nas wiąże. Nie patrzymy już w gwiazdy tak często jak kiedyś. Nie zadajemy pytań, by nie być ocenianym. Zbieramy baty tylko dlatego, że nie ubieramy się jak reszta. Indywidualizm i kreatywność wymierają… a wraz z tym wymieramy my sami.

Istota życia, konstrukt stworzenia, błogosławieństwo bogów… stało się siłą napędową upadku. Nie ma już tyle uśmiechu w społeczeństwie. Umieramy — i to bardzo wolno. A może już umarliśmy, a mijają nas codziennie puste, wypalone skorupy imperium człowieka?
Mimo chaosu świata, kajdan technologicznych, które z każdym rokiem są coraz bardziej widoczne… istnieje jeszcze promyk nadziei. Schowany za kurtyną codzienności, w cieniu… tam można dostrzec oznaki miłości względem drugiego człowieka. Wyciągnięcie pomocnej dłoni tym, którzy stracili już nadzieję na rozkwit. Rozbudzony śmiech dziecka i ciekawość świata. Ratowanie tego, co bliskie naszemu sercu… to jeszcze jest.
Będąc w środku naszego miasta, przelotem z punktu A do punktu B — jak setki innych współplemieńców — spotkałem swoją pokrewną duszę. Rówieśnika i przyjaciela. Gdy usiedliśmy na pustej ławce, obserwowaliśmy świat z perspektywy nie sprinterów, ale tych, którzy nauczyli się zatrzymać.

Szarość. Jest jej bardzo dużo… okrywa ludzkie dusze każdego dnia coraz mocniej, ale… widzieliśmy płatki śniegu, które spadły. Usłyszeliśmy dziecięcy śmiech, a nawet oświadczyny w centrum upadku empatii naszego świata. Każdego dnia rodzą się nowe historie. Nie na wszystko mamy wpływ — wręcz przeciwnie. Jesteśmy jak statki na wodach życia. Raz spokojnie wpływamy do portów, by za chwilę być miotanym o skały rzeczywistości.

Świat przez ostatnie 30 lat zmienił się bardzo mocno. Nie ma już tego, co było. Przyszło nowe. Nowe pokolenia powoli zastępują starsze generacje. Mrok ugina się pod światłem, by znów ulec szarości. Dawne ideały stały się głosem wiatru niesionym pośród nas.
Siedzieliśmy dość długo. Rozmowa stała się lekiem na nasze umierające serca. Tak się złożyło, że my dwaj — ostatnie pokolenie socjalistycznego wychowania — zmagamy się z niemal tym samym ciężarem. Nie widać tego po nas, choć mogą być delikatne oznaki, lecz czy to ma sprawić, abyśmy odrzucili piękno codzienności?

Przyjdzie moment, gdy ostatni raz napijemy się herbaty. Nacieszymy się promieniami słońca, przeczytamy ulubioną książkę. Nie będziemy trwać wiecznie — i to też jest piękne. Jesteśmy tu tylko na chwilę… dlatego staramy się utrzymać płomień pozytywnej energii.
Nowe pokolenia, nowe życia. Dla nich budujemy przyszłość. Nie możemy pozwolić, by zatraciło się to, co dla nas najważniejsze — człowieczeństwo. Empatia, wiara, dobre serce, silna dusza… piękno kreatywności.

Nie jesteśmy idealni — nie tak nas zaprogramowano. Siły wszechświata rzucają nam wyzwania, abyśmy rozwijali się i nauczyli radzić sobie z problemami. Jeśli się pozamykamy, już nigdy nie odzyskamy naszej wolności i będziemy tylko smutną imitacją dawnego siebie. Najsamotniejsze istoty to nie te, które są wśród innych, lecz te, które pozostały same na tratwie.

Nie rozmawiamy już ze sobą tak jak kiedyś. Nagle pomocna dłoń stała się cichą walutą, a działania pro bono — dla dobra publicznego — czymś podejrzanym. Bo przecież wszystko ma swoją cenę według nowych wartości świata — prawda? A co jeśli te ideały nadal są wśród nas? Co jeśli ich nie widzimy, bo nie chcemy zobaczyć?

Któregoś dnia poczujemy ciepło w sercu i uniesiemy się wśród innych ku nowemu.

Żyjemy w czasach wrogich dobroci. Zło przybrało nowe twarze i nowe wartości. Umrzemy — mój przyjaciel, ja i inni w przyszłości — choć nie znamy dnia ani godziny. Zakładam, że gdybyśmy mieli licznik pokazujący, ile czasu nam zostało, świat wyglądałby zupełnie inaczej. Nie marnowalibyśmy tak cennego materiału, jakim jest czas, na sianie szarości.

Niestety nie mamy takiego urządzenia i błądzimy jak dzieci w ciemnym korytarzu, zapominając, co ma najcenniejszą wartość — nasze życie… a ono nie będzie czekać. Klepsydra już się sypie. Dla każdego z nas.

Jeśli to czytasz, wiedz, że nie jesteś sam ani sama. Jesteśmy bardzo kruchymi istotami. Nosimy maski codziennie, by nie okazać słabości. Płaczemy, gdy nikt nie widzi. Nie prosimy o pomoc, bo obawiamy się osądu.

Masz prawo do gorszego dnia. Masz prawo rzucić wszystko i powiedzieć „Mam dość”. Masz prawo się poddać… ja sam wielokrotnie byłem na tym etapie i wiem, jak trudne i czasochłonne jest stanąć na nogi.

Stres, ból, zmęczenie, wieczna segregacja wartości ludzkich… wszyscy przeżywamy to każdego dnia.

W swoim życiu poznałem ogromną liczbę ludzi — dobrych, złych i neutralnych. Jedni zostali na chwilę, inni są do dziś. Nosiłem na rękach niezliczone pokolenia, które teraz dumnie idą w szeroki świat i stają naprzeciw własnym barykadom cywilizacyjnym.

Obowiązkiem dorosłego jest pomóc nowym pokoleniom. My bowiem jesteśmy świadkami ich początków, ale oni będą świadkami naszego końca.
Życie nigdy nie miało być łatwe — i takie nie jest. Zło zawsze było i będzie. Dobro istnieje wtedy, gdy to my je zasiejemy, gdy stworzymy enklawy bezpieczeństwa, przywrócimy kolory tam, gdzie zapanowała szarość.

Czy jesteśmy bohaterami? Kurcze… każdego dnia. Walczymy o to, by nie pochłonęła nas ciemność.

Czytasz to? Bardzo się cieszę, bo to oznacza, że potrzebujesz to usłyszeć.

JESTEŚ ZMĘCZONĄ ISTOTĄ, KTÓRA CHCE SIĘ PODDAĆ — JA TEŻ… MY WSZYSCY… ALE NIE RÓB TEGO!!!
JESTEŚ TU, A TO OZNACZA, ŻE MASZ SWÓJ CEL DO ZREALIZOWANIA.

Wypij ulubioną herbatę lub kawę. Przytul kogoś, kogo kochasz. Jeśli dziecko prosi o spacer albo przeczytanie bajki — zrób to. Lubisz tańczyć? Tańcz.

Wszyscy jesteśmy wyjątkowi na swój własny sposób. Mamy wady, ale mamy też zalety. Nie możemy być wszyscy tacy sami.
Jesteśmy tu i teraz — i to jest najpiękniejsze.

A może wcale nie jest tak, że świat się kończy. Może po prostu kończy się pewna jego wersja — ta, którą znaliśmy, która była dla nas bezpieczna i oswojona. Każde pokolenie patrzy na nowe czasy z niepokojem, bo nowe zawsze oznacza nieznane. A nieznane budzi strach.

Człowiek jednak od zawsze potrafił przetrwać. Przetrwaliśmy wojny, głód, choroby, utratę bliskich, upadki imperiów i własnych marzeń.
Przetrwaliśmy, bo obok strachu zawsze była druga siła — zdolność do odbudowy. Do wstawania, nawet gdy kolana są poobijane, a serce zmęczone.
Może więc nie jesteśmy pokoleniem upadku. Może jesteśmy pokoleniem przejścia.

Tym, które pamięta jeszcze świat sprzed ekranów, a jednocześnie musi nauczyć się żyć w świecie, którego nikt wcześniej nie znał. Stoimy jedną nogą w przeszłości, drugą w przyszłości, a pod stopami mamy grunt, który wciąż się przesuwa.

Bo może nie jest tak, że dobro znika. Może ono po prostu przestało krzyczeć. Schowało się w małych rzeczach, których nie da się sprzedać ani pokazać na ekranie. W spojrzeniu nieznajomego, który ustąpi miejsca. W wiadomości: „daj znać, czy dotarłeś bezpiecznie”. W człowieku, który mimo własnego zmęczenia potrafi zapytać: „Jak się trzymasz?”.

Świat niekoniecznie stał się gorszy. Stał się głośniejszy. A dobro jest ciche.

Największym buntem przeciwko tej szarości nie jest krzyk ani wielkie zwycięstwo. Największym buntem jest to, że mimo wszystko wciąż potrafimy być dla siebie ludźmi — robimy herbatę zamiast kolejnej wojny w komentarzach, przytulamy zamiast odpychać, słuchamy zamiast oceniać, zostajemy, kiedy łatwiej byłoby zniknąć.

Bo cywilizacje nie upadają wtedy, gdy brakuje technologii. Upadają wtedy, gdy ludzie przestają być dla siebie ludźmi.
I dopóki ktoś gdzieś siada na ławce z drugim człowiekiem i naprawdę rozmawia — świat nie jest stracony.

Może nie uratujemy całej ludzkości. Ale możemy uratować jeden dzień. Jedną osobę. Jedną relację. Czasem samego siebie.
A to już bardzo dużo.

Bo na końcu nie zostanie to, ile mieliśmy racji, pieniędzy czy sukcesów. Zostanie to, ile ciepła zostawiliśmy w innych ludziach.

A jeśli choć jedna osoba dzięki nam poczuła, że nie jest sama — to nasze istnienie miało znaczenie.

Przemysław Knapik

Red.