Jestem świeżo po lekturze wywiadu z Leszkiem Millerem, który dla tygodnika „Nie” przeprowadziła redaktor naczelna tego pisma Agnieszka Wołk-Łaniewska. Nad byłym premierem rozpływał się niedawno kol. Łukasz Jastrzębski, ja jednak, po lekturze wywiadu, pozostałem raczej z myślą, że jego tytuł jest mocno na wyrost.
Braun ma dość kompleksową i wielowarstwową wizję historii, stosunków międzynarodowych, ustroju państwa, tożsamości narodowej. Swoją refleksją sięga czasów chrystianizacji, Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Rewolucji Francuskiej, polskich powstań narodowych. Mówi o monarchii, historii Żydów, oddziaływaniu rozmaitych mocarstw w Polsce. Ma określone poglądy na pożądany jego zdaniem stan stosunków społecznych i ustrój gospodarczy. Poglądy te ewoluują – Braun dużo pisze i czyta, zatem rozwija się intelektualnie. W kolejnych latach nieco inaczej rozkłada akcenty swojego światopoglądu, czy nawet zmienia niektóre poglądy.

Różnie można oceniać poglądy i wypowiedzi Brauna, jedno jednak nie ulega wątpliwości: żadne z nich nie są zgodne z panującym dziś światopoglądem demoliberalnym – ani przedsoborowy katolicyzm, ani ekonomiczny i społeczny libertarianizm, ani antysemityzm, ani anglofobia, ani antyukraińskość.
Czy to samo da się powiedzieć o Millerze? Nie napisał on praktycznie nic, jego refleksja sięga co najwyżej schyłku PRL a przedmiotowym zasięgiem obejmuje partyjne gierki i bieżące stosunki międzynarodowe. Miller jest „zwierzęciem politycznym”, którego całe życie było polityką, zatem dobrze rozumie jej mechanizmy i zna jej „kuchnię”. Nie jest to niczym zaskakującym, że wiekowy człowiek który całe życie poświęcił pewnemu rzemiosłu, zna różne jego arkana. Czy jednak uczyniło to Millera wyjątkowo sprawnym graczem?
W porównaniu do rządzących po kilka kadencji PiS i PO rząd Millera był zjawiskiem krótkotrwałym i głównie zbierał owoce poprzedników (finalizacja akcesji Polski do Unii Europejskiej). Po dziewięciu miesiącach SLD pod kierownictwem Millera miało już przeciwko sobie nastroje społeczne, po półtora roku Miller stracił większość sejmową, po dwóch latach górnicy obrzucali kamieniami siedzibę SLD na ulicy Rozbrat, po kolejnych kilku miesiącach Marek Borowski wyprowadził z SLD część posłów. Dodajmy do tego nieustanne afery (Rywina, starachowicka, Orlenu, Dochnala itd.). Po czterech latach rządów Millera poparcie dla SLD spadło z 40% do 11%. Dziś Miller to polityczny margines, bez żadnego wpływu politycznego a jego macierzysta formacja nie chce być z nim w jakikolwiek sposób kojarzona – niech to będzie podsumowaniem talentów politycznych byłego premiera.
Kolega Jastrzębski przedstawia Leszka Millera jako „państwowca”, tymczasem to właśnie za jego rządów dokonano transformacji polskiej bezpieki w obecne narzędzie represji wobec przeciwników atlantyzmu – de facto przedłużenie służb specjalnych USA. Millera próba sanacji finansów państwa w postaci „planu Hausnera” nie miała w sobie nic oryginalnego ani nawet nie była specjalnie śmiała – ot, taki standardowy neoliberalizm, w wersji nieco rozwodnionej by grać na słupki wyborcze (i tak spadające rządowi Millera na łeb na szyję); nie był to ani „antysystemowy” libertarianizm w stylu Korwina czy Brauna ani upaństwowienie i neomerkantylizm w stylu de Gaulle’a czy Mitteranda. Tak jak koncepcje gospodarcze Millera to copy-paste jankeskiego neoliberalizmu, tak jego polityka zagraniczna to copy-paste jankeskiego neokonserwatyzmu; Miller uwiesił Polskę u klamki USA a w omawianym wywiadzie dla „Nie” postuluje to samo dziś. Nie ma w tym ani „realizmu” ani tym bardziej „propaństwowości” (wręcz przeciwnie) a jest jedynie kserowanie aktualnego hegemona.
Miller pozostał bowiem umysłowo i mentalnie wojewódzkim aparatczykiem PZPR, który po prostu przeorientował się z hegemona sowieckiego na jankeskiego – przed 1989 rokiem Miller kserował narrację sowiecką (co przyznaje w wywiadzie, odnosząc się do zbrodni katyńskiej), a po zmianie paradygmatu z marksistowskiego na liberalny kseruje narrację jankeską. Taki denny poziom duchowy, intelektualny i moralny cechował zresztą już Wojciecha Jaruzelskiego, który – podobnie jak Miller – nie miał żadnych poglądów, a swoją znajomość mechanizmów politycznych wykorzystywał – też podobnie jak Miller – jedynie do adaptowania się do przeważającego w danym momencie nurtu. Jaruzelski w 1985 roku spotkał się z Rockefellerem, Miller w 2002 roku zamienił polskie służby specjalne w „długie ramię Waszyngtonu”. Trend demontażu państwa polskiego i polskiej podmiotowości cywilizacyjnej i politycznej rozwijany był zatem konsekwentnie przez PZPR-owską nomenklaturę. Po prostu, gdy widać już było że Rosja się wali, polscy aparatczycy „towarzyszy” radzieckich zastąpili „sojusznikami”z gwiazdkami i paskami.
Kolega Jastrzębski tytułuje Leszka Millera „kanclerzem” – jak sądzę, w uznaniu dla formatu politycznego niektórych przywódców niemieckich. Tyle, że postaci takie jak Bismarck, Stresemann, Adenauer, Kohl czy nawet „niewymawialny” zapisali się w historii, gdyż odcisnęli na niej indywidualne piętno, mając określoną wizję stosunków politycznych i środki do jej wdrożenia w postaci zorganizowanego i cywilizowanego kraju. Innymi słowy, przywódcy Niemiec zapisali się w historii, bo byli jej podmiotami. Miller i jego formacja przez pół wieku pracowali nad tym, by Polska nie była podmiotem tylko przedmiotem procesów historycznych (rzeczywistość „ograniczonej suwerenności” w okresie komunizmu nie jest tu żadnym argumentem, bo przywódcy choćby Rumunii, Albanii czy Jugosławii potrafili uprawiać realną politykę, w odróżnieniu od miernych polskich aparatczyków, obracających się zawsze tam gdzie wiatr zawieje) a on sam był po prostu xerokopiarką.

Braun mniej lub bardziej trafnie próbuje zidentyfikować polski Logos. Miller zapewne nie wiedziałby nawet, co to słowo znaczy. Braun się mimo wszystko uczy – wiadomo powszechnie, że dużo czyta (mniejsza, czy wartościowe rzeczy), bo odnosi się w swoich wypowiedziach do rozmaitego kalibru autorów (w tym do autorów wybitnych lub publikacji mało znanych). W wywiadzie dla tygodnika „Nie” erudycją odnośnie współczesnej myśli politycznej błysnął jednak nie Miller, tylko redaktor Wołk-Łaniewska. Miller przyznał się za to jedynie, że czyta komentującego polityczną bieżączkę Łukasza Warzechę. Dwa razy za to powtórzył, konfudując chyba swą rozmówczynię, że Polska powinna „trzymać się” USA. O ile Braun zatem to i owo w minionych latach przemyślał, to Miller „nic nie zapomniał, nic nie zrozumiał”. Gdyby ponownie został premierem, to, w zamian za jankeskie technologie i kapitał, wysłałby pewnie polskich żołnierzy na wojnę z Iranem lub zainstalował w Polsce katownie do torturowania działaczy muzułmańskich porywanych przez USA. Czyli mielibyśmy powtórkę spotkania Jaruzelskiego z Davidem Rockefellerem.
Nie chcę tu bynajmniej chwalić Brauna, który w polityce jest nowicjuszem i chyba w znacznej mierze ignorantem, toteż wydaje się niezdarny a jego zachowanie jest chaotyczne. Poparcie Karola Nawrockiego i żebranie o „pakt senacki” skompromitowało Brauna jako Antysystem, nie dając mu nic politycznie, gdyż ambasada na Pięknej postawiła weto wobec wprowadzenia go do przyszłego prawicowego rządu. Braun zawiódł swój najwierniejszy elektorat, nie otrzymał jednak zgody Waszyngtonu i jego nadwiślańskich ekspozytur (PiS, Nawrocki) by dosiąść się do reżymowego stolika. Braun jednak jakieś poglądy ma. Miller nie ma żadnych. Miller to tylko taki „Bosak” końcówki PRL – podobnie bezideowy, oślizgły i pozbawiony kręgosłupa. Niewykluczone zresztą, że za jakieś czterdzieści lat, Bosak dla którego polityka jest całym życiem, będzie mógł komentować ją równie przenikliwie, jak dziś Miller.
Jedynym w zasadzie tematem wywiadu Millera dla „Nie” jest antyukraińskość. We wszystkich poruszanych problemach Miller ma przy tym rację, nie przekraczając jednak w żadnym miejscu linii stosowania podwójnych standardów i prostackiej propagandy, co cechuje sporą część komentatorów prorosyjskich. Świadczy to, że Miller jest nie tylko sprytny ale też inteligentny. Nie jest jednak prorosyjski jak wydaje się wielu jego obecnym fanom z prawa i lewa, lecz trumpistowski. Moim zdaniem, Miller u którego tu akurat górę wziął polityczny spryt, gra na Trumpa. Chciałby być polskim Orbánem i liczy, że zaistnieje jako polski eksponent trumpizmu. Nadzieje to oczywiście płonne, bo trumpiści mają nad Wisłą bardziej wiarygodnych sojuszników niż polityczny marginał Miller – przede wszystkim PiS i Nawrockiego, ale też w perspektywie drepczących wokół nich narodowców-bosakistów.
Powrót Leszka Millera byłbym sobie w stanie wyobrazić tylko w jednym przypadku: zajęcia Polski przez Rosję. Jest to oczywiście scenariusz całkowicie niemożliwy, bo Rosja jest dziś zbyt słaba nawet by zająć całą Ukrainę, co dopiero mówić o ataku na Polskę czy Rumunię – tu Miller akurat ma zupełną rację. Tylko jednak Rosja, w swojej asekuracyjnej koncepcji polityki mocarstwowej, zwykła stawiać na bezideowych technokratów. Miller zaś jest kolaborantem doskonałym – giętki, ugodowy, gotów współpracować z każdym, pozbawiony moralności (katownie CIA, agresja na Irak i jego okupacja, kokietowanie subkultury zboczeńców w okresie dekompozycji jego zaplecza politycznego) i poglądów, cyniczny i sprawny technicznie. Pozbawieni ideowego kręgosłupa technokraci są jednak politykami tchórzliwymi i miękkimi, a przez to nieudolnymi. Takim tchórzliwym i nieudolnym dyktatorem był Jaruzelski. Takim tchórzliwym i nieudolnym premierem był Leszek Miller (nie miał nawet odwagi wprowadzić podatku liniowego i przeprowadzić radykalnych reform neoliberalnych o których marzył, zamiast tego przeprowadzając neoliberalno-socjaldemokratyczne prowizorium Hausnera). Kolaboracyjny rząd Leszka Millera skończyłby zatem na pewno tak jak kulminowały kolejne okresy rządów Janukowycza na Ukrainie.
Ronald Lasecki



