WywiadyAndrzej Czechowicz: „Największa tajemnica Jana Nowaka-Jeziorańskiego” (3)

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Pana walka o prawdę o Nowaku zahaczyła też o „Tygodnik Powszechny”

– Tak, wszystkie napaści na mnie zaczęły się od haniebnego oszustwa popełnionego przez z-cę red. nacz. „Tygodnika Powszechnego” i jednocześnie ministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Kozłowskiego oraz jego tutumfacką red. Ewę Berberyusz – pozującą na katolicką intelektualistkę. Otóż atakowany z różnych stron fałszywymi oskarżeniami, zwróciłem się do Kozłowskiego w lipcu 1990 r. o wzięcie mnie w obronę, przekazałem mu szereg dokumentów, w tym kserokopie moich tajnych raportów do Centrali z Rostocku w NRD, gdzie działałem pod przykryciem konsula w Konsulacie Generalnym w Rostocku w NRD w latach 1985-1987. Po ich przejrzeniu Kozłowski odbył ze mną długą rozmowę oświadczając, że pragnie mnie zatrzymać w służbie jako fachowca, każąc jednocześnie poddać się weryfikacji. Po czym polecił mi skontaktować się z Ewą Berheryusz w celu wspólnego przygotowania z nią odpowiedniego opracowania na potrzeby resortu i ewentualnych publikacji jego wybranych fragmentów w prasie. Zamiast tego po dwukrotnych z nią nagraniach naszej rozmowy, bez mojej zgody, co obiecywał mi Kozłowski, ukazał się ohydny paszkwil E. Berberyusz w formie rzekomego wywiadu ze mną w „Tygodniku Powszechnym” z 12 lipca 1990 r., w którym prawdziwy był jedynie jej podpis. W ten sposób wielce zaprzyjaźniony i współpracujący z redakcją „Tygodnika Powszechnego” Nowak jeszcze z czasów swego dyrektorowania w RWE, piórem E. Berberyusz i przy wykorzystaniu władzy Kozłowskiego nade mną oraz wsparty autorytetem „TP”, zadekretował obowiązujące do dziś w naszych „wolnych” i „niezależnych” mediach sposób przedstawiania jego osoby, RWE, mnie i akcji naszego wywiadu, w których uczestniczyłem.

Tu muszę koniecznie wtrącić, iż członkowie redakcji „Tygodnika Powszechnego” ze Stanisławem Stommą i Władysławem Bartoszewskim na czele stanowili tzw. prywatną siatkę informatorów Nowaka. Później ich drogi się rozeszły, bo Bartoszewski stworzył jakby drugą, bardziej aktywną własną siatkę. Obydwie one były wspierane finansowo przez Nowaka ze specjalnie stworzonego w Sekcji Polskiej „Funduszu Pomocy” dla żyjących w biedzie i nędzy byłych żołnierzy AK. Według owych instrukcji Nowaka Czechowicz nie rozpracował RWE, niczego nie wykrył, nikogo nie zdemaskował, nie zdobył żadnych tajnych dokumentów i nie zdekonspirował jego informatorów. Był natomiast tchórzliwym nieudacznikiem i mazgajem, bez honoru i charakteru. Zmuszony krzykiem (sic!) przez oficera SB do współpracy. Bezwolnym narzędziem „bezpieki”, posługującym się jej fałszywkami, która w celach propagandowych ściągnęła go do kraju, przedstawiające jako asa wywiadu. Mało tego, według Berberyusz, czyli Nowaka, nie dość że „bezpieka” napisała mi książkę, to jeszcze jakieś krasnoludki w jej służbie, obroniły za mnie pracę doktorską w Wojskowej Akademii Politycznej. Poradziła mi przy tym, abym się zajął sadzeniem ogórków, jako że w międzyczasie skończyłem kurs sadownictwa i ogrodnictwa w Starej Miłosnej – aby zabezpieczyć byt rodzinie na wypadek konieczności odejścia ze służby z powodu złego traktowania mnie przez kierownictwo wywiadu i w ogóle MSW, o czym wiedziała.

Wszystkie moje sprostowania i protesty kierowane najpierw do Jerzego Turowicza, a potem do Adama Bonieckiego pozostały bez odpowiedzi. Odezwał się tylko Stanisław Stomma, kolega mego ojca jeszcze z gimnazjum w Wilnie, radząc mi zwrócenie się do ks. Bonieckiego. Ale ten nie tylko nie odpowiadał na moje pisma, to jeszcze pozwalał na dalsze zamieszczanie w „Tygodniku Powszechnym” wymierzonych we mnie paszkwili Pawła Machcewicza. W nagonkę na mnie, K. Zamorskiego, W. Trościankę, S. Wysockiego i J. Ptaczka został wprzęgnięty cały liczący się aparat propagandowy państwowych i prywatnych mass mediów, dyrygowany przez Nowaka i jego przyjaciół. Działał on i działa nadal przy tym na zasadzie jakiegoś diabolicznego, samonapędzającego się propagandowego perpetum mobile. Wybielającego i gloryfikującego Nowaka i RWE, a zarazem niszczącego i opluwającego jego demaskatorów i przeciwników. Chodzi tu o ratowanie skóry Nowaka oraz opinii RWE jako rozgłośni utworzonej rzekomo bezinteresownie i wielkodusznie przez miłujących środkowo-europejczyków Amerykanów by wspomagać zniewolone przez Stalina i ZSRR narody. Szczególnie zaś nadzwyczajnie ukochanych przez nich Polaków.

No właśnie – w opinii publicznej w Polsce panuje przekonanie, że RWE to polska rozgłośnia, ma nawet rondo swojego imienia w Warszawie, tymczasem prawda jest taka, że była to instytucja  amerykańska powołana do życia w określonym celu.

– Amerykanie podobnie jak Anglicy w swojej polityce nigdy nie kierowali się takimi uczuciami. Nad wszystkim górował zawsze własny interes. Tak samo było w przypadku RWE. Zostało ono mianowicie powołane do życia zgodnie z tajną dyrektywą Rady Bezpieczeństwa (NSC). USA z 14 kwietnia 1950 r., znaną pod kryptonimem NSC 68, Oto co napisał o celach powołania i działania tej rozgłośni były dyrektor połączonych już wtedy RWE i Radia Liberty (Swoboda) w latach 1975-1978 Sig Mickelson w swojej książce „America’s Other Voices. The Story of Radio Free Europa and Radio Liberty”, Praeger, New York, 1983, str. 35. Była to dyrektywa „wzywająca do niezbrojnej kontrofensywy przeciwko ZSRR, włącznie z niejawną walką gospodarczą, polityczną i psychologiczną w celu wywołania niepokoju i buntu (revolt) w krajach satelickich”. Czyli jak to złośliwo-dowcipnie, ale prawdziwie, skomentował potem znany dziennikarz amerykański Wallace Carroll: „zdaniem rozgłośni było spowodowanie, by rosyjski niedźwiedź był tak zajęty wyiskiwaniem pcheł ze swojej sierści, by reszcie świata zaoszczędził kłopotów” (tamże, op. cit., str. VIII). Tymi pchłami byliśmy niestety my środkowo-europejczycy, sprzedani uprzednio Stalinowi przez Roosevelta w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. W ten sposób ofiary tego handlu miały być teraz ponownie używane do podpalania i rozwalania imperium radzieckiego od środka, by pozwolić całemu Zachodowi na spokojne uprawianie swojego tak modnego wtedy „wielkiego żarcia”.

Zbliżamy się powoli do końca Pana opowieści. Pana misja skończyła się w roku 1971. Jakie były prawdziwe powody Pana powrotu do kraju?

– Zacznę od tego, że wbrew wszystkim różnym domysłom i pogłoskom, decyzja o odwołaniu mnie z RWE do Polski w tamtym czasie zapadła na ówczesnym najwyższym szczeblu polityczno-państwowym, a nie operacyjnym. Głównym – przemilczanym wtedy – celem strategicznym tej akcji nowych władz partyjno-państwowych była walka o doprowadzenie do likwidacji RWE, rozgrywana przez nasz wywiad także wewnątrz skłóconego – i to wielce – wówczas Senatu i Kongresu USA w tej tak istotnej sprawie. Przeważyła bowiem ostatecznie opinia gen. Franciszka Szlachcica, iż w przeciwnym przypadku „wcześniej czy później czeka nas los Gomułki i Moczara”. Jej ubocznymi propagandowymi celami, przyspieszającymi podjęcie tego przedsięwzięcia, było odwrócenie uwagi społeczeństwa od tragedii wydarzeń grudniowych 1970 r., ukazanie sprawności działania naszego wywiadu i pochwalenie się jego sukcesem. Miało zaś to ścisły związek z przewidywaną, a nawet zapowiedzianą na styczeń 1971 r. debatą w Senacie USA o dalszym finansowaniu RWE i Radia Liberty (Swoboda) z tajnych funduszy CIA. Zapoczątkowana gwałtownym atakiem senatora Clifforda Case’a na obie te rozgłośnie.

W styczniu 1971 r. doprowadziło to z kolei do dalszych debat w Senacie i przesłuchań w Kongresie, na temat sposobu jego finansowania czy wręcz likwidacji, względzie podzielenia się po połowie kosztami jego utrzymania z pozostałymi krajami NATO. Oliwy do ognia dolała aide mimoire rządu polskiego do rządów USA i RFN z 26 maja 1971 r., domagająca się – w oparciu m. in. o zdobyte przeze mnie dokumenty i informacje – likwidacji tej rozgłośni, jako źródła podburzającej propagandy oraz działań sprzecznych z przyjętymi zasadami – czyli szpiegostwem – w stosunkach międzynarodowych, godzącymi tym samym w interesy PRL.

Całkowitej likwidacji RWE domagał się w owych debatach głównie Senator James Fulbright – przewodniczący Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych wrogo nastawiony do Nowaka w związku z jego akcją w prasie emigracyjnej dezawuowanie go jako kandydata w nadchodzących wyborach (naszą akcję w tej kompromitującej Nowaka sprawie przedstawiłem dokładnie w swoim „Straceńcu”). W oparciu o dostarczenie mu – przez naszych podstawionych pośredników – informacje i zdobyte przeze mnie tajne raporty RWE o charakterze wojskowym, mówił on wprost o wykryciu całej siatki szpiegowskiej CIA w Polsce. A nawet domagał się usunięcia Nowaka ze stołka dyrektora. Wszakże ostatecznie rozgłośnia nie upadła, ale CIA przestała oficjalnie ją finansować w 1973 r., zachowując jednak całą dotychczasową strukturę organizacyjną i sposoby zdobywania tajnych informacji.

Pisze Pan o tym wszystkim w swoich wspomnieniach, które każdy może przeczytać. Jednak nie wszystkim to się podoba. Jeden ze znanych historyków zajmujących się okresem PRL podczas Targów Książki Historycznej wyraził zdumienie, że Pana książka jest w ogóle sprzedawana.

– Mogę się nawet domyślać o kogo chodzi, gdyż historyk ów popisał się wielką napastliwością wobec mnie podczas telewizyjnej dyskusji zorganizowanej i nagrywanej przez znanego reżysera Jerzego Diatłowickiego w ramach jego serialu „Rzeczpospolita dwa i pół” w 1995 r. Uczestniczył w niej oprócz mnie K. Zamorski J. Kudaś-Bronisławski, Andrzej Friszke, Ernest Skalski i Krzysztof Wolicki. Jak widać ów „naukowiec”, jak wielu jemu obecnie podobnych „intelektualistów”, wycierających sobie na co dzień gęby frazesami o wolności słowa, demokracji, praworządności, praw obywatelskich i poszanowaniu ludzkiej godności, uważa, iż inni historycy nie podzielający oficjalnie obowiązujących teraz podglądów nie mają prawa głosu. Jest to myślenie zaściankowe i kołtuńskie, czy wręcz neostalinowskie, stojące w jaskrawej sprzeczności z etosem naukowca i zdrowym rozsądkiem. Naukowiec z prawdziwego zdarzenia, nawet wrogo nastawiony do innego historyka, powinien być tym bardziej zainteresowany poznaniem jego poglądów i argumentów, zwłaszcza jeśli ten ktoś mimowolnie stał się świadkiem historii.

Na ten sam temat ukazała się też książka Andrzeja Świdlickiego z Londynu. Co Pan o niej sądzi?

– Ogólnie rzecz biorąc oceniam ją dobrze, jako ważny dokument sporządzony przez świadka historii. Tym bardziej, że potwierdza ona w pełni moje poglądy na temat prawdziwej przeszłości Nowaka oraz rzeczywistej roli jaką odgrywał RWE w ówczesnej polityce USA i w wojnie psychologicznej toczonej przez Stany z ZSRR o panowanie nad światem. Mam natomiast mu za złe i nie rozumiem (chociaż przypuszczam) dlaczego nazywał mnie człowiekiem mało inteligentnym, nie umiejącym jakoby dobrze pisać, któremu nie udało się rzekomo zdobyć żadnych dokumentów ze znakami tajności, co już zakrawa wręcz na ordynarną brednię. Tym bardziej bezsensowną, głupią i bezczelną, jako że właśnie ksero tych najbardziej tajnych dokumentów ze znakami I i II stopnia tajności – Strictly Cofidential lub Strietly Limited Destribution (SLD) oraz Limited Destribution (LTD), włącznie z najpilniej strzeżonymi kartami informatorów RWE przekazałem mu podczas naszych dwukrotnych nagrywanych rozmów u mnie w domu. A następnie przez Zbyszka Rutkowskiego przekazałem mu maszynopis II tomu mojego „Straceńca” z dużą ilością takich i innych poufnych dokumentów. Nie wiem dlaczego tak postąpił, gdyż przez cały czas naszych rozmów zachowywał się z wielką uniżonością i wręcz się podlizywał, co odbierałem ze skrywanym niesmakiem. Z doświadczenia wiem, że tak się zachowują ludzie fałszywi, obłudni i zakompleksieni. Byłem jednak bardzo zainteresowany w tym by uzbroić go w jak największą ilość informacji i dokumentów kompromitujących Nowaka i RWE. Z których on następnie sporo korzystał przy pisaniu swojej książki nigdzie mnie jednak nie cytując. Oszukał mnie zresztą całkowicie oświadczając – na moje zapytanie – że zbiera jedynie informacje i dokumenty do swojego archiwum a nie do pisania książek. Sądzę, że Świdlicki jest typowym okazem zakompleksionego egocentryka, który z poczucia własnej małości reaguje na ludzi rozpoznawalnych publicznie pełną jadu bezsilną zawiścią i agresją słowną. Bardzo nie lubię epitetów kierowanych ad personam, wyjątkowo jednak, w odpowiedzi na jego chamską napaść dodam, że jedynym sukcesem jaki on odniósł było uzyskanie stołka redaktora RWE dzięki protekcji swojego teścia – premiera rządu emigracyjnego Kazimierza Sabbata i utrzymania go na tym stanowisku mimo żądań wydalenia go ze służby z uwagi na małą przydatność przez ówczesnego dyrektora RWE Z. Michałowskiego.

Z jakich powodów Nowak był oskarżany najpierw przez Wiktora Trościankę – jeszcze w RWE, a potem przez Edwarda Moskala – i to publicznie – Prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej (KPA) o filosemityzm i „jedzenie Żydom z ręki”.

– Był to zadawniony stały konflikt, gdy Nowak zaczął działać w KPA po swoim wyjeździe z Monachium w 1977 r. Chodziło o jego ciągłe odmowy i destrukcyjne poczynanie wobec polityki Moskala polegającej na aktywnym przeciwstawieniu się antypolonizmowi Żydów amerykańskich. Spór ten odżył gwałtownie i przybrał na sile po wypowiedziach Nowaka na temat mordu Żydów w Jedwabnem. Przesadził on bowiem w swoim lizusowskim filosemityzmie, oskarżając wielokrotnie Polaków nie tylko o ten mord, jednak bez podawania jego przyczyn. Co zresztą czyniły naśladujące „sąsiadów” Jana T. Grossa wszystkie nasze liczące się mass media. Wzywając jeszcze przy tym prezydenta, rząd, Prymasa Polski i biskupów, by wraz z całym narodem przyznali się do winy i przeprosili za to Żydów. W przeciwnym przypadku – straszył Nowak – cały naród zostanie obarczony winą przez Zachód. Jakoby nie wiedział, że stały za tym ciągłe pretensje i żądania lobby żydowskiego w USA i władz Izraela, wypłacenia przez Polskę wielomiliardowych sum w dolarach za pożydowski majątek, nie posiadający jednak spadkobierców. Co byłoby sprzeczne z polskim prawem, w czym jednak Liga Przeciw Zniesławieniu zaczęła się natychmiast dopatrywać pierwszych oznak przyznawania się Polaków do „winy” za Holocaust.

W tej sytuacji Moskal oskarżył Nowaka na stronach internetowych KPA i w swoim artykule pt. „Faryzejskie wzywania innych do przeprosin” w „Dzienniku Związkowym” w Chicago z 13-15 kwietnia 2001 r. o kolaborację z hitlerowcami – „ludźmi w czapkach z trupimi główkami”. Uczynił to w oparciu o dokumenty zawarte w „Dossier” – dotyczącym Nowaka – sporządzone przez Zbigniewa Rutowskiego – redaktora naczelnego „Solidarności Walczącej” oraz szefa Wydawnictwa WERS w Poznaniu, za pośrednictwem prałata Jankowskiego. To on też wydał w 1995 r. książkę K. Zamorskiego „Pod anteną Radia Wolna Europa”. Została ona, podobnie jak i książka byłego redaktora RWE Stefana Wysockiego „Polska z oddali – Prawda z bliska” z 2001 r. kompletnie przemilczana z uwagi na ich kompromitujące Nowaka, jako kolaboranta, dokumenty.

Ponieważ oskarżeń Moskala nie dało się jednak całkowicie przemilczeć, został na niego przypuszczony gwałtownie brutalny atak. Jakby na rozkaz wszystkie liczące się propagandowe działa tzw. mainstreamu plunęły w niego ogniem kłamstw, instytucji i obelg. W tym niszczącymi każdego oskarżeniami o antysemityzm, z braku rzeczowych argumentów. Zamiast sprawdzić autentyczność wymienionych uprzednio dokumentów, w tym wyroków sądów w Köln, na podstawie, których Moskal – przecież za zgodą KPA – sformułował tak ciężkie zarzuty pod adresem Nowaka, ważne osoby w państwie, w tym prezydent i premier, znane autorytety i dyżurni intelektualiści aż zatrzęśli się z oburzenia. Potępiające przy tym w czambuł, tego wielkiego patriotę i reprezentanta wielomilionowej Polonii Amerykańskiej oraz zarzucając mu posługiwanie się nigdy nie istniejącymi fałszywkami „bezpieki”. Nikogo nawet nie zdziwiło i nie zastanowiło, że „legendarny kurier” nie tylko nie podał „oszczercy” do sądu, ale jeszcze odmówił z nim polemiki „bo jak wiadomo całe moje życie wypełniła służba Polsce” (PAP, 22 kwietnia 2001 r.). Taka fanfaronada w krajach cywilizowanych zostałaby natychmiast wykpiona i uznana za równoznaczną z przyznaniem się do winy.

Nie zrażony i nie wystraszony ową lawiną oszczerstw Moskal zapowiedział zwołanie specjalnej konferencji w celu wyjaśnienia i uzasadnienia swoich oskarżeń pod adresem Nowaka podczas II Zjazdu Polonii i Polaków z Zagranicy w Warszawie w końcu kwietnia 2001 r. Jednak wbrew tym zapowiedziom i oczekiwaniom Moskal w ostatniej chwili tę konferencję odwołał i w swym wystąpieniu w ogóle nie poruszył tego tematu. A przecież mógł, bo delegaci i goście, z wyjątkiem przedstawicieli władz z premierem J. Buzkiem i marszałek A. Grześkowiak na czele, powitali go na znak solidarności niezwykle entuzjastycznie. Można się tylko domyślać jak potwornym naciskom musiał być poddawany ten odważny i uczciwy człowiek, mimo że stanęła za nim większość Polonii amerykańskiej bez wiedzy i poparcia której nie mógł on przecież rzucić w tej sprawie Nowakowi rękawicy. Władze KPA bowiem bez posiadania wystarczającej i wiarygodnej wiedzy w tej materii nie zdecydowałby się na publiczne postawienie tak ciężkich zarzutów, tak znanej osobie, jak Nowak.

Po tym wszystkim Moskal nie został wpuszczony do Białego Domu z czego nasze, pełne uniżoności wobec USA, elity wpadły wprost w cielęcy zachwyt we wszystkich możliwych mediach. Ciesząc się wielce z takiego poniżenia tego wielce zasłużonego dla sprawy polskiej działacza. Tu muszę koniecznie uzupełnić moją wypowiedź o bardzo istotny, lecz przecież nigdzie nie odnotowany fakt. A mianowicie, iż jakoby głównym powodem tak wielce służalczego filesemityzmu Nowaka, miało być jego żydowskie pochodzenie od tzw. Frankistów. Zarzucało mu to wielu polskich emigrantów, nie tylko z RWE. Będąc cynicznym koniunkturalistą i jednocześnie człowiekiem inteligentnym i przebiegłym, nie bawił się on w żadne sentymenty do swoich przodków. Wiedział bowiem doskonale, że jedyną rzeczą, która mogłaby go pogrzebać, byłoby ujawnienie jego kolaboracji z hitlerowcami na stanowisku NADKOMISARZA W ZKZN przez środowiska żydowskie. A więc, że jego dalsze losy zależą od Żydów, głównie od potężnego lobby żydowskiego w USA. Gdyby to właśnie oni – a nie my – zdemaskowali go publicznie, jako zarządcę zrabowanego mienia żydowskiego, byłby on natychmiast skończony na całym Zachodzie. Powstaje więc pytanie dlaczego oni jednak tego nie uczynili z Szymonem Wiesenthalem na czele? Mimo, iż nie tylko my ciągle dostarczaliśmy im wszystkie wymienione uprzednio dokumenty, fakty i opinie.

Żydzi są starym, wielce doświadczonym i mądrym narodem, umiejącym doskonale liczyć i dbać solidarnie o swoje interesy. Musiało więc im wyjść na to, że z samego skompromitowania Nowaka – poza zaspokojeniem żądzy zemsty i satysfakcji moralnej z tego faktu – nie odnieśliby żadnych liczących korzyści ze zdemaskowania jeszcze jednego z wielu kolaborantów niemieckich. Woleli więc go trzymać krótko w swoim ręku, jako wielce wpływowe narzędzie psychologicznego  urabiania Polaków w kraju za pośrednictwem RWE. I nie pomylili się w swych rachunkach, a Nowak ich nie zawodził aż do końca swego życia w 2005 r.

Jak Pan wspominał, to nie jest koniec Pana pracy, przygotowuje Pan do wydania trzeci tom „Straceńca”. Co to będzie?

– Tom trzeci „Straceńca” z podtytułem: „Kurier z Warszawy, Berlina i Waszyngtonu? Kim był w rzeczywistości Jan Nowak-Jeziorański w świetle dokumentów, faktów i opinii?!” jest wielce obszernym źródłowym uzupełnieniem a zarazem rozszerzoną podmurówką  pod treści i opinie zawarte w pierwszych dwóch tomach tej książki. Podobnie jak i on powstał z głębokiego przekonania o konieczności dokonania sprostowań ogromnej ilości kłamstw i fałszerstw dotyczących przeszłości okupacyjnej – i nie tylko – owego „legendarnego kuriera” Armii Krajowej i rzeczywistej roli Radia Wolna Europa w czasach „zimnej wojny”, a w jej ramach prowadzenia wojny psychologicznej. Toczonej przez USA i ZSRR w walce o hegemonię nad światem. W wojnie tej uczestniczył także Departament I MSW, zwalczając RWE i Nowaka osobiście w różnych akcjach, w których odgrywałem aktywną rolę. Zbiór ten zawiera wiele nieznanych dotychczas szerokiej opinii dokumentów, faktów, opinii i informacji, poczynając od lat 40-tych XX w. aż do chwili obecnej. Jest też swego rodzaju niezamierzonym odzwierciedleniem istniejącej ogólnej sytuacji w ówczesnej Polsce i panującej w niej stosunków. Zwłaszcza na linii władze – instytucje państwowe (w tym sądownictwo) – mass media – zwykli obywatele.

Nie mam jednak zamiaru składania broni zaraz po ukazaniu się właśnie tego trzeciego tomu. Stanowi on bowiem specyficzną ilustrację i rejestr moich dotychczasowych działań w walce o dojście do prawdy, toczonej z naszymi „wolnymi” i „niezależnymi” mediami (także na drodze sądowej), różnymi organizacjami i instytucjami, przede wszystkim jednak z IPN, jako głównemu fałszerzowi prawdy o Nowaku i RWE, i nie tylko. Będę się więc starał przedłużać ten rejestr dopóki mi sił starczy.

Treść wielu dokumentów i opinii może zbulwersować, a nawet zszokować wielu czytelników, w tym przede wszystkim szczerych i uczciwych wielbicieli Nowaka-Jeziorańskiego i RWE.

Na zakończenie pragnę dodać i podkreślić, że daleko nie wszyscy zatrudnieni w IPN specjaliści podzielają poglądy jego kierownictwa i obowiązującej w nim linii propagandowej. Najlepszym tego przykładem był Prokurator Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Tadeusz Krysicki, który w swoim piśmie o numerze Sn 126/03/Zn/Wa z 12 września 2003 r. obarczył Nowaka m. in. odpowiedzialnością „za wskazanie Niemcom członków ‘Gryfa Pomorskiego’ i ich aresztowanie”. Oraz „skierowanie go przez Gestapo do polskiego podziemia w celu jego rozpracowania”, „pełnienia przez ww pod kontrolą SS służby kurierskiej oraz wykonywanie dla Niemców różnych innych zleconych zadań…”.

Na zakończenie pragnę stwierdzić i podkreślić, że ani Nowak-Jeziorański nie był bynajmniej tym za kogo się podawał i uchodził i nadal uchodzi w oficjalnej propagandzie, ani też Radio Wolna Europa nie było żadnym niezależnym Głosem Wolnej Polski, powołanym do życia jakoby bezinteresownie z czystej miłości Amerykanów do Polski i Polaków. Starałem się to szczegółowo wykazać w tej dokumentacji. W sumie „rycerski człowiek honoru” wyprowadził w pole i okpił nasze elity, dzięki czemu mógł następnie oszukać cały naród.

Dziękuję Panu serdecznie za tę rozmowę

Rozmawiał: Jan Engelgard

Myśl Polska, nr 27-28 (3-10.07.2022)

 

Redakcja