WywiadyNie będzie żadnej wojny – mówi „Myśli Polskiej” Wadim Nowiński

Redakcja12 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje
Świat bawi się w wojnę

Niedawno brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że Kreml przygotował ukraiński „rząd okupacyjny”, w skład którego weszli wysoko postawieni ukraińscy emigranci polityczni mieszkający obecnie w Moskwie. Na jego czele miałby, według Anglików, stanąć znany ukraiński polityk i pana dobry znajomy Jewgienij Murajew. Co pan sądzi o tych rewelacjach Brytyjczyków? Dlaczego nie włączyli pana w skład tego nowego rządu, biorąc pod uwagę fakt, że pochodzi pan z Rosji i jest pan obecnie w konflikcie z Biurem Prezydenta Ukrainy?

Wiadomość o „rządzie Murajewa” jest kolejnym elementem wojny informacyjnej, w której Ukraina nie jest podmiotem ani inicjatorem. Tematyka ukraińska nie schodzi ostatnio z pierwszych stron światowych mediów. Nikt już się nie zastanawia, co jest prawdą, a co kłamstwem. Powiem od razu, że nie wierzę w przedstawioną informację o rzekomym powstaniu „rządu Murajewa”. Małe kłamstwa są źródłem dużych kłamstw, a każdy fałsz rodzi kolejne nieprawdy. Świat bawi się w „wojnę na Ukrainie”. I bawi się dalej: wymyślone plany agresji mają zakładać powołanie równie wymyślonych struktur władzy. Wcześniej kłamstwa były rozpowszechniane przez anonimowe kanały w Telegramie i media. Teraz różne wątpliwe informacje rozpowszechniane są przez publikacje na oficjalnej stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii, a dzień później potwierdzają je amerykańskie służby specjalne.

Brytyjskie MSZ to szanowana instytucja o poważnej reputacji. Jeśli rzeczywiście dysponuje takimi danymi, powinno przekazać je Ukrainie, by mogła ona je przeanalizować i podjąć odpowiednie kroki. Znając jednak strukturę społeczeństwa ukraińskiego i ukraińskich władz, psychologię ukraińskich polityków – w tym tych, o których pan wspomniał – trudno mi sobie wyobrazić okoliczności, w których mógłby powstać taki rząd. Nawet jeśli w Ukrainie nie zostałby żaden inny polityk poza tymi, o których pisze w swoim komunikacie Foreign Office, to i tak nie byliby oni w stanie utworzyć wspólnego rządu. Najwyraźniej ktoś dobierał te nazwiska losowo, nie troszcząc się o jakiekolwiek prawdopodobieństwo, czy oparcie w faktach. I pewnie ta losowa metoda doboru nazwisk doprowadziła do tego, że ja się tam nie pojawiam. I chwała Bogu – zajmuję się swoimi sprawami, swoją pracą, i w żadnych „rządach” nie zamierzam uczestniczyć.

Wadim Nowiński.
Nie będzie żadnej wojny

W mediach zachodnich i ukraińskich wciąż ostatnio słyszymy, że lada moment zacznie się rosyjska inwazja na Ukrainę. Jak pan, jako dobrze poinformowany polityk ukraiński, ocenia jej prawdopodobieństwo?

Nadal mówimy tu o wielkim kłamstwie. W 2011 roku po raz pierwszy pojawił się termin „postprawda”, czyli sytuacja, w której nie ma znaczenia, czy dana informacja jest wiarygodna, prawdziwa, sprawdzona. Ważne, by realizowała ona określony cel polityczny. Można wymyślić cokolwiek – ukraińskie „Kolczugi” w Iraku, „ludobójstwo” muzułmanów jako pretekst do bombardowania i podziału Jugosławii, broń chemiczną Saddama Husajna, otrucie Skripalów „Nowiczkiem” itd. Przekaz można od zera zmontować w pawilonach studia telewizyjnego albo na komputerze. To kwestia techniczna. Najważniejsze, że cały świat będzie o tym mówił.

I tak jest teraz z możliwością agresji rosyjskiej na Ukrainę. Współczesne wojny nierzadko toczą się wyłącznie na ekranach telewizorów. Proszę zwrócić uwagę, że politycy ukraińscy i wywiad ukraiński mówią, że nie widzą żadnych przygotowań do agresji. A Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i kilka innych państw odpowiadają: ale my widzimy! My wiemy lepiej! I zaczyna się tworzenie napiętej atmosfery, nerwowość, panika. Logiczne, że dla Zachodu cała ta zabawa pod hasłem „Putin napadnie” jest po prostu wzmacnianiem własnych pozycji negocjacyjnych. Jednocześnie padają groźby kolejnych sankcji, do Ukrainy przylatują samoloty z transportami broni, przyjeżdżają czołowi politycy i wyrażają swój niepokój, ewakuuje się dyplomatów. I to trwa już trzeci miesiąc.

Jestem przekonany, że na Zachodzie nikt tak naprawdę w tą agresję nie wierzy; wykorzystuje się jedynie Ukrainę i jej bóle fantomowe jako narzędzie służące osiągnięciu własnych celów. Tymczasem Rosja nie sformułowała wobec Ukrainy żadnych roszczeń czy ultimatum, które mogłyby posłużyć jako casus belli. Postulaty strony rosyjskiej dotyczące Ukrainy nie są zaadresowane do niej, lecz do NATO: chodzi o nierozszerzanie Sojuszu Północnoatlantyckiego o Ukrainę i Gruzję. Zresztą są one zrozumiałe: jak zareagowałyby Stany Zjednoczone, gdyby Meksyk chciał przystąpić do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB)? Władimir Putin jest politykiem kierującym się żelazną logiką, a nie porywami jakichś silnych emocji. I znakomicie rozumie on, że wejście do Ukrainy nie rozwiązuje problemu, tylko go pogłębia. Nie ma ani jednego racjonalnego argumentu na rzecz twierdzenia, że Putin zamierza napaść na nasz kraj. Czy to jednak ważne w obliczu wielkiego kłamstwa i wielkiej polityki? Wirtualne wojny i wirtualne zagrożenia czasem przynoszą ich twórcom zyski jeszcze większe od tych, które mogłaby przynieść wojna prawdziwa. Ale cierpienia i łzy zwykłych ludzi są i tu jak najbardziej realne. Przecież nikt się nie zastanawia, jak w tej sytuacji czują się Ukraińcy, jakie nerwice i psychozy mogą pojawić się w społeczeństwie pod wpływem ciągłego mówienia o nadchodzącej agresji Rosji.

Jedyne inwestycje to… „Javeliny”

Właśnie, wielu ukraińskich analityków mówi, że te ciągłe rozmowy o „rosyjskiej inwazji” wywołują nastroje paniki na Ukrainie, które z kolei mogą doprowadzić do upadku finansowego i gospodarczego kraju. Czy jako przedsiębiorca zgadza się pan z takimi prognozami? Co będzie z ukraińską gospodarką?

Wielkiej paniki nie ma. Ze sklepów nie zniknęły artykuły pierwszej potrzeby. Ludzie nie uciekają masowo z kraju. Pojawiła się jednak spora nerwowość. To naturalne, skoro od trzech miesięcy obywatele codziennie karmieni są informacją o przyszłej wojnie. Nawet najbardziej zdroworozsądkowo myślący ludzie mogą nie wytrzymać nerwowo. Trzeba nauczyć się odróżniania autentycznych sygnałów od zwykłych szumów. Trzeba być zdolnym do selekcji informacji, nauczyć się oddzielać rzeczy najważniejsze od drugorzędnych.

Obecnie słyszymy jedynie szum, który wciąż odbieramy. Ogólna nerwowość uderzyła już w ukraińską gospodarkę: ma miejsce ucieczka kapitału, nie pojawiają się nowe inwestycje. Inwestorzy pozbywają się obligacji skarbowych. Duży biznes zagraniczny nie idzie do Ukrainy, widząc, że niektóre ambasady ewakuują swoich pracowników. Mały i średni biznes wstrzymuje się od wszelkich działań w oczekiwaniu na „lepsze czasy”. Co tu zresztą można powiedzieć o gospodarce, skoro jedynymi inwestycjami naszego kraju są te pod postacią rakietowych zestawów przeciwczołgowych „Javelin”?

Nie czuję złośliwej satysfakcji

W czasach prezydentury Petra Poroszenki był pan w opozycji i wszczęto przeciwko panu motywowane politycznie sprawy karne. Poroszence szczególnie nie podobało się to, że sponsorował pan ogólnoukraińskie procesje krzyżowe na rzecz pokoju na Donbasie. Co pan czuje, gdy widzi pan obecne problemy Poroszenki, przeciwko któremu z inicjatywy prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego również wszczęto postępowania karne?

Procesje krzyżowe organizowała Ukraińska Cerkiew Prawosławna nie tylko na Donbasie. To były ogólnoukraińskie akcje, na których gromadziły się setki tysięcy ludzi, znacznie więcej niż na Majdanie w 2014 roku. Petro Poroszenko rzeczywiście ostro zwalczał kanoniczne Prawosławie, próbując sztucznie rozbudowywać tzw. Prawosławną Cerkiew Ukrainy.

Robił to, pomimo że przed wyborem na prezydenta sam deklarował swoją przynależność do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. Postanowił jednak pójść w ślady Henryka IV, który z powodu koniunktury politycznej postanowił zmienić wyznanie. „Paryż wart jest mszy” – to dewiza najlepiej chyba oddająca stanowisko pana Poroszenki.

Owszem, odczuwałem presję władz na sobie. Ale, wie pan, nie czuję złośliwej satysfakcji patrząc, jak teraz przeciwko niemu wszczynane są sprawy. Życzę mu, by z godnością przeszedł przez wszystkie te sądowe procedury. A obecny prezydent powinien pamiętać, że otworzył właśnie puszkę Pandory i przygotowywać się na to, że po zakończeniu jego kadencji wszczęte zostaną postępowania karne przeciwko niemu i jego ekipie.

Wadim Nowiński w Radzie Najwyższej.
Porozumienia mińskie – jedyna droga

Jest pan posłem do parlamentu wybranym przez mieszkańców Donbasu, na którym od ośmiu lat toczy się wojna. Co można, pańskim zdaniem, zrobić, by w końcu zapanował tam pokój? Ma pan w tej kwestii jakieś propozycje, plan?

– To, że moim okręgiem wyborczym jest miasto Mariupol, które znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie strefy działań wojennych, pozwala mi na obiektywną ocenę sytuacji w regionie i nastrojów wśród obywateli. Mogę z cała odpowiedzialnością stwierdzić: ludzie są już zmęczeni wojną i czekają aż wreszcie władze w Kijowie odważą się i wykażą wolę, by zrobić wszystko dla realizacji porozumień mińskich, najpierw w sferze bezpieczeństwa ludności, a później w obszarze decyzji politycznych. Nie ma dziś ważniejszego zadania stojącego przed władzami. Badania opinii publicznej pokazują, że w całej Ukrainie ponad 70% obywateli chce pokoju na Donbasie za wszelką cenę. Kraj musi się rozwijać, a to jest po prostu niemożliwe, dopóki w najbardziej rozwiniętym przemysłowo regionie trwają działania wojenne. Trzeba zrealizować w całości porozumienia mińskie. Nie ma innej drogi. I koniecznie trzeba porzucić kultywowanie wrogości. W końcu będziemy przecież żyć w jednym kraju – prędzej czy później dojdzie do zjednoczenia Ukrainy. I trzeba przygotowywać obywateli do tej reintegracji, a nie do kolejnej wojny. Ludzie są przecież ważniejsi od terytoriów.

Zełeński zapomniał o wyborcach

Wołodymyr Zełeński został wybrany prezydentem zdecydowaną większością głosów, bo obiecywał ustanowienie pokoju na Donbasie, zerwanie z prześladowaniami opozycji i dzieleniem Ukraińców według kryteriów językowych oraz ideologicznych. Ludzie widzieli w nim alternatywę wobec Petra Poroszenki, którego uznawano za prezydenta wojny i ukraińskich nacjonalistów. Dziś Zełeński jest w tym samym miejscu, co wtedy Poroszenko; jego notowania spadły kilkukrotnie. Co się z nim stało? Dlaczego zmienił swoje poglądy o 180 stopni?

Myślę, że winę za wszystko ponosi otoczenie prezydenta, które odpowiada dziś za politykę wewnętrzną i zagraniczną kraju. Wielu ludzi zaufało Zełeńskiemu: widzieli w nim człowieka, który szczerze chciał skończyć z układami środowiskowymi w polityce, wyeliminować patologie systemu i zaprowadzić w kraju pokój. I wydaje mi się, że w kampanii wyborczej on był całkiem szczery. Jednak gdy już znalazł się u władzy, stał się częścią systemu, stanął na jego czele. Do tego proszę jeszcze dodać niesamodzielność Ukrainy, jej zależność od sił zewnętrznych.

Zełeńskiemu wkrótce wyjaśniono, że w niektóre obszary nie wolno mu ingerować, bo zarządzane są one nie z Kijowa, lecz z Waszyngtonu. A w wielu innych sprawach musiał konsultować się z określonymi doradcami zagranicznymi. Później pojawili się ludzie, którzy zaproponowali prezydentowi swoje usługi i faktycznie przejęli prerogatywy prezydenckie. To był taki swoisty outsourcing. Przeciętni ludzie to widzą, rozumieją, że Zełeński nie jest już bohaterem serialu, w którym grał główną rolę. A Zełeński niestety nagiął się do okoliczności, poddał się i uznał, że jego własny komfort ważniejszy jest od zasad. W ten sposób w świadomości obywateli przestała istnieć legenda człowieka, na którego głosowali w 2019 roku. Zresztą sam Zełeński zmienił swoje przekonania ideologiczne. Stał się zakładnikiem sondaży. Kampania wyborcza 2019 roku dla niego się nie skończyła. Nadal próbuje jednocześnie walczyć z Petrom Poroszenką i przypodobać się jego elektoratowi. Stąd wynika jego dążenie do przejmowania pewnych haseł, pokazania, że jest jeszcze bardziej patriotyczny i ukierunkowany na Zachód niż Poroszenko. Zełeński zupełnie zapomniał o interesach tych, którzy głosowali na niego w 2019 roku.

Polskie wpływy są minimalne

Jak ocenia pan wpływ Zachodu, w tym Polski, na sytuację na Ukrainie? Pozytywnie czy negatywnie? Mamy w Polsce kilka milionów ukraińskich imigrantów zarobkowych, z których większość nie chce wracać do domu. Co pan o tym sądzi?

Trudno jednoznacznie mówić o pozytywnym czy negatywnym wpływie Zachodu. Jedna sprawa to technologie czy zasady polityczne, analiza pozytywnych doświadczeń krajów zachodnich w różnych sferach. Warto przy tym wziąć pod uwagę, że Ukraina jest państwem wschodnioeuropejskim, słowiańskim, mającym swoją historię, kulturę, tradycję, specyfikę postrzegania świata i proste kopiowanie zachodnich doświadczeń jest tu niemożliwe.

Inną kwestią, w wypadku której oczywiście nie sposób mówić o jakichkolwiek pozytywach, są próby dokonania nowej kolonizacji Ukrainy, próby przejęcia nad nią kontroli, nad jej gospodarką i instytucjami politycznymi. Czy w 1991 roku Ukraina pragnęła niepodległości tylko po to, by po trzech dekadach zrezygnować ze swojej suwerenności, pozostawić wyłącznie zewnętrzne atrybuty państwowości – herb, flagę, hymn i miejsce w ONZ?

Mówiąc o odpływie siły roboczej, musimy przyznać, że to zjawisko trudne, lecz w dużym stopniu podyktowane obiektywnymi okolicznościami. To efekt polityki dezindustrializacji, wskutek której pojawił się ogromny nadmiar pracowników na rynku. Niech pan do tego doda jeszcze politykę deintelektualizacji – masowej emigracji z kraju uczonych, lekarzy, specjalistów z branży IT.

Co do polskiego wpływu na wydarzenia w Ukrainie, to jest on minimalny. Politycy mówią o możliwości utworzenia pewnych koalicji z udziałem Polski i Ukrainy; trójkąta lubelskiego czy zapowiedzianego przez minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii sojuszu Londynu, Warszawy i Kijowa. Są to jednak sojusze o bardzo niskim poziomie pozytywnego oddziaływania. Faktycznie na sytuację w Ukrainie wpływ mają wyłącznie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. To właśnie te kraje określają politykę Ukrainy, wpływają na decyzje kadrowe, przyjęcie ustaw, kontrolują nominacje sędziowskie i obsadę rad nadzorczych spółek państwowych. Nic dziwnego, że taki status półkolonii, prezentowany jako „partnerstwo strategiczne”, nie podoba się Ukraińcom, choć odpowiada władzom Ukrainy.

Wadim Nowiński na procesji z okazji 1033. rocznicy chrztu Rusi.
Polska Cerkiew nie uległa naciskom politycznym

Jest pan najhojniejszym sponsorem i jednym z najbardziej znanych świeckich działaczy Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego (UCP). Kilka lat temu, z inicjatywy Poroszenki i przy wsparciu patriarchy konstantynopolitańskiego Bartłomieja, utworzona została Prawosławna Cerkiew Ukrainy Patriarchatu Konstantynopolitańskiego (PCU). Jak wyglądają dziś wpływy obu tych Cerkwi? Czy wierni UCP przeszli do PCU, jak przewidywał Poroszenko? Jak ocenia pan stanowisko Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego w tej sprawie?

Nie jestem do końca świeckim działaczem, bo jestem protodiakonem Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. Jeśli chodzi o tzw. PCU, to trzeba mówić nie o utworzeniu Cerkwi, lecz o instytucji politycznej. Cerkiew została powołana przez Pana Boga dwa tysiące lat temu, a jej kanonicznym przedłużeniem na terytorium Ukrainy jest Ukraińska Cerkiew Prawosławna z Wielce Błogosławionym metropolitą Onufrym na czele. To, co powołali do życia ludzie – szczególnie Poroszenko i brnący w herezję patriarcha konstantynopolitański Bartłomiej – to nie żadna Cerkiew. To organizacja polityczna. Utworzenie „Prawosławnej Cerkwi Ukrainy” w 2018 roku wiązało się z ewidentnym łamaniem praw obywatelskich, presją ze strony władz na duchowieństwo i władyków.

Inicjatywa pochodziła ze Stanów Zjednoczonych. Kwestiami wolności wyznania zajmował się wówczas w amerykańskim Departamencie Stanu Sam Brownback, który postanowił wykorzystać patriarchę Bartłomieja i PCU jako narzędzia służące doprowadzeniu do rozłamu w łonie Prawosławiu. Miało to, według niego, wpłynąć na Rosję. Względami politycznymi kierował się również Bartłomiej, który chciał znacznie rozszerzyć terytoria pod swoją kontrolą. Pomysł ten aktywnie poparł Petro Poroszenko, który nie tylko podjął próbę stworzenia marionetkowej „cerkwi”, lecz wykorzystał fakt wydania tomosu w swojej kampanii wyborczej, chociaż według Konstytucji Ukrainy Cerkiew jest oddzielona od państwa.

Wadim Nowiński jest protodiakonem Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej.

O tym na ile naród poparł tą inicjatywę można przekonać się choćby pamiętając, jak Poroszenko przegrał wybory prezydenckie. To była odpowiedź milczącej większości obywateli na eksperymenty polityczne w sferze religii. PCU nie zyskała w oczach większości obywateli oczekiwanego uznania swojej kanoniczności i prawomocności. Pozostaje „cerkwią” polityczną. Jeśli zaś wziąć pod uwagę takie wskaźniki, jak liczba parafii, monastyrów i mnichów, to UCP ma wielokrotnie więcej wiernych od sztucznie powołanej PCU. Jesteśmy wdzięczni zwierzchnikowi Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Wielce Błogosławionemu metropolicie Sawie i polskiemu Synodowi za to, że polska Cerkiew nie uległa naciskom politycznym, by uznać tą sztucznie powołaną „cerkiew”  i występuje w obronie kanonicznego ustroju Cerkwi.

Bezprawne sankcje i inne represje

Przejdźmy do nieco innej kwestii. Trochę trudno nam zrozumieć, jak to się dzieje, że ukraińska Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) nakłada sankcje przeciwko obywatelom Ukrainy. Czy mógłby pan powiedzieć skąd wzięła się ta procedura? Czy istnieje ryzyko, że takie sankcje wprowadzone zostaną i przeciwko panu?

Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy jest w myśl Konstytucji organem doradczym przy prezydencie i z pewnością nie dysponuje prerogatywami represyjno-karnymi. Zakres jej kompetencji jest wyraźnie określony w przepisach prawa i nie ma on żadnych podstaw, by mogła ona zastępować sądy. Zgodnie z prawem, sankcjami można obejmować obywateli ukraińskich wyłącznie w jednym przypadku: jeśli postępowanie sądowe dowiodło, że wspierają oni terroryzm.

Tymczasem od lutego 2021 roku władze ukraińskie aktywnie korzystają z RBNiO w celu szybkiego i bezprawnego, pomijającego drogę sądową, podejmowania rozstrzygnięć przeciwko niewygodnym z ich punktu widzenia politykom i ludziom biznesu. Jak się okazuje, na mocy decyzji RBNiO można zamykać stacje telewizyjne. Można też dokonać zajęcia majątku i sparaliżować działalność biznesową. Mamy zatem do czynienia z ewidentnym bezprawiem. Czy mogą i mnie objąć sankcjami? Teoretycznie mogą nimi objąć każdego obywatela Ukrainy, który nie spodoba się władzom, choć każda tego rodzaju decyzja będzie sprzeczna z prawem ukraińskim. Byłoby to ewidentnym działaniem politycznym, pozbawionym jakichkolwiek cech legalności.

A jak ocenia pan fakt, że lider największej partii opozycyjnej, Platformy Opozycyjnej Za Życie, Wiktor Miedwiedczuk od wielu miesięcy znajduje się w areszcie domowym? Czy w takich warunkach w ogóle możliwa jest działalność politycznej opozycji?

Z całą pewnością nie zaliczam się do zwolenników politycznych i sympatyków Wiktora Miedwiedczuka. Mamy odmienne spojrzenie na szereg kwestii. Nie przeceniałbym też realnych wpływów Miedwiedczuka i jego ugrupowania w społeczeństwie ukraińskim. Jeśli jednak chodzi o Miedwiedczuka jako obywatela Ukrainy – mającego swoje poglądy, zasady, przekonania, ale też swoje prawa obywatelskie – to uważam, że wszczynanie sprawy karnej w związku z jego stanowiskiem politycznym i kontaktami z prezydentem sąsiedniego kraju jest niedopuszczalne i bezprawne. Postępowanie przeciwko niemu wszczęto już prawie rok temu, a jego efektów nie widać. Przetrzymywany jest w areszcie domowym. Oskarżenia władz pod jego adresem są bardzo poważne. Sprawa jest motywowana politycznie. Poza tym, w Ukrainie nadal obowiązuje zasada domniemania niewinności, a w tym przypadku ewidentnie się ją narusza.

Ukraiński IPN – Instytut im. Alzheimera

Przejdźmy do kwestii historycznych. Jaki jest pana stosunek do tzw. polityki historycznej władz ukraińskich i Instytutu Pamięci Narodowej?

W Ukrainie Instytut Pamięci Narodowej żartobliwie nazywany jest Instytutem im. Alzheimera. I to jest chyba najwłaściwsze określenie tej polityki historycznej, którą prowadzą ukraińskie władze oraz instytut, który przekształcił się w nieoficjalne „ministerstwo deformowania historii”. Właściwie realizowane jest określone zadanie: zrobić wszystko, żeby wymyśleć dla Ukrainy nową historię, w której nie mamy wspólnych granic łączących nas z Rosją, nie ma wielkiego czynu w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Zamiast na zwycięstwa Armii Czerwonej, kładzie się akcent na działalności OUN i UPA.

Instytut zajmuje się niemal wszystkim – niszczeniem pomników, zmianą nazw ulic i miejscowości. Ale nie zajmuje się pamięcią historyczną. A dokładniej – zajmuje się deformowaniem pamięci narodowej. Pamięta pan, że w Polsce był taki dowcip na ten temat: „Wojsko Polskie Berlin brało, a radzieckie – pomagało!”. Polska dawno już porzuciła podobne praktyki. Tymczasem nie zdziwiłbym się, jeśli pod wpływem Instytutu Pamięci Narodowej niedługo uczyć będą w ukraińskich szkołach, że wiosną 1945 roku Berlin zdobywała UPA. Działacz partii bolszewickiej, członek akademii nauk Michaił Pokrowski wypowiedział w latach 1920. zdanie, że „Historia to polityka, tylko zwrócona w przeszłość”. Instytut Pamięci Narodowej, walcząc z bolszewizmem, działa według bolszewickiej zasady – usiłuje podporządkować przeszłość Ukrainy bieżącej polityce.

W gospodarczej mydlanej bańce

Pomówmy o sprawach gospodarczych. Jest pan doświadczonym przedsiębiorcą. Jak ocenia pan perspektywy rozwoju ukraińskiej gospodarki? W Polsce pojawiają się opinie o ukraińskim cudzie gospodarczym, oparte na oficjalnych danych statystycznych…

„Ukraiński cud” opiera się na dwóch czynnikach: wzroście cen surowców energetycznych oraz korzystnej koniunkturze na światowych rynkach zboża, rudy żelaza i stali. Jest to jednak wzrost punktowy, chwilowy; skok w górę, który wkrótce się skończy i powrócimy do poprzedniego poziomu wzrostu PKB. Tym bardziej, że mamy ręce i nogi związane memorandum z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, podpisanym przez Natalię Jaresko. To obywatelka Stanów Zjednoczonych, która była u nas ministrem finansów i po tym, jak popracowała jakiś czas w Ukrainie, weszła w skład rządu Portoryko. Zgodnie z tym memorandum, wzrost PKB automatycznie wiąże się ze wzrostem kwoty rat spłaty kredytu MFW. Czyli sam wzrost wskaźników makroekonomicznych nie wpływa na poprawę sytuacji społecznej obywateli. W rzeczywistości mamy do czynienia nie z cudem gospodarczym, lecz z gospodarczą bańką mydlaną.

Wadim Nowiński w zakładzie Metinwest.

A w jaki sposób wejście w życie Umowy o pogłębionej i wszechstronnej strefie wolnego handlu pomiędzy Ukrainą a Unią Europejską wpłynęło na gospodarkę ukraińską?

Dokument ten całkowicie otworzył dostęp dla towarów i usług europejskich na rynek ukraiński, ale jednocześnie pozostawił jedynie wąskie gardło dla producentów ukraińskich. Nie jest tajemnicą, że większość kwot przyznanych ukraińskim producentom rolnym wyczerpywała się już na początku lub do końca stycznia każdego roku. Czyli ustępstwa dla ukraińskich producentów były minimalne.

Winę za to ponoszą ci politycy, którzy śpieszyli się z podpisaniem umowy za wszelką cenę, biorąc pod uwagę tylko kwestie polityczne, a nie ryzyka gospodarcze. Nieprzypadkowo przed wileńskim szczytem Ukraina – UE w 2013 roku grupa ekonomistów przygotowała raport, z którego wynikało, że umowa stowarzyszeniowa doprowadzi Ukrainę do strat rzędu 160 mld dolarów. W zasadzie niewiele się pomylili.

Ukraina nie otrzymała żadnych poważnych preferencji dzięki stowarzyszeniu. A, jak pan pamięta, to właśnie próba przeniesienia podpisania umowy – nie odmowa jej podpisania, lecz właśnie przesunięcia jego daty w taki sposób, by dokument mógł zostać podpisany wiosną 2014 roku, po konsultacjach trójstronnych Ukrainy z UE i Rosją – doprowadziła do Majdanu i kolejnych wydarzeń związanych z przejęciem władzy, przewrotem, ucieczką Wiktora Janukowycza itd. Tymczasem dokument ten zawierał drakońskie warunki, a jeszcze bardziej drakońska okazała się sytuacja ekonomiczna Ukrainy po 2014 roku. Teraz pojawiła się możliwość negocjacji w sprawie zmiany części gospodarczej umowy i mam nadzieję, że Ukraina poważnie podejdzie do tych rozmów, poprze swoje stanowisko maksymalnie dużą liczbą argumentów, realizując interesy swoich własnych przedsiębiorców.

Od wielkich inwestycji do zbiorów truskawek

Pamiętamy kilku poważnych ukraińskich inwestorów aktywnych gospodarczo w Polsce. Czy ukraińskie kręgi biznesowe nadal zainteresowane są tym kierunkiem?

– Stosunki polsko-ukraińskie to nie tylko gospodarka. Przyjazna atmosfera w naszych relacjach powstała jeszcze za czasów prezydenta Leonida Kuczmy i Aleksandra Kwaśniewskiego. Mieliśmy współpracę kulturalną na wysokim poziomie, historycy uczestniczyli w konferencjach, na których wypracowywali wspólne stanowiska w trudnych sprawach związanych z naszą wspólną przeszłością.

Kiedyś Ukraina wraz z Polską stanowiła jeden korytarz tranzytowy między Europą Zachodnią a krajami dawnego Związku Radzieckiego. Wzajemne zainteresowanie inwestycjami – Ukraińcy inwestowali w polski przemysł, a Polacy w Ukrainie – trwało dopóki istniał wspólny interes dotyczący rozwoju możliwości tranzytowych tego korytarza. Korytarz przestał funkcjonować w 2014 roku. Na Ukrainie doszli wtedy do władzy prawicowi populiści, a rok później tacy sami prawicowi populiści doszli do władzy w Polsce. Dla prawicowego populizmu typowe jest zajmowanie się nie gospodarką, lecz raczej pamięcią historyczną. Poszukują oni legitymizacji swoich obecnych działań w przeszłości.

W efekcie dziś bardziej spieramy się o to, kto miał rację, a kto jej nie miał w czasach pacyfikacji czy „rzezi wołyńskiej”, a praktycznie nie zastanawiamy się nad tym, jak podnieść relacje gospodarcze między naszymi krajami na nowy poziom, jak poprawić klimat inwestycyjny obu stron. I mamy rezultat: 15-20 lat temu stosunki ukraińsko-polskie wiązały się z wielkimi, wspólnymi projektami infrastrukturalnymi, napływem poważnych inwestycji do polskiego sektora metalurgicznego, a dziś sprowadzają się do fali imigrantów zarobkowych jadących do Polski, żeby pracować przy zbiorach truskawek albo w fabrykach mebli. Tylko w ubiegłym roku przelali oni do Ukrainy 4,3 mld dolarów i ta kwota świadczy o prawdziwej liczbie Ukraińców pracujących w Polsce.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Wadim Nowiński (ur. 1963 w Starej Russie) – ukraiński polityk (od 2013 roku deputowany Rady Najwyższej, obecnie zasiada w Komisji Praw Człowieka, Deokupacji i Reintegracji), przedsiębiorca (większościowy udziałowiec holdingu Smart-Group, jeden z najbardziej znaczących biznesmenów w branży hutniczej i wydobywczej). Działacz społeczny i mecenas inicjatyw cerkiewnych, protodiakon Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej.

Redakcja