Ziemie zachodnieNasze miejsce nad Odrą

Redakcja2 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Należy przyznać, że Dolny Śląsk – podobnie jak kilka jeszcze regionów naszego kraju ma szczęście do ofiarnych i pomysłowych regionalistów, czyli bezinteresownych, ale skutecznych piewców swoich „Małych Ojczyzn”.

Nawet niektóre mniejsze miasta dolnośląskie mogą poszczycić się zaangażowanymi i utalentowanymi różnorodnie działaczami, stowarzyszeniami regionalnymi i wydawnictwami, rozsławiającymi  ich miejscowość w wymiarze historycznym i współczesnym.

Małe Towarzystwo Miłośników Ziemi Złotoryjskiej (prezes Kazimiera Tuchowska) współpracujące z tamtejszym Towarzystwem Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich (prezes Danuta Sosa) wspomagane przez Burmistrza Miasta o kresowym rodowodzie – Roberta Pawłowskiego i otaczane życzliwością znanych w tamtejszym środowisku ludowców: Zbigniewa Skowrona, Stanisława Grzyba, a także byłego Starosty Powiatu Ryszarda Raszkiewicza – wydaje znakomite merytorycznie i edytorsko czasopismo „Echo Złotoryi”, którym mogłaby się poszczycić nawet Warszawa lub jej instytucje i organizacje.

W nadodrzańskim Głogowie działa (obecnie: pod kierownictwem Zbigniewa Mazurka członka Rady Krajowej Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych RP) Towarzystwo Ziemi Głogowskiej, którego poprzedni prezes Rafael Rokaszewicz został prezydentem miasta, przysparzając mu splendoru, a co najważniejsze mądrego rządzenia, co przekłada się na pomyślność mieszkańców Głogowa i satysfakcję z prestiżowego miejsca zamieszkania. Prezydent Głogowa Rafael Rokaszewicz jako urodzony regionalista, zdolny organizator, umie twórczo zadbać o pamięć o chlubnej, a także tragicznej przeszłości tego piastowskiego grodu, ale przede wszystkim troszczy się o rozwój infrastruktury miasta, godne warunki życia w nim (rozwój kultury i turystyki) oraz bezpieczeństwo mieszkańców. Regionalizm w Głogowie – w tym oprócz Towarzystwa Ziemi Głogowskiej – jego kresowy segment („Głogowska Edukacja Kresowa” inspirowana przez niestrudzonego Jerzego Akielaszka) ma  sprzyjający mu klimat społeczny i instytucjonalny. Nie zapomnę z jaką dumą prezentowały mi specjalny wydzielony oraz bardzo bogaty i atrakcyjny dział prasy i wydawnictw regionalistycznych panie dyrektorki głogowskich bibliotek: Izabela Owczarek – Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Galla Anonima i Urszula Zięba – Dyrektor Biblioteki Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w tym mieście.

Towarzystwo Miłośników Legnicy „Pro-Legnica”, któremu prezesuje Antonina Trawnik, ma ogromne zasługi m. in.  w wyciąganiu z mroków niepamięci ludzi, którzy w pierwszych powojennych latach kształtowali rzeczywistość miasta, nie zapominając o współczesnych, nietuzinkowych mieszkańcach, czemu służy piękna inicjatywa „Legniczanie znani i cenieni”, mająca swoją edycję spotkaniową i wydawniczą.

Na regionalizm „przeprofilował się” też niezwykle aktywny i zaskakujący nowymi pomysłami oddział PTTK w Prochowicach, kierowany przez prof. Mieczysława Balowskiego. Alicja Sielicka – Burmistrz tego urokliwego miasteczka, znanego m. in. z historycznego XIII wiecznego Zamku Piastowskiego, którego obecnym właścicielem jest znany i ofiarny Wielkopolanin Adam Wawrzyniak, twierdzi, że ten lokalny oddział szanowanej i znanej organizacji turystycznej może być zapładniającym przykładem społecznej aktywności, skutecznie promującym w skali województwa i kraju Prochowice jako „Małą Ojczyznę” mieszkańców o różnych korzeniach. Z autopsji wiem, że życie w takich „Małych Ojczyznach” jak Prochowice (nota bene – tamtejszej Bibliotece Publicznej, jako drugiej w kraju nadano imię Zygmunta Jana Rumla) przygotowuje do życia w ojczyznach wielkich. Dla dwóch braci regionalistów, którzy z bardzo dobrym skutkiem dla szlachetnej idei społecznej aktywności przeistoczyli się w samorządowców „małą Ojczyzną” jest Nowa Wieś Legnicka. Mam tu na względzie Henryka Babuśkę, byłego Wójta Gminy Legnickie Pole oraz Adama Babuśkę obecnego Starostę Legnickiego, którzy przed laty założyli wraz z innymi mieszkańcami swojej wioski „Stowarzyszenie Nowa Wieś Legnicka”.

W twórczym klimacie tej gminy, który współtworzył i nadal to czyni inny znany i ceniony w regionie samorządowiec, obecny Przewodniczący Rady Powiatu Aleksander Kostuń, rodzą się wspaniałe, oryginalne inicjatywy godne polecenia różnym towarzystwom i stowarzyszeniom. Doskonałym przykładem może być w tym kontekście utworzenie „Skweru Narodów”, do obejrzenia którego od dawna zachęcała mnie Janina Mazur – Wicestarosta Powiatu Legnickiego oraz promotorka i strażniczka pamięci kresowej w społeczności Ziemi Legnickiej.

Otóż na tym wspomnianym wyżej „Skwerze Narodów” zainstalowano płyty upamiętniające właśnie Kresowian, Sybiraków, Bohaterów wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku, Pionierów Osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych, a nawet niemieckich mieszkańców tej wioski poległych w czasie I Wojny Światowej, zaś w czasie pokoju budujących stojący po sąsiedzku zabytkowy kościółek i uprawiających okoliczne pola, którymi obecnie gospodarzami są potomkowie wypędzonych z Ziemi Lwowskiej, Wołyńskiej, Podolskiej, Wileńskiej i Grodzieńskiej. Takie na Ziemi Legnickiej są odcienie i składniki pamięci historycznej oraz materialnego i duchownego dziedzictwa kulturalnego.

Bywa i tak, że regionaliści dolnośląscy swoja troską obejmują nie tylko zabytki miejscowe, ale angażują się też w ratowanie dziedzictwa kulturowego Polaków, pozostawionego na Kresach Wschodnich. Dobitnym przykładem takiej szlachetnej misji społecznikowskiej jest działalność „Stowarzyszenia Rewaloryzacji i Konserwacji Zabytków Architektury Miasta Świdnicy”  kierowanego przez oddanych sercem i umysłem tej sprawie wyjątkowych ludzi o kresowych korzeniach (a jakże!) Jarosława Kurzawę byłego przewodniczącego Sejmiku Województwa Dolnośląskiego i Posła na Sejm RP oraz Tadeusza Słobodziana – człowieka wielu profesji i talentów, kochającego wszystko co piękne i wzniosłe. To właśnie z inicjatywy Tadeusza Słobodziana, który zawsze z podziwem i uznaniem odnosił się do życiowych dokonań Metropolity Lwowskiego ks. Arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego wydane zostały przepiękne albumy poświęcone lwowskim Katedrom: Rzymsko-Katolickiej zwaną „Łacińską” oraz Ormiańskiej. Oczywiście podobnej klasy album wcześniej wydany dotyczył Katedry Świdnickiej. Dodam, że albumy firmowane przez świdnickie stowarzyszenie są przykładem wydawnictw trafiających na najwyższą półkę w każdym księgozbiorze, legitymując się wysokim poziomem merytoryczno-naukowym i imponującą jakością edytorską.

Świdnica

Na Ziemi Jeleniogórskiej czołówkę regionalistyczną stanowi ekonomistka Danuta Kołodziej i prawnik Marek Nałęcz-Socha. Oboje wchodzą w skład władz krajowych Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych RP, gdzie wspierają swoją fachowością Bożenę Konikowską aktualną liderkę regionalistów polskich, której głębokie zaangażowanie w ruch „Małych Ojczyzn” jest spoiwem ludzi, organizacji i inicjatyw przejawiających się w różnych zakątkach naszego kraju.

Wyjątkowymi postaciami bolesławieckiego środowiska regionalistycznego są: liderka tamtejszych Kresowian Barbara Smoleńska, inicjująca współpracę Bolesławca z miastami na Ukrainie, głównie ze Zbarażem , co owocuje renowacją cmentarzy polskich oraz Zdzisław Mirecki, emerytowany oficer policji, posiadający jedną z największych na świecie kolekcji wizytówek odnotowaną w księdze Guinnessa.

Przypomnę też, że to środowisko regionalistów dolnośląskich dało Polsce Anatola Jana Omelaniuka – człowieka, który w okresie przełomu i transformacji, stając na czele ruchu regionalistycznego doprowadził do renesansu tej szlachetnej idei oraz do budowy jego struktur organizacyjnych.

Obecnie na czele regionalistów dolnośląskich stoi prof. Stefan Bednarek, ważna postać wrocławskiego środowiska humanistycznego, autor licznych prac naukowych i publicystycznych. Kierowana przez prof. Stefana Bednarka organizacja, będąca swoistą federacją stowarzyszeń, towarzystw i klubów (w jej skład wchodzi m.in. Stowarzyszenie Kulturalne „Krajobrazy” w Legnicy) nosi nazwę Dolnośląskiego Towarzystwa Regionalnego i jest pod jego przewodnictwem marką ze znakiem najwyższej próby  jakości społecznego zaangażowania i naukowej kompetencji.

Takie właśnie kryteria spełnia wydany niedawno kolejny – już dwudziesty trzeci – tom cenionego w środowiskach regionalistów – ale nie tylko – wydawnictwa pod tytułem „Dolny Śląsk” z podtytułem „Odra rzeka i ludzie”.

Odra – słowo dla wielu z nas Dolnoślązaków magiczne, liryczne i nostalgiczne. Pamiętam z dzieciństwa w mojej rodzinnej wsi Rogów Legnicki, której mieszkańcy wywodzą się głównie z Kresów Wschodnich (np. Barowiczowie, Muchowie, Bagińscy, Gorajowie, Szydłowscy, Michalczewscy, Samborscy), z Ziemi Świętokrzyskiej (np. Plutowie, Lesicowie)  i z „Operacji Wisła” (np. Odomirokowie, Chruszczowie, Ropiccy) że Odra była pewnym punktem odniesienia w znaczeniu geograficznym i w jakimś stopniu także historycznym.

W pierwszych powojennych latach, kiedy ciążenie ku „tamtej”, czyli prawej stronie Odry było większe niż obecnie, mówiło się: „pojechał za Odrę”, w kościele był „za Odrą”, „szpital jest za Odrą” i wszyscy wiedzieli o jaką miejscowość chodzi, chociaż nazwa „Lubiąż” do powszechnego obiegu weszła znacznie później. Wydaje mi się, że nazwa „Lubiąż” upowszechniła się wraz ze wzrastającą wiedzą ogólną o słynnym klasztorze i opactwie Cystersów w tej miejscowości. Określenie „nad Odrą” dotyczyło też miejsc związanych z zajęciami gospodarczymi: „robienie” siana „nad Odrą”, wyrąb lasu „nad Odrą”, wypas bydła na łące tuż przy przeprawie promowej, zwiedzanie poniemieckich bunkrów czy nawet romantyczne schadzki przy dębie, na polanie, w lesie tuż przy ujściu Cichej Wody do Odry – wszystko to w potocznej rozmowie lokowało się „nad Odrą”.

Odra i wszystko co było „za Odrą” dla mieszkańców mojej wioski Rogów (obecnie z dodatkiem Legnicki) miało posmak tajemniczości (przy dobrej, słonecznej pogodzie widać było dachy i wieże monumentalnego klasztoru, z którym wiązano już powojenne opowieści o tragicznych przygodach rosyjskich żołnierzy tam stacjonujących), grozy (jeden z mieszkańców Rogowa utonął w jej nurtach) i wojennego nieszczęścia (po obu stronach rzeki zwisły resztki konstrukcji mostu kolejowego wysadzonego przez wycofujących się Niemców oraz martwa linia kolejowa, której opuszczony budynek stacyjny, jeszcze z niemieckim napisem Rogau odstręczał swoim smutkiem i postępującą dewastacją).

Miała też Odra symboliczne znaczenie rekreacyjne dla mieszkańców mojej wioski – zwłaszcza dla młodych, którzy w niedzielne popołudnie rowerami udawali się „nad Odrę” lub na przeprawę promową. Gdy chętnych było mało, a nie mieli ze sobą rowerów lub innych ciężkich przedmiotów, wówczas można było przeprawić się przez Odrę łódką, po uprzednim bardzo głośnym przywołaniu przewoźnika, którego dom stał tuż przy rzece po tamtej lubiąskiej stronie.

W latach mojej szkolnej młodości, na znanym mi odcinku Odry (od Malczyc do Ścinawy) widziało się pływające statki z pasażerami, często z wielkimi głośnikami, z których rozbrzmiewała skoczna muzyka lub program radiowy. Jeden z takich epizodów zmącił mi na chwilę dobre relacje z moim ojcem Stanisławem, rolnikiem „przeszczepionym” z lwowskich Gańczar właśnie do Rogowa, położonego zaledwie 1,5 km w linii prostej od Lubiąża i jego słynnego klasztoru.

Otóż 15 lipca 1960 roku jechaliśmy z tatą wozem drabiniastym na jedną z nadodrzańskich łąk, skąd mieliśmy zabrać wysuszone, przygotowane wcześniej przez Rodziców siano. Był piękny słoneczny dzień i ja oczywiście nie byłem zachwycony obowiązkiem pomocy przy zwózce siana, co w chłopskich rodzinach było normalne i pożądane. Podążaliśmy brzegiem Odry, a po niej płynął statek z wycieczką, zaś radio nadawało transmisję z uroczystości na polach Grunwaldu. Wtedy, jako nieco rozżalony kilkunastolatek powiedziałem do Taty: „Widzisz moi rówieśnicy są na wakacyjnym obozie pod Grunwaldem, a ja muszę pracować przy sianie”. Na co spokojnie mój Tato powiedział mi: „Synu jeszcze będziesz miał w życiu wiele okazji, by w takich uroczystościach uczestniczyć. Wszystko przed tobą. Ważne, że te wakacje rozpocząłeś z dobrym świadectwem szkolnym”. Gdy teraz z perspektywy lat i z analizy moich życiowych doświadczeń przypominam sobie tę sytuację, to przyznaję, że mój Tato dobrze przewidział moją przyszłość i trafnie ocenił dobroczynne skutki połączenia dobrej nauki i pożytecznej pracy.

A w tle była Odra, której autorzy w swoich tekstach zamieszczonych w omawianym tomie  „Dolnego Śląska” poświęcili wiele uwagi, wiedzy, a nawet uczucia. Trudno byłoby w tym omówieniu przywołać wszystkich autorów, ale spróbuję zaprezentować najciekawsze, moim skromnym zdaniem, tezy wiodących materiałów, tworzących zawartość tego tomu. Zacznę więc od struktury tej nader interesującej książki, która jest niewątpliwie sukcesem prof. Stefana Bednarka i kierowanego przez niego Dolnośląskiego Towarzystwa Regionalnego.

Już sam pomysł, by cały niemal tom poświęcić Odrze zasługuje na duże uznanie i pochwałę, gdyż mimo, że Odrę nazywa się „wicekrólową rzek polskich” to wiedza o niej w Polsce jest znikoma, a nawet na Dolnym Śląsku nie jest ona zbyt imponująca. Z tego punktu widzenia XXIII Tom „Dolnego Śląska” jest książką unikalną, bardzo pożyteczną i bardzo pożądaną jeśli chcemy, by wiedza regionalistyczno-historyczna była ważnym czynnikiem kształtowania świadomości lokalnej, jako składnika tożsamości narodowej.

Już tytuły poszczególnych rozdziałów są sugestywną zachętą do podjęcia lektury. Oto one: „Odra. Natura – Historia – Społeczeństwo”, „Odra poetów malarzy i muzyków”, „Spotkajmy się nad Odrą”, „Są takie miejsca” i „Regionalizm”.  We wstępie profesor S. Bednarek wyjaśnia, iż autorom chodzi o próbę oceny na ile Odra obecna jest w naszej świadomości i pamięci oraz jaki jest jej udział w kształtowaniu tożsamości Dolnoślązaków, wszak cały ten region leży w dorzeczu Odry.

W bardzo ciekawym artykule „Rozważania nad Odrą” jego autor Robert Różycki wyznaje, iż urodził się nad Odrą, ale nie jest to jego rzeka, bo na jego tożsamość wpłynęła rzeka Świrz na Tarnopolszczyźnie, skąd pochodzili jego dziadkowie. Oto jaka jest siła sprawcza pierwiastka kresowego w osobowościach Dolnoślązaków. Niemniej jednak autor tego artykułu wykazał się głębokim znawstwem problematyki i umiejętnością analizy dostępnych mu materiałów i źródeł literacko – historycznych. Z albumu „Odra” wydanego przez Interpress w Warszawie w 1977 roku autor przytacza bardzo interesujące fragmenty: „Historia zatoczyła wielki krąg. Polska jest znów jak ongiś nad Odrą. Współczesny zarys granic można by wziąć za kopię sprzed dziesięciu wieków, gdy państwo polskie dopiero wyłaniało się z historycznego niebytu”.

Album ten wydany został też w języku niemieckim, dlatego też Robert Różycki niezwykle trafnie i interesująco zinterpretował powyższy fragment wstępu: „Enerdowski czytelnik miał po pierwsze nieomylnie dowiedzieć się, że granica na Odrze i Nysie jest niepodważalna. Tym bardziej – i to było drugie przesłanie – że Odra już od tysiąca lat wyznaczała granice z Niemcami. Wreszcie trzecie przesłanie było skierowane do własnego narodu: „Nie trapcie się z powodu utraty polskich ziem wschodnich przypadłych Związkowi Radzieckiemu. To jest nowa Ojczyzna, która była już Ojczyzną waszych przodków”. Autor tego artykułu trafnie zauważa, że graniczny charakter Odry obecny jest nie tylko w publicystyce, ale pojawia się też w liryce. Np. Henryk Bereska napisał przed laty: „Dalej na wschód krwawiąca rzeka – /Odra – dwa narody dzieląca/ przez środek czujnie strzeżona/ linia podziału”.

Z innych ciekawych tez warto zacytować XVI-wieczną opinię Bartłomieja Stenusa z Brzegu, który ustalił, że Odra dzieli Śląsk na dwie części: prawą zamieszkałą przez ludność słowiańską (polską i czeską) oraz lewą germańską. Uznać więc należy, że Odra funkcjonowała w dawnych wiekach jako granica językowa. Robert Różycki nazywa więc Odrę rzeką graniczną, gdzie spotykały się języki. Zauważa też, że w wielu polskich relacjach w różnych okresach historycznych Odra postrzegana była jako rzeka wyznaczająca granicę etniczne, kulturowe i religijne. A próbując wyjaśnić przyczyny wypierania języka polskiego z Wrocławia i okolic autor sięga po relację Juliana Ursyna Niemcewicza z roku 1821: „Wrocław, równie jak cała część Śląska po lewej stronie Odry, zniemczał od dawna. Początkiem tego zniemczenia było wpadnięcie Tatarów do Śląska w roku 1226 i wycięcie w nim dawnych polskich mieszkańców. Panujący książęta (Piastowscy – przyp. autora), by spustoszony kraj zaludnić, sprowadzić musieli z oszczędzonych przez miecz pogańskich Niemiec znaczne kupy osadników. Ci krzewiąc się prędko, wkrótce słowiańską krainę przemienili w niemiecką”.

W XXIII tomie znajdziemy również ciekawe określenia Odry zarówno niemieckie  jak też i polskie: „Odra tętnicą śląskiego życia”, „Odra życiodajna babunia”, „Rzeka Odra szlachetna wieśniaczka”. Na szczególną uwagę w omawianym XXIII Tomie „Dolnego Śląska” zasługuje „Krótki przewodnik po Odrze” autorstwa Ryszarda Sławczyńskiego, którego znałem do tej pory jako wybitnego animatora kultury, artystę, fotografika i znawcę Kresów Wschodnich. Okazuje się, że Ryszard Sławczyński to człowiek wielu talentów i wielkiego serca, do którego przytula uczestników wydarzeń kulturalnych jakie organizuje w kierowanym przez siebie wrocławskim „Klubie Literatury i Muzyki”. Ostatnimi czasy twórczo współpracuje z bardzo uzdolnionymi artystami polskiego pochodzenia z Białorusi: Mariną Towarnicką, nadzieją Brońską (piosenkarki) i Witalijem Alieszkiewiczem (kompozytor, muzyk).  Do tego „odkrywam” Ryszarda Sławczyńskiego jako znawcę problematyki Odry w różnych jej aspektach. Jeśli to On jest autorem tytułu dla Odry jako „wicekrólowej polskich rzek” to moje uznanie dla Niego się potęguje. Zaprezentowany przewodnik po Odrze jest nasycony wieloma danymi dotyczącymi żeglugi po Odrze sprzed wielu laty i współcześnie.

Udając się z tym przewodnikiem po Odrze, dzięki plastycznym i barwnym opisom przepływamy obok ciekawych miejsc, zabytków, fortyfikacji, chłonąc  urokliwe nadodrzańskie pejzaże. Cieszę się, że w tym przewodniku znalazł się fragment dotyczący Malczyc i Stoczniowej Izby Muzealnej, która jest obiektem uzasadnionej dumy tamtejszych regionalistów (Adam Haładus, Czesław Dudziński, Ryszard Skuła i nowowybranego Wójta Gminy Malczyce Andrzeja Niemca. Warto nadmienić, że bardzo aktywne i ambitne Stowarzyszenie Sympatyków Malczyc i okolic obchodzi w tych dniach jubileusz XX-lecia powstania organizacji).

Takiego krótkiego „wstąpienia po drodze” brakuje mi jedynie w odniesieniu do Klasztoru i Opactwa Cystersów w Lubiążu, gdzie z „pierwszej ręki”, a raczej z “pierwszych ust” znakomitych i kochających ten unikalny obiekt przewodników (Magdalena Moskal, Zdzisław Ozimek, Wacław Bobariko i Jadwiga Szymańska) można się dowiedzieć o walorach artystyczno-historycznych tej imponującej budowli barokowej. Na skuteczną pomoc w poznawaniu Lubiąża i jego historii można też liczyć ze strony Macieja Nejmana – Prezesa Stowarzyszenia Lubiąż, byłego Starosty Powiatu Wołowskiego. Po uczcie duchowej, jaką niewątpliwie jest bezpośredni kontakt z prawdziwą perłą baroku śląskiego, ciało pokrzepić warto w stylowej „Karczmie Cysterskiej”, której właścicielka Mirosława Kowal oczekuje gości z misą kresowych pierogów, a ich smak zadowoli najbardziej wymagające podniebienia.

Bliska memu sercu jest obszerna informacja w „Krótkim przewodniku po Odrze” o sytuacji prawnej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej oraz o Cmentarzu Żołnierzy I Armii Wojska Polskiego w Siekierkach, o Sanktuarium Matki Boskiej Nadodrzańskiej i o Muzeum Pamiątek I Armii Wojska Polskiego, znajdującym się obok cmentarza.

Omawiany Tom „Dolnego Śląska” zawiera mnóstwo różnych danych, opinii i przemyśleń dotyczących Odry w wymiarze historycznym i współczesnym – zwłaszcza w kontekście jej funkcji gospodarczych, komunikacyjnych, kulturalnych (rekreacja, motywy dla twórców sztuki), a nawet historyczno – politycznych (vide artykuł: |Odra w krajowej myśli zachodniej w pierwszych latach po II wojnie światowej”). To właśnie w intelektualnym kręgu Instytutu Zachodniego sformułowano kilka tez odnoszących się do rzeki Odry. Oto niektóre z nich:

– Odra jest naturalną i bezpieczną barierą oddzielającą żywioł polski od niemieckiego; – Zainteresowanie Odrą i Ziemiami Odzyskanymi podyktowane było ponadideologiczną polską racją stanu; – Satysfakcjonujący jest fakt, iż Odra i jej dorzecze w całości należy do Polski; – Granica na Odrze i Nysie Łużyckiej  jest naturalną granicą nie tylko w sensie etnicznym i kulturowym, ale także przyrodniczym; – Wcześni Piastowie panowali nad obu brzegami Odry na znacznej przestrzeni; – Posiadanie Odry to posiadanie Śląska, najbogatszej z Ziem Odzyskanych tym bardziej bezpieczne, gdy zostanie połączone z polską kontrolą lewego brzegu rzeki.

Nie sposób w tym omówieniu przywołać wszystkie powody, dla których XXIII tom „Dolnego Śląska” godny jest polecenia regionalistom i historykom nie tylko w naszym regionie, ale i w skali całego kraju. Wszystkim czytelnikom życzę przyjemnej i pożytecznej lektury!

dr Tadeusz Samborski

Prezes Stowarzyszenia Kulturalnego „Krajobrazy”  w Legnicy

Fot. Wikipedia Commons

Myśl Polska, nr 41-42 (10-17.10.2021)

Redakcja