ŚwiatCo po Merkel?

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Prawie cała generacja Niemców widziała w fotelu kanclerza tylko jedną osobę. 16 lat rządów Angeli Merkel to rekordowo długi okres sprawowania władzy przez jednego polityka w powojennej historii Niemiec. Ta epoka jednak się kończy.

Choć Merkel była tak długo u władzy, prawdopodobnie w Niemczech zapamiętana zostanie przede wszystkim ze swojej polityki otwartych granic w czasie kryzysu migracyjnego w 2015 roku. Od tego czasu jej poparcie znacznie spadło, szczególnie w Niemczech Wschodnich, w których masową imigrację postrzega się jako czynnik dezintegrujący społeczeństwo niemieckie. Do dziś jednak w niektórych, konsekwentnie proimigracyjnych środowiskach liberalnych Niemiec Zachodnich nawet polityka otwartych granic w wydaniu Merkel uznawana jest za rozwiązanie idące niedostatecznie daleko.

Zielona przyszłość

Przed tegorocznymi wyborami Merkel oświadczyła, że nie będzie już ubiegać się o fotel kanclerza. Kto ją zastąpi? Choć głosowanie odbędzie się dopiero pod koniec września, to już pół roku wcześniej, w marcu, niemieckie media zaczęły promować kandydatkę na ten urząd, oczywiście kobietę, działaczkę partii Zielonych Annalenę Baerbock. Mimo niezbyt imponującego dorobku i stosunkowo młodego wieku 40 lat, zdążyła ona już wziąć udział w programie Młodych Przywódców Globalnych Światowego Forum Ekonomicznego, w którym niegdyś uczestniczyła też Angela Merkel i wielu innych późniejszych liderów, jak Emmanuel Macron, Tony Blair czy Jean-Claude Juncker. Im bardziej dany polityk jest bezbarwny, im mniej ma poglądów, tym łatwiej można go kontrolować i kształtować.

Prezentowana niczym religijna ikona na okładkach niemal wszystkich magazynów Baerbock, była wskazywana jako postać wyjątkowa, superbohaterka zdolna uratować przyszłość nie tylko Niemiec, ale wręcz całego świata. Owszem, mogłaby ona pewnie w pojedynkę bronić planetę przed globalnym ociepleniem, zakazywać korzystania z samochodów, promować równość płci, a nawet powtórzyć wymarzoną przez siebie masową imigrację 2015 roku. Na jej twarzy widoczna była wciąż Agenda 2030, wizja, do której uparcie dążyła.

Agenda 2030

Zgodnie z planami realizowanymi przez elity, wraz z kryzysem koronawirusowym 2020 roku oraz ogłoszonym przez szefa Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) Klausa Schwaba Wielkim Resetem, przyspieszona zostać ma realizacja transformacji ludzkości do roku 2030. Baerbock była idealną twarzą tej transformacji w kierunku zielonej, przyjaznej środowisku, zrównoważonej przyszłości opisywanej w Agendzie 2030. Jej jedynym minusem było z punktu widzenia globalistów to, że jest heteroseksualna i ma dwójkę dzieci, co może być negatywnie postrzegane przez ultraliberałów, bo przecież dzieci to dodatkowy ślad węglowy.

W tej sferze bardziej przyjazna środowisku wydawała się już bezdzietna Merkel. Główne cele na przyszłość po tych wyborach są już ustalone przez rządzących kapitalistów i elitę globalną: stworzenie sztucznego popytu poprzez ustawowe wsparcie odnawialnych źródeł energii, np. samochodów elektrycznych; utworzenie gospodarki opartej na kredytach w warunkach ujemnej stopy procentowej, transformacja gospodarcza zmierzająca do wyparcia własności przez użytkowanie i pożyczanie, rozkład państwa narodowego, cyfryzacja wprowadzająca system zaufania społecznego oraz politycznie poprawny świat z politycznie poprawną liczbą płci. Jak ujęło to WEF, „nie będziesz miał nic, ale będziesz szczęśliwy”. W efekcie ta nowa globalna polityka elit musi być realizowana również przez nowe władze Niemiec i całej Europy, które mają mieścić się w agendzie.

Po niespełna dwóch miesiącach obecności Annaleny Baerbock w telewizji i wszystkich innych mediach nagle partia Zielonych stała się liderem sondaży przedwyborczych, wyprzedzając chrześcijańskich demokratów Merkel (CDU). Był to dowód siły stojącej za nią machiny propagandowej. Będąc członkiem proamerykańskiej organizacji pozarządowej Most Atlantycki (niem. Atlantik-Brücke), udowadniała na każdym kroku swoją lojalność wobec Stanów Zjednoczonych, wspierała plany powołania wspólnej armii Unii Europejskiej, zajmując konfrontacyjne stanowisko wobec Rosji, Turcji i Chin. Globaliści już widzieli jej marsz zwycięstwa po wyborach. Niekoniecznie w Berlinie, ale pewnie raczej na elektrycznym czołgu na Placu Czerwonym, z flagą UE i barwami tęczy nad Kremlem. Wyglądało to dość nieprawdopodobnie, więc może elity przedobrzyły? Faktycznie, przedobrzyły.

Nieoczekiwany upadek bohaterki

Annalena Baerbock i ludzie za nią stojący nie zawahali się nawet przed skopiowaniem głównych haseł wyborczych ze strony internetowej Joe Bidena i Kamali Harris i umieszczeniem ich na własnej stronie, a także wynajęciem ghostwritera, który napisał książkę Baerbock. Książka ta uzyskała niezbyt imponujące 2,7 gwiazdek na 5 w Amazonie i spotkała się z ostrą krytyką za to, że całe jej fragmenty stanowiły kopię przemówień innych polityków Zielonych oraz części teksów z Internetu; jedyna modyfikacja polegała na zmianie narratora na rodzaj żeński. Jeszcze gorzej było, gdy ludzie zorientowali się, że nawet jej życiorys na oficjalnej stronie internetowej był kilkukrotnie zmieniany. Na dodatek wyszło na jaw, że uzyskała ona tytuł magistra bez uprzedniego ukończenia studiów licencjackich, a na jej koncie bankowym znalazła się kwota 25 tys. euro, od której zapomniała odprowadzić podatku.

Tymczasem ona proponowała wprowadzić redakcję płciową tekstów niemieckiego ustawodawstwa. To już okazało się krokiem za daleko i liberalnym szaleństwem nawet dla zachodniej demokracji w 2021 roku. Pojawił się jeszcze jeden kłopot: często nie była ona w stanie wypowiedzieć nawet jednego zdania po niemiecku bez poważnych błędów. Niemieckie media i służby specjalne szybko jednak znalazły „winowajcę” całej sytuacji – Władimira Putina. Największy z niemieckich tabloidów z pełną powagą donosił, jak to Putin wysłał swych szpiegów, by przeszkadzali w kampanii Baerbock. Nawet to nie zdołało jej jednak pomóc; jej notowania oraz notowania partii Zielonych zaczęły drastycznie spadać. Któż jednak mógłby ją zastąpić? Inny potencjalny kandydat Zielonych na kanclerza odpadł już wcześniej z prostej przyczyny – był mężczyzną (!), a odwrócenie tej nominacji wymagałoby zbyt wielkich akrobacji.

Pozostaje zawsze plan B

Pozostali kandydaci na kanclerza, z ramienia chadecji (CDU) i socjaldemokracji (SPD) pozbawieni byli wystarczającej politycznej siły przebicia. Choć kandydat CDU Armin Laschet wydawał się bardziej racjonalny w debatach telewizyjnych, jednocześnie wypadał dość blado i nudno. Kandydat SPD Olaf Scholz musiał zaś zmierzyć się z przeszukaniem policji w kierowanym przez niego resorcie w ramach śledztwa w sprawie korupcji. Mimo wszystko, wygląda na to, że SPD zaczęła trwale zajmować miejsce lidera sondaży. Nie wyklucza to jednak udziału Zielonych w przyszłym rządzie. Istnieje bowiem kilka konfiguracji koalicyjnych, które mogą przejąć w Niemczech władzę. SPD z CDU, SPD z Zielonymi i Lewicą, CDU z liberałami i Zielonymi. Jedyną partią, z którą nikt nie chce zawierać umowy koalicyjnej jest Alternatywa dla Niemiec (AfD). Lewica (niem. die Linke) może być dopuszczona do koalicyjnego gabinetu federalnego po raz pierwszy w jej historii wyłącznie pod warunkiem jednoznacznego i oficjalnego wyrażenia swojego poparcia dla NATO. Brak takiej deklaracji wciąż uznawany jest za najpoważniejszą przeszkodę w dopuszczeniu Lewicy do współrządzenia krajem.

Olaf Scholz

Zresztą od kilku już lat opozycyjność tej partii jest coraz częściej kwestionowana w związku z zyskiwaniem w niej coraz większych wpływów przez elementy antyniemieckie i liberalne, kierujące jej ewolucją od formacji prawdziwie socjalistycznej ku socjaldemokracji, powiązanej z polityczną korupcją. Dlatego koalicja z udziałem SPD, Zielonych i Lewicy staje się coraz bardziej prawdopodobna. Taki rząd koalicyjny poprowadziłby kraj w stronę kolejnego kryzysu migracyjnego oraz przekształcenia Niemiec w kierunku jeszcze bardziej liberalnej ekoutopii niż są nią dziś.  W czasach, gdy Chiny zwiększają prędkość podróżną swoich pociągów do 600 km/godz., Zieloni dyskutują o powszechnym użytkowaniu rowerów elektrycznych do transportu towarów, a nawet o subsydiowaniu zakupu takich „pojazdów towarowych” dla użytkowników prywatnych kwotami kilku tysięcy euro dla każdego. W przeszłości to Niemcy eksportowały nowe technologie, teraz mają cofnąć się do technologii na poziomie opatentowanych ponad 100 lat temu rowerów elektrycznych.

Już dziś wielu Niemców kpi sobie z tego, że Chińczycy są w stanie wybudować największe na świecie lotnisko w ciągu dwóch lat, podczas gdy Niemcom budowa nowego portu lotniczego w Berlinie zajęła 14 lat. Teraz najpewniej „zielona technologia” forsowana będzie z przyczyn ideologicznych na poziomie państwowym, co skutecznie powstrzyma jakikolwiek prawdziwy postęp technologiczny w Niemczech. Na dłuższą metę będzie to oznaczało utratę niemieckiego potencjału i pozycji finansowej, bo przecież to przemysł maszynowy i samochodowy są wciąż motorem napędowym niemieckiej gospodarki. Zastanówmy się zatem, czy istnieje jeszcze jakaś prawdziwa opozycja.

Czy jest jeszcze jakaś opozycja?

Przemysł samochodowy wydaje się godzić ze swym losem i próbuje redefiniować swoją rolę, w pierwszym rzędzie dokonując masowych zwolnień tysięcy pracowników. Być może kapitalistyczni właściciele zakładów samochodowych wciąż myślą, że mogą nieźle zarobić na promowaniu partnerstwa publiczno-prywatnego oraz forsowaniu zmian strukturalnych w niemieckiej gospodarce, zamiast przeciwstawiania się im. Co na to partie polityczne i przeciętni ludzie? Czy naprawdę chcą zmienić cały swój styl życia; jeździć na rowerze i przejść na weganizm?

Państwo robi wszystko, by promować taką właśnie ideologię, a prawdziwa opozycja jest wyjątkowo nieliczna. Lewica ma do wyboru tylko dwie drogi: stracić resztę swojego elektoratu pracowniczego, akceptując nową rzeczywistość, albo powrócić do opozycyjności. Wybór drugiego z tych rozwiązań jest mało prawdopodobny, bo ugrupowanie zostało przejęte od wewnątrz przez siły prorządowe. Udział w przyszłym rządzie wydaje się bardziej trafną prognozą, co oznacza, że partia zadeklaruje poparcie dla NATO i udziału Niemiec w zagranicznych operacjach wojskowych. Następny rząd będzie jeszcze bardziej antyrosyjski, więc również Lewica pójdzie w tym kierunku.

Wprawdzie na współpracę z Rosją nastawiona jest przynajmniej częściowo Alternatywa dla Niemiec (AfD), jednak, według publikowanych obecnie sondaży, jej znaczenie pozostanie marginalne, a koalicja z innymi ugrupowaniami wykluczona. Może ona odegrać w przyszłości pewną rolę jako opozycja parlamentarna i uliczna. W związku ze zmasowaną kampanią jej oczerniania przez państwo niemieckie głosowanie na nią nie jest wszakże w ogóle brane pod uwagę przez dużą część niemieckiego społeczeństwa. Otwarta dyskusja na temat takich kluczowych kwestii, jak imigracja, ochrona środowiska i kilka innych problemów, jest dziś w praktyce niemożliwa, bo wszelki krytycyzm – nawet, jeśli pochodzi od lewicy czy przedstawicieli mniejszości narodowych – skutkuje stygmatyzowaniem oponenta jako „nazisty”. Dość rachitycznym poparciem cieszą się również środowiska opozycyjne wobec planowanej reorganizacji społecznej. Przyszła „ekologiczna dyktatura” zostanie prawdopodobnie zaakceptowana przez większość niemieckiego społeczeństwa.

Koronareżim

Jednocześnie ogromny opór budzą kolejne ograniczenia wynikające z koronareżimu. Doprowadził on nawet do powstania nowej partii pod nazwą Oddolni (niem. Die Basis), która bierze udział w wyborach pod hasłami sprzeciwu wobec lockdownów oraz działań podejmowanych przez rząd rzekomo w imię walki z koronawirusem. AfD zajęła w tej sprawie zbyt kunktatorską pozycję, nie wykorzystując szansy na stanie się parlamentarnym ramieniem protestów ulicznych przeciwko koronareżimowi.

Chociaż władze próbowały przeszkodzić w powstaniu nowej partii, dokonując nawet najścia na lokal, w którym odbywał się jej zjazd założycielski, zdołała ona zebrać wystarczającą do wzięcia udziału w wyborach liczbę podpisów. Toczą się dziś wprawdzie spory o to, która z frakcji ruchu przeciwko ograniczeniom koronawirusowym jest bardziej autentyczna. Ogromnym sukcesem partii jest jednak sam fakt, że zdołała nie tylko zarejestrować swych kandydatów, ale także przeprowadzić kampanię w najmniejszych nawet miejscowościach w całych Niemczech, gdzie zazwyczaj małe partie pozostają kompletnie niewidoczne. To dowód, że ugrupowanie w pewnych obszarach jest lepiej zorganizowane niż AfD w początkowej fazie swojego istnienia oraz wiele innych mniejszych formacji. Można je uznać za autentyczną opozycję, choć brak mu klarownych stanowisk w wielu sprawach i ideologii. Jego postulaty dotyczą przede wszystkim rezygnacji z wszelkich środków przeciwko COVID-19 i powrotu do normalności. Partia nie zaprezentowała do tej pory swojego stanowiska w sprawach polityki zagranicznej.

Niestety, nawet Oddolni nie przekraczają w sondażach 5% progu wyborczego niezbędnego do uzyskania choćby jednoosobowej reprezentacji parlamentarnej. Choć przyznać trzeba, że sondaże opinii publicznej są często obarczone błędem, czego dowodzą choćby prognozy zwycięstwa Hillary Clinton nad Donaldem Trumpem. Badania preferencji wyborczych znajdują się pod coraz większym wpływem politycznym. Jakiekolwiek byłyby wyniki wyborów, ich efektem będzie coraz bardziej sfragmentaryzowany parlament i równie podzielone społeczeństwo. Nową linię zasadniczego podziału wprowadza sam rząd niemiecki, dzieląc obywateli na dobrych (zaszczepionych) i złych (niezaszczepionych). Taki sam efekt wywołują inne niepopularne pomysły, jak choćby zmuszanie ludzi do genderyzacji tekstów pisanych.

Rząd uparcie forsuje takie rozwiązania, choć większość ludzi jest im jednoznacznie przeciwna. Niemieccy politycy i niektóre grupy społeczne kompletnie oderwały się od rzeczywistości. Ultraliberalizm w Niemczech prowadzi do ultraindywidualizmu, przez co coraz trudniejsze jest określenie wspólnych celów politycznych. Skutkiem tego w parlamencie pojawia się coraz więcej ugrupowań głoszących pozornie odmienne stanowiska. W rzeczywistości wymieniają się one jednak rolami, bo większość z nich zaakceptować musi pewien zespół poglądów, choćby po to, by w ogóle zostać dopuszczone do parlamentu. Przed Niemcami opartymi na ultraliberalizmie stoją tylko dwie drogi. Albo dojdzie do wymuszenia na społeczeństwie jego dogmatycznych założeń za pomocą ustaw, grzywien, aparatu policyjnego i przemocy ustanawiających prawdziwą, ultraliberalną ekodyktaturę, albo system ten po prostu upadnie.

Na wstępie postawiłem pytanie, czy koniec epoki Merkel to powód do świętowania. Odpowiedź na nie brzmi: nie. Cokolwiek by się teraz nie działo, będzie tylko gorzej, bardziej liberalnie niż w latach rządów Merkel. Nowe władze dążyć będą do konfrontacji z Rosją jako głównym przeciwnikiem, a jednocześnie wystąpią przeciwko tym z własnych obywateli, którzy nie będą wobec nich posłuszni. Kolejny rząd będzie za to mniej stabilny od poprzedniego.

Pytanie o to, kto zostanie kanclerzem wciąż pozostaje otwarte. Choć objęcie tego stanowiska przez Annalenę Baerbock wydaje się dziś mało prawdopodobne, elity wciąż mają możliwość doprowadzenia jej do władzy. Kanclerza wybierają przecież partie koalicyjne, a nie wyborcy, zatem nadal jest taka możliwość pod warunkiem, że Zieloni wejdą do koalicji. Jest jeszcze jedna możliwość: nieprawidłowości przy liczeniu głosów oddanych korespondencyjnie, podobne do tych, które zarzuca się administracji Bidena.

W związku z kryzysem pandemicznym władze niemieckie spodziewają się rekordowo wysokiej liczby głosów oddanych pocztą. Według sondaży, co piąty Niemiec obawia się oszustw wyborczych przy tej okazji; w Niemczech Wschodnich takie obawy wyraża nawet co trzeci wyborca. Rzecz jasna, może to doprowadzić do protestów ulicznych po wyborach. Być może protesty te nie będą spowodowane samymi nieprawidłowościami, lecz przede wszystkim radykalnymi, liberalno-zielonymi działaniami przyszłego rządu Niemiec.

Tobias Nase (Berlin)

Fot. Wikipedia Commons

Myśl Polska, nr 39-40 (25.09.-3.10.2021)

Redakcja