PublicystykaStary konserwatyzm umarł

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Wywiad, który ukazał się w „Myśli Polskiej” (Rozmowa z gen. Antoine Martinezem – Imigracja zagraża Francji, nr 25-26 z dnia 20-27 czerwca 2021) zwraca uwagę na wydarzenie, które spowodowało skandal we Francji, gdzie część obłudnych, przede wszystkim prorządowych lub pseudo-opozycyjnych mediów oskarżyła emerytowanych wojskowych i kilku czynnych jeszcze oficerów starej daty o dążenie w kierunku czy to zamachu stanu, czy to wojny domowej.

O ile warto analizować zagmatwane od lat przyczyny, które leżą u podstaw wyrażanych przez nich poglądów, należy jednak rozumieć, że bazują one na emocjach bardziej niż na trzeźwej analizie rzeczywistości Francji AD 2021. W swoim wystąpieniu bowiem generał Antoine Martinez i jego koledzy ulegają pobożnym życzeniom nieznajdującym niemal oparcia w rzeczywistości, przynajmniej w większości społeczeństwa. Są to w sumie fałszywe życzenia wyhodowane w atmosferze grozy świadczącej raczej o panującym poczuciu beznadziei.

Dzisiejsza Francja to, owszem, jeszcze póki co mocarstwo, które ma ambicje przewodzenia, które chce wychowywać, mimo rozkładu państwa, swą ludność w poczuciu lojalności i które nadal kontroluje walutę większości swych byłych kolonii, gdyż tak zwany frank CFA emitowany jest na terenie Francji, a władza paryska trzyma u siebie ustawowo część pieniędzy należących niby do jej neokolonialnych podopiecznych. Podobnie zresztą, jak byłe kolonie brytyjskie w Zatoce Perskiej, które na bazie traktatów o „niepodległości” musiały się zobowiązać do trzymania swych depozytów w bankach londyńskich. Francuskie wojska nadal okupują część swych byłych kolonii pod różnymi pretekstami, ostatnio walki z terroryzmem, będącym przecież skutkiem interwencyjnej polityki Paryża i Londynu w Libii i w Syrii od 2011 roku. Wszystko to świadczy o tym, że stary kolonializm nie do końca przestał istnieć, mimo, że spotyka się z rosnącą konkurencją na terenie Afryki ze strony „sojuszniczych” amerykańskich i niemieckich wojsk, firm, fundacji i tajnych służb, a także z aktywną, alternatywną polityką ekonomiczną i dyplomacją Chin oraz Rosji na Czarnym Lądzie, zmierzającą do budowy „nowych jedwabnych szlaków”.

Dawne kolonialne związki między zamożnymi elitami francuskimi a ich podopiecznymi znajdującymi się u władzy w byłych koloniach podtrzymują układ z minionych czasów, a na szczeblu ludu doszło do wymieszania narodów, wpływów i prądów. Minęły więc czasy „zdradzonych” przez Charlesa de Gaulle’a Pieds-Noirs, zawiedzonych kolonistów francuskich w Algierii, a emeryci i czynni oficerowie blisko emerytury, którzy głoszą hasła systematycznego starcia islamu z katolicyzmem czy laicyzmem w rozkładzie, w wyniku strukturalnego kryzysu kapitalizmu globalnego należą bardziej do folkloru politycznego, aniżeli do rzeczywistości.

Zjawisko niekontrolowanych fal migracji świadczy przede wszystkim o braku możliwości rozwoju krajów wciąż zależnych od byłej metropolii i wpływie niszczycielskich globalnych przepływów finansowych. Opinie wyrażane w wywiadzie nie wskazują zresztą na potencjał powstania jakiegoś nowego wcielenia Organizacji Tajnej Armii (OAS), dawnych buntowników wojskowych z lat 1961-1962, którzy chcieli zatrzymać bieg historii, odmawiając Algierczykom prawa do samostanowienia.

Polscy tradycjonaliści muszą więc, po pierwsze, zrozumieć, że sytuacja postkolonialnych państw zachodnich nie ma wiele wspólnego z sytuacją narodów Europy Wschodniej, gdzie nie rozwinął się model prawdziwego kapitalizmu, a więc i imperialistycznego kolonializmu. Natomiast, co łatwiej zrozumieć nad Wisłą, jest faktem, że o ile dzisiejszy Polak pogodził się z tym, iż nie ma prawa ani możliwości włączenia do swego państwa ziem zabużańskich, zamieszkałych na przestrzeni dziejów głównie przez ludność niepolską, czuje jednocześnie wobec tych ziem i ich mieszkańców pewne specyficzne więzy wyniesione z historii, geografii, języka, kultury. Z drugiej strony popatrzmy, że, o ile władza rosyjskich czynowników skończyła się ostatecznie w 1915 roku, na fali tego poprzedniego okresu i późniejszego funkcjonowania w „obozie pokoju”, mimo zatargów historycznych, rozwijały się między Polakami i Rosjanami specyficzne i czasem wewnętrznie sprzeczne więzi, które nie dają się zniszczyć, cokolwiek nie wymyśliliby nad Wisłą obecni podopieczni ambasadora zza oceanu.

Podobnie pod tym kątem jest w postkolonialnych krajach zachodnich, gdzie społeczeństwa w większości zgodziły się, że należy uznać prawo byłych narodów kolonialnych do niepodległości i do pielęgnowania własnych wierzeń, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że historia stworzyła pewne więzi, które nie dają się wyeliminować, nawet po oficjalnym „rozwodzie”. Tak więc ani powrót do kolonialnego panowania, ani arogancja wobec podbitych niegdyś narodów, lecz najczęściej dążenie do współpracy i symbiozy stanowi podstawę codziennego bytu poszczególnych, związanych ze sobą i często wymieszanych grup ludności. Tym bardziej, że dynamizm demograficzny Afryki pozwala na odmłodzenie starzejącej się Francji, co potrzebne jest, zarówno kapitalistom, jak i emerytom czekającym na swe comiesięczne emerytury i świadczenia służby zdrowia będącej w dziś w poważnym kryzysie w wyniku neoliberalnych decyzji ostatnich dekad.

Stąd oderwanie od rzeczywistości francuskiego generała o hiszpańskim nazwisku. On najwyraźniej nie rozumie, że nie da się odwrócić biegu historii, a większość jego rodaków dziś wie, że współżycie narodowości, które tak się wymieszały, stało się czasem, owszem, kłopotliwe, ale jednak nieodwracalne. O ponownym otwarciu komór gazowych chyba nikt poważnie nie myśli, a nie ma już dziś innych metod, które mogłyby odwrócić skutki ruchów migracyjnych. W tej sytuacji mało realistyczne są postawy ludzi niezdolnych w pełni wyleczyć się ze swoich uprzedzeń rasowych lub innych, z płonnych nadziei na rządy silnej ręki, które przywrócą dominację białego człowieka i jego niby-chrześcijańskiej cywilizacji, ludzi, którzy nie wyzbyli się ciągot ku unowocześnionej …swastyce, przypominającej zresztą czasy pokonanej dawno temu Francji generała Philippe’a Pétaina.

Nie należy zapominać, że imigracja z Europy Wschodniej, krajów muzułmańskich i kolonii zamorskich we Francji ma długą tradycję, rozwinęła się jednak z impetem głównie w postkolonialnych czasach de Gaulle’a, który dążył do wzmacniania narodowego kapitalizmu w ramach bloku państw, narodów i społeczeństw frankofońskich. Dziś, mimo swych dziesięciu milionów mieszkańców, to nie aglomeracja paryska jest największym francuskojęzycznym miastem świata, lecz aglomeracja Kinszasa-Brazzaville nad rzeką Kongo. Stamtąd pochodzą znani w świecie francuskojęzycznym, a szczególnie na przedmieściach Paryża, piosenkarze, malarze, projektanci mody itp. A z Marsylii pod każdym względem bliżej jest do słonecznego, śnieżnobiałego Algieru, niż do wiecznie zachmurzonej i zbiurokratyzowanej Brukseli.

Generał Martinez, który wypowiada się we wspomnianym wywiadzie, reprezentuje środowiska byłych konserwatystów. Piszę „byłych” dlatego, że on i jego kompani nie mają widocznie zbyt wielkiego kontaktu z dzisiejszą rzeczywistością, ani z obecnym konserwatyzmem, a raczej neokonserwatyzmem (macronowskim czy lepenowskim), ani, szerzej, ze swoim własnym, różnorodnym i wieloklasowym społeczeństwem. Po pierwsze dlatego, że trzeba przyjąć, iż Francja nie jest już mocarstwem grającym w „pierwszej lidze”, a tęsknoty kolonialne są już nierealne przy obecnym układzie sił międzynarodowych i demograficznych. Poza tym, tacy wyżsi oficerowie, jak on nie znają, albo udają, że nie znają wojska (a może po prostu prowadzą grę przedwyborczą?). Obecnie wojsko francuskie nie jest armią z poboru, lecz wojskiem zawodowym, i należy wiedzieć, kto zgłasza się w jego szeregi. Idzie tam przeważnie realnie istniejący lud, bo z powodu strukturalnego już kryzysu globalnego kapitalizmu trwającego od ponad trzydziestu lat, młody człowiek z Francji w zasadzie może znaleźć pracę głównie w czterech branżach: w armii, policji, firmach ochroniarskich i „usługach” typu McDonald i kebaby. Nie ma więc dla niego zbyt dużego wyboru.

prof. Bruno Drwęski

Tym samym, co za tym idzie, żołnierze francuscy przeważnie pochodzą albo z przedmiejskich dzielnic z wyglądu „arabsko-afrykańskich”, albo z terytoriów zależnych (departamenty zamorskie, Antyle, Reunion), albo z Polinezji Francuskiej, albo z głębokiej, „białej” prowincji pełnej nienawiści do Paryża i elit późnego kapitalizmu, które doprowadziły gospodarkę ich kraju i regionu do stanu permanentnego regresu. I ta „prowincja” na stołówkach wojskowych spotyka również zniechęconych do tych elit młodych, pochodzących głównie z afrykańsko-arabskich przedmieść. Niektórzy uważają wręcz, ze postępuje proces „chavezyzacji” lub „sankarizacji” armii francuskiej. A zatem konkretnie: wojsko francuskie jest z wyglądu, choć nie z języka i tożsamości, arabsko-afrykańsko-antylsko-polinezyjskie z dodatkiem regionów takich, jak Bretania, Owernia, Korsyka itp. Nie składa się więc z żołnierzy gotowych do walki o przywrócenie „białej Francji katolicko-szlacheckiej” rodem z wizji dawnego konserwatyzmu.

Cała retoryka generała, to retoryka emerytowanych i znajdujących się u progu emerytury oficerów noszących w sobie frustracje klęsk poniesionych przez ich instytucję w latach 1940-1962, niechcących spojrzeć w oczy prawdzie. Francja dziś to słabnące „post-imperium”, nieco podobne do stanu schyłkowego imperium zachodnio-rzymskiego. Jak wojska rzymskie mogły zwalczać Germanów, skoro same były pod koniec imperium złożone z coraz gorzej opłacanych najemników germańskich? Obecni oficerowie francuscy pochodzą jeszcze często z tradycyjnych rodów szlacheckich lub mieszczańskich, ale grupy te już mają niewiele dzieci, a ścieżki awansów w armii powodują rok po roku „ciemnienie” wojska. Dla niektórych żołnierzy islam daje podstawy do zachowania norm moralnych i zbiorowych w momencie, gdy Kościół oscyluje miedzy „postmodernizmem” a konserwatyzmem ustrojowym, i kiedy lewica laicka zapomniała w dużej mierze, że kwestia klasowa stanowi podstawę jej tożsamości.

Nie marzą zatem ci żołnierze nowego pokolenia o zamachu stanu czy wojnie domowej i takie hasła, choć brzmią groźnie, okazują się w dużej mierze pustosłowiem, tym bardziej, że nie ma wyraźnego podziału regionalnego między poszczególnymi kategoriami etnicznymi i religijnymi ludności mieszkającymi na terytorium Francji. Francja to nie Jugosławia czy Związek Radziecki, gdzie każda grupa etniczna miała swoją, oficjalną republikę czy region autonomiczny. Każdy urodzony we Francji człowiek jest wychowany w ramach tej samej i jednolitej kalki geograficznej, językowej i oświatowej. Nawet skrajna prawica „ciemnieje” dziś, jeśli chodzi o kolor skóry wielu jej zwolenników, głosząc dyskurs ładu, porządku i represji, ale jednak nie faszyzmu czy nacjonalizmu neogalijskiego starej daty, lecz raczej jakiegoś „populizmu” w stylu, można by powiedzieć, „latynoskim”, czyli „populizmu” mieszańców, metysów, mulatów chcących łapać okruchy, które spadają z „pańskiego stołu”, z braku nadziei dostania się do tego stołu.

Poza tym właściwie, autorytaryzm we Francji i tak już jest u władzy, z prezydentem Emmanuelem Macronem, który stoi na czele rządu skorego do używania skrajnej przemocy, twardych represji i arogancji wobec każdego przejawu opozycji i niezadowolenia. Taki postmodernistyczny autorytaryzm zmierza do zachowania za wszelką cenę istniejących układów gospodarczych i społecznych, ale to nie jest zachowawczość w sferze norm moralnych, religijnych, tożsamościowych, które właściwie przestały istnieć. Wręcz odwrotnie; to totalny postmodernizm burżuazyjny u władzy. We Francji, podobnie, jak w innych krajach zachodnich, nie ma już miejsca dla konserwatystów starej daty, bo nie ma już czego „konserwować”. Tymczasem „postępowcy”, umiarkowani czy radykalni, żywią podobną niechęć wobec nowego autorytaryzmu tyle, że nie są w stanie się mobilizować, bo jedni dążą do klasowej mobilizacji wszystkich prekariuszy i proletariuszy, podczas gdy inni wolą głosić hasła „obrony” różnych „mniejszości” moralno-obyczajowo-etnicznych, bez uwzględniania ich położenia społeczno-ekonomicznego.

Kryzys lewicy to kryzys tzw. klas średnich, które wyłoniły się z klas ludowych na fali polityk rozwojowych lat 1945-1975, a dziś w wyniku czterdziestolecia pinochetowsko-thatcherowsko-reaganowskiego globalnego neoliberalizmu, zawieszone są w próżni między dawną bazą ludową a nieosiągalną już dla nich warstwą wyższą. I na tych falach, w ramach poszukiwania odpowiedzi, młody Francuz może trafić zarówno do środowisk odnowionego marksizmu, jak do antylichwiarskiego islamu, a czasem jego złość skłoni go do terrorystycznego buntu indywidualnego, do integryzmu neoewangelickiego, neoislamistycznego czy neokatolickiego. Postmodernizm jednak zrobił swoje i młodzi ludzie nad Sekwaną czy nad brzegami Morza Śródziemnego po prostu już nie wiedzą, czym była tradycyjna Francja, chociażby ta z czasów de Gaulle’a, „wiernej córy Kościoła” i jednocześnie silnej partii komunistycznej wyrosłej na bazie rewolucyjnych tradycji albigensów, hugenotów, 1789 roku, 1848 roku, Komuny Paryskiej oraz antyfaszystowskiego ruchu oporu.

Emerytowany oficer na dodatek nie potrafi odróżnić wiernopoddańczego wobec każdej „władzy z łaski boskiej”, a więc także tej znad Sekwany, podejścia niektórych salafitów od salafizmu buntowniczego terroru, pełnych nienawiści lumpów pochodzenia muzułmańskiego czy nierzadko białych nawróconych na „islam”, w którym próbują oni odnajdywać „ducha starego inkwizytorskiego chrześcijaństwa, zdradzonego przez Watykan II”. Do tego generał Martinez nie pojmuje, czym jest Bractwo Muzułmańskie, które budzi powszechny lęk, jak każde „tajne stowarzyszenie”, a w rzeczywistości jest tylko szkołą myślenia, a nie organizacją polityczną. U nich, tak jak w wolnomularstwie, do którego są bardzo podobni strukturą i metodami, jest wiele trendów politycznych, stąd i różne partie. Na przykład Hamas z Gazy współpracuje z Hezbollahem, z Iranem, a nawet znów z socjalistyczno-baasistowską Syrią i z marksistowskim Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny, podczas gdy Hamas z Dohy współdziała z NATO-wską Turcją i neokonserwatystami zza Atlantyku. Tak samo, jak są wolnomularze z prawa i z lewa, religijni i ateiści; są i bracia muzułmańscy prozachodni i antyimperialistyczni.

W Polsce tradycjonaliści jeszcze istnieją, bo cokolwiek by nie sądzić o realnym socjalizmie, ustrój ten stał się m.in. rezerwatem niektórych zwyczajów i struktur tradycyjnych. Widzą oni, że dopiero teraz globalny kapitalizm zniszczył po kolei po roku 1989 wszystkie elementy tradycyjnej kultury. Mogą wciąż marzyć o tym, ze gdzieś na Zachodzie tradycyjna kultura jeszcze istnieje, ale to mrzonki. Sytuacja jest tu całkiem odwrotna: o ile coś z tej tradycji istnieje, to znajduje się na wschód od Łaby i aż do Pacyfiku; próżno tego szukać na Zachodzie, może poza pewnymi enklawami przypominającymi bardziej rezerwaty indiańskie, niż żywe prądy społeczno-kulturowe.

Francja, tak jak inne kraje postkolonialne, stała się już czymś w rodzaju nowej Brazylii lub nawet Republiki Południowej Afryki, gdzie, owszem, burżuazja jest często pochodzenia portugalskiego, kolonialnego, nawet szlacheckiego, ale gdzie jednak cała reszta społeczeństwa jest wymieszana. Faktycznie, w takim kraju może wypłynąć nie tylko jakiś Luiz Lula da Silva, ale także i Jair Bolsonaro, ale nawet autorytarny Bolsonaro nie jest w stanie, gdyby chciał, odtworzyć państwa a la Francisco Franco. Bo czasy są inne, klasy są inne i ludność inna. Mrzonki neofrankistowskie nie mają już po prostu nigdzie w krajach postkolonialnych odpowiedniej bazy społecznej do realizacji, a neokonserwatyzm jest zaprzeczeniem dawnego konserwatyzmu. Pewne normy moralno-obyczajowe wyniesione z tradycji można zresztą we Francji odnaleźć bardziej wśród dzieci imigrantów lub proletariuszy, obiektywnie związanych skądinąd z hasłami społecznymi wyniesionymi z arsenału lewicy klasowej. Bolsonaro i podobni do niego w jakiejś mierze Silvio Berlusconi, Emmanuel Macron, Donald Trump, Marine Le Pen itp., choć różnią się oni od siebie, to parweniusze późnego kapitalizmu, to całkowity brak kultury i prymitywizm, a przecież Franco, cokolwiek by nie sądzić o tym dyktatorze, reprezentował dochodząc do władzy żywą jeszcze wtedy, starą i tradycyjną kulturę elitarną.

Nie warto więc tracić czasu na wykreowane przez media strachy na …Galy. Francja, jak cały obszar na zachód od Łaby, jest etnicznie, kulturowo, religijnie wymieszana. Mamy więc do czynienia z sytuacją bez drogi powrotu do starego świata, mamy schodzące z areny dziejów imperia postkolonialne, gdzie zmieszano już wszystkie grupy z całego byłego imperium. Ta sytuacja nie oznacza, że niczego wartościowego z tradycyjnych kultur nie da się odnaleźć i przenieść, ale to się stanie, jeśli w ogóle, na zasadzie métissage, przyjęcia do nowej Francji wybranych i odpowiednio dobranych wzorów z przeszłości. I pod tym kątem często „imigranci” są bardziej do tego przygotowani niż wyświechtane elity pachnące naftaliną.

Po upadku francuskiego imperium kolonialnego nie tylko przyszła nad Sekwanę masa imigrantów zarobkowych z byłych kolonii, ale też tych, co przyłączyli się siłą rzeczy do istniejącej obok nich masy funkcjonariuszy i byłych „zrepatriowanych” kolonistów; tych, którzy, chcąc nie chcąc, przez półtora wieku co najmniej, współżyli z ludnością kolonialną i uczyli się od nich pewnych wzorców i gustów. Z kolei najbardziej rasistowski biały Francuz w swoim codziennym zachowaniu ma często więcej wspólnego z zachowaniem Araba z byłych kolonii niż z „prawdziwego Aryjczyka”, co go zresztą często bardzo frustruje. Tak samo, jak dla Polaka Białorusin, Litwin czy Żyd znad Wisły, a nawet Rosjanin nie będzie nigdy całkiem „obcy”, dla Francuza Senegalczyk, Wietnamczyk, Algierczyk z pochodzenia to człowiek, z którym czasem się można kłócić o to, czy o tamto, ale który jest poniekąd trochę „nasz”. Zresztą, wystarczy popatrzeć, jaka jest reakcja kibiców w unijnej Francji siedzących i bijących brawa w kawiarni, kiedy jest mecz między „afrykańskim” Senegalem, a „europejskimi” Niemcami. Trzeba zobaczyć, komu kibicują wtedy widzowie, obojętnie czy są „potomkami Galów” czy „Murzynów”, czy głosują na Le Pen czy na Jeana-Luca Mélenchona, chodzą do meczetu czy piją wino.

Oczywiście, że ci „nasi” wtedy to Senegal, a nie urzędowo dekretowane jako „braterskie” Niemcy. Z przyczyn historycznych, językowych, z powodu przyzwyczajeń, jest to całkiem normalne zjawisko kulturowe. Taka właśnie sytuacja wymieszania ludzi na wspólnym terytorium przy kryzysie systemu umożliwia natomiast stopniowy powrót kwestii klasowej, bo w sumie to jedyna kwestia, która wciąż obiektywnie istnieje i jednoczy ludzi na danym terytorium. To stosunek do własności i poziom życia. I dlatego trzeba za Karlem Marxem analizować przyczyny niechęci ludzi, tubylców i imigrantów starej daty, nie tyle do zagubionych, Bogu ducha winnych migrantów, ale do samego zjawiska migracji, które jest środkiem używanym przez kapitalistów, żeby powiększać rezerwową armię bezrobotnych i konkurencyjność na rynku pracy.

Byłem tego świadkiem, będąc uczestnikiem cosobotnich walk w czasie buntu żółtych kamizelek. Skrajna prawica starała się przejmować ten ruch, który pochodził przecież w dużej mierze z peryferyjnej prowincji, wciąż jeszcze prawie wyłącznie „białej”. Ci ludzie walczyli o prawa ekonomiczne i przez to polityczne, więc od razu pojęli instynktownie, że mrzonki takich generałów i partii skrajnie prawicowych na te postulaty nie odpowiadają. Pamiętam scenę dość gwałtowną, jak tłum wyprosił emerytowanego generała, który przyszedł w asyście kolegów ze Zjednoczenia Narodowego, próbując przemawiać. Ludzie początkowo nie wiedzieli, kim on jest, więc dopóki mówił o podatkach, długach, cenie paliwa, kosztach itp. dostał dużo braw, ale w momencie, kiedy przeszedł na „właściwy” dla niego temat „imigrantów”, został natychmiast wygwizdany i wyproszony przy okrzykach: „nie będziesz nas tu dzielił!”, „imigranci to akurat tu nie jest temat!” itp. Jestem pewien, po rozmowach jakie toczyłem z wieloma obecnymi manifestantami podczas tej sceny w samym środku Pól Elizejskich, pod ostrzałem, w dymie gazów i pożarów, że duża część tych, co wyprosili generała to wyborcy Marine Le Pen, na tyle trzeźwi, by na tym odcinku walki o prawa ekonomiczne i zmianę ustroju łączyć swoje żądania z lewicowcami i z „Arabami” z przedmieść. Kwestia wspólnego interesu ekonomicznego przeważała. Jeśli więc tzw. skrajna prawica ma pewien sukces wyborczy we Francji, to głównie z powodu bezrobocia, konkurencji na rynku pracy, zastoju i …przejścia kadry partii niby-lewicowych na stronę parweniuszowskich elit.

Smutne raczej jest to, że we Francji wielu ludzi straciło nadzieję, że coś się da naprawić, a przez to może ona robić się coraz bardziej podobna do krajów rozpanoszonych kacyków w stylu tych z neokolonialnego Trzeciego Świata. Macron ma w sumie więcej wspólnego z Bolsonaro lub kolumbijskim prezydentem Ivánem Duque, niż z Pétainem lub Louisem Lyautey’em. Gdy zatem atmosfera nieszczęścia i braku perspektyw panuje wśród tak wielu, niezależnie od pochodzenia, na całym Zachodzie, no i też już na Wschodzie, apelujmy do ludzi: łączcie się!

prof. Bruno Drwęski (Paryż)

Myśl Polska, nr 27-28 (4-11.07.2021)

Redakcja